www.formanowicz.pl [start]

 

 

Wspomnienia

o rodzinie

 FORMANOWICZÓW

 

Zebrał i opracował

© Edward, Adam Formanowicz

syn

Stefana i Stanisławy ze Stachowskich

Rozpoczęto w  Środzie Wlkp.

w  grudniu 2003r

Zakończono ...........

 

 

 

Adres

   

Kochane nasze  dzieci:  Dario -  Mario  i  Mariuszu - Stanisławie  oraz Wy kochane wnuki: Adamie-Edwardzie, Krzysztofie-Mariuszu, Dominiko-Stefanio i Wojciechu-Henryku. Wspomnienia, które oto czytacie, adresuję do Was i do Waszych następców. Najważniejszą ich część pozostawili nam moi śp. Rodzice, a Wasi Dziadkowie i Pradziadkowie. W Ich to bowiem znakomitych pamięciach utrwaliły się fakty o wielkim znaczeniu dla rodziny i Ojczyzny oraz pamiętne wydarzenia i epizody,  które już tylko Im były znane. Zapamiętali też i przekazali nam różne opowieści oraz wspomnienia innych osób o czasach minionych, o przeżyciach przodków i krewnych. W tle reminiscencji o losach poprzedników i o Ich własnych przeżyciach, przekazali nam relacje z kawałka historii, z czasów niezmiernie ważnych w dziejach Polski, w której odradzaniu - po niebycie w epoce rozbiorów - sami uczestniczyli, o którą walczyli. Przewidywali, że pamięć o korzeniach, z których wyrośliśmy, będzie nam potrzebna dla utrwalania własnej tożsamości i odrębności w mrowiu innych ludzi. Pragnęli także pozostawić swój ślad na ziemi, w naszych myślach i sercach. A przede wszystkim chcieli byśmy pamiętali o Ich miłości do nas.  Dziękuję Im za ten bezcenny dar i za chwalebną dalekowzroczność. Tylko ludzie niezwykli –a takimi byli moi Rodzice– mogli, u kresu życia, myśleć o potrzebie pozostawienia następcom daru serca w postaci niematerialnej, ponadczasowej spuścizny. Niech to opracowanie Ich wspomnień będzie moim hołdem pośmiertnym. A Was kochani moi proszę : zachowujcie Ich we wdzięcznej pamięci, szczególnie wtedy, gdy czytając te dzieje będziecie w wyobraźni wędrowali po drogach i dróżkach wydeptanych przez przodków. Gorąco pragnę byście obficie korzystali z Ich trudnej mądrości i wciąż na nowo wyciągali na swój własny użytek trafne i ważne wnioski z Ich przeżyć i doświadczeń. Tylko wtedy będziecie czuli się ubogaceni tradycją wielu pokoleń Formanowiczów, którzy żyli przed Wami. 

 

 

 

Prośba

 

Rodzice nieraz mawiali: „ Z Bogiem zaczynaj każdą sprawę”.

Mama świeży bochenek chleba znaczyła krzyżem świętym

i  krzątając się po domu, ciepło śpiewała psalm dawidowy

za Kochanowskim: „Kto się w opiekę odda Panu swemu...”

Tato żegnał się przed posiłkiem, czy wychodząc do pracy

i z różańcem w ręku codziennie prosił Matkę Łaski Bożej

o opiekę nad nami; ufam, że i w niebie są nam ku pomocy.

Przeto za Ich cnym przykładem, nim tę sagę pisać zacznę,

nakreślę w myślach - jak Oni to czynili czasu zaprzeszłego -

znak wiary nad Wami moi bliscy, kochani i na swym czole:

w imię BogaTrójjedynego – Ojca, Syna i Ducha Świętego.

Niech Wam będzie znakiem przewodnim na tym łez padole.

 

Myśląc o Was, którzy w lata poniesiecie tradycję i swą dolę,

zastanawiam się czym na tej drodze najlepiej się przysłużę ?.

Najlepiej gdy poproszę Ducha Świętego o Jego darów  pełnię,

o „głowy otwarte”, pracowitość, zacność, o wiarę i nadzieję.

Potem do Matki ze Świętej Góry gostyńskiej pokorną prośbę

zaniosę o stałą opiekę i łaski : o przyszłość dla Was pewną,

o zdrowie, szlachectwo ducha i miłość szczęsną i wzajemną.

Nadto do Waszych Patronów Świętych wniosę o stałą opiekę,

o ochronę i pomoc dla Was w kłopotach i chwilach trudnych.

Poproszę też Waszych Aniołów Bożych Stróży o stałą obronę

przed harcami wolnej woli i skutkami pobłądzeń własnych.

 

Darzony  wielką miłością i obfitością darów wszelakich

ja - dłużnik mych Rodziców największy  a niewdzięczny,

niewypłacalny za dni wielu na tej ziemi mi darowanych,

błagam Cię usilnie Boże dobry, wieczny i wszechmocny,

byś Ich dusze wliczyć raczył do grona swych wybranych

i na wieki umieścił w ciepłej izbie Niebieskiej Kwatery

przez Syna Twego obiecanej w Ewangeliach świętych,

w blasku Twoim, przy chórze aniołów i blisko orkiestry.

Albowiem Ty Boże wiesz najlepiej, że muzykę kochali

i czcili Ciebie w śpiewanej często,  pokornej modlitwie.

Także dusze zmarłych, których Imiona wielu tu utrwalili

zbaw ; boś Ty miłosierny i stale nas kochający wiernie.

 

Amen


 

 

Wstęp

Jak powstały  źródła do niniejszego opracowania ?. Otóż Mama, w Kożminie, będąc już w wiekbodaj 85-lat, swoje wspomnienia zaczęła pisać w dniach Jubileuszu 60-lecia pożycia małżeńskiego Rodziców (o czym pochlebnie wspomniano w okolicznościowej laudacji wygłoszonej w trakcie uroczystości nadania medalu za długoletnie pożycie małżeńskie), wiecznym  piórem, pięknym, kaligraficznym  pismem (a umiała także pisać gotykiem co budziło podziw Niemców, wśród których ta umiejętność w 40-latach XX-wieku już zanikła!),   w dużym zeszycie formatu A4. Zasadnicza część Jej relacji dotyczy losów matczynej rodziny Stachowskich z Grodziska Wlkp.. Ten obszerny materiał wykorzystałem opracowując „Wspomnienia...” o przodkach po kądzieli. Mam nadzieję, że zapoznaliście się już (lub zapoznacie się) także i z tym dokumentem. Natomiast Ojciec, w Środzie,  będąc w wieku nieco starszym niż Mama bo na rok przed śmiercią, a wię cmając 87-lat, swe wspomnienia o przodkach po mieczu utrwalił (podyktował, a ja zapisałem ) w szkolnym zeszycie formatu  A 5. Ponadto Mama podyktowała mi jeszcze uzupełnienia do swoich i Ojca wspomnień, które także zapisałem w tym mniejszym zeszycie.

        Do dyktanda przystąpiliśmy z Ojcem w Wielką Sobotę 2 kwietnia 1988r. Od owej pamiętnej Wielkanocy „posiadywaliśmy” po kilka godzin dziennie, nieregularnie, przez lato aż do jesieni. Ojciec wkładał w tę pracę dużo wysiłku. Dyktował mimo widocznego często zmęczenia. Ponadto nie uchylał się od udziału w rodzinnych uroczystościach, urodzinach i imieninach. Mam nadzieję, że zapamiętaliście jak na propozycję nałożenia na talerz większej lub kolejnej porcji jakiegoś specjału odmawiał, z łagodnym uśmiechem dziękując: „miarką kotku, miarką”. Niestety nie zdołaliśmy utrwalić wszystkich wspomnień Ojca. Bowiem rozwijający się tętniak brzuszny, wykryty za pomocą USG dopiero w szpitalu w Środzie – niestety w zbyt późnym wieku dla w miarę bezpiecznego wykonania operacji - powodował stopniową utratę sił, a w końcu pękł i Ojciec łagodnie zmarł

            .Zakończył swe ziemskie życie Człowiek wielkiego i gołębiego serca, pełen dobroci, wielki romantyk kochający ludzi, zwierzęta i kwiaty. Z każdego letniego spaceru przynosił do domu bukiecik kwiatów polnych, a w szczególności najmilszych Mu modraków - chabrów. Na kupowanie kwiatów stać Go niestety nie było.  Ulubioną Jego lekturą był „Dewajtis”, „Trylogia” i podobne, a melodią aria z „Ptasznika z Tyrolu” zaczynająca się od słów: „ Lat dwadzieścia miał mój dziad...”. Zmarł Człowiek głębokiej wiary i pobożności. Przyjazny ludziom i zwierzętom, miłośnik psów, które mu ufały. Żaden wzbudzający strach, agresywny brytan atakujący każdego, nigdy Ojca nie ugryzł,  często podchodził łasząc się, a potem okazywał radość, że został pogłaskany. Myślę, że psy instynktownie wyczuwały ciepło i dobroć, które miał Ojciec w sobie i którymi nas i wielu wokół obdzielał. Był przy tym Człowiekiem skromnym i - jak się to teraz określa - aż do bólu prostolinijnym. Tę znamienną Jego cechę zilustruje najlepiej takie oto wydarzenie, o  którym opowiedział mi ongiś wskazując na wysoką kulturę pewnego hrabiego (wymieniał nazwisko – uleciało mi z pamięci), właściciela majątku ziemskiego bodaj w Dzięczynie k/ Ponieca. Ojciec przyjechał tam na kontrolę wydelegowany przez gostyński Powiatowy Urząd Skarbowy. Gdy przyszła pora obiadu zaproszono Ojca do stołu. Podano pieczonego kurczaka z dodatkami. Pan hrabia zabrał się do niego nożem i widelcem.  Na to Ojciec: „Panie Hrabio ja nie umiem się tym posługiwać” (bo nie umiał, bo nikt Go tego nie nauczył, bo był sierotą na łasce Babci, potem obcych ludzi !). A hrabia: „Panie Formanowicz odłóżmy to wszystko i zabierzmy się do jedzenia rękami – ja też wolę kurczaka w taki sposób jeść”. Zapamiętałem tę historyjkę nie z uwagi na owego hrabiego - trzeba przyznać kulturalnego pana - ale ze względu na zachowanie Ojca, który nigdy nie grał jakiejś roli, nie przybierał pozy, nie udawał innego aniżeli był; w myślach i czynach. Zawsze przyznał się do niewiedzy w jakiejś sprawie, przyznał się do błędu jeśli go popełnił, zawsze przeprosił gdy zaistniał cień podejrzenia, że kogoś uraził. To była prawdziwa wielkość w skromności i skromność w prawdziwej a cichej wielkości.

A teraz kilka zdań o Mamie - dla równowagi zasług i pamięci. W kolejnych częściach niniejszego opracowania będzie tych zdań oczywiście więcej. Zacznę od tego, że Mama była bardzo dumna z pochodzenia z rodziny Stachowskich. Stale podkreślała, że z domu jest Stachowska. Swego ojca – Antoniego [Fot.obok ] – uważała za człowieka wielkiej miary, godnego najwyższego szacunku i uznania. Znamienne, że przez wiele lat nosiła na szyi, w małym futeraliku – puzderku, zdjęcie dziadka Antoniego. Z matką – Władysławą z Wiśniewskich – miewała różnice zdań, bowiem miały podobne charaktery. Warunki, w jakich przyszło Im żyć, uformowały Ich siłę duchową, stanowczość, konsekwencję w postępowaniu i dążeniu do celu oraz wielką - aż do samozaparcia - pracowitość i oszczędność. Lecz co za tym idzie - także apodyktyczność.  Na ogół stosowały radykalne metody wychowawcze w stosunku do swych dzieci i wnuków. W dzieciństwie tak brat Marian jak i ja byliśmy z nimi „zapoznawani”. Sądzę, że obecnie niektórym dzieciom przydałby się choćby krótki „kurs” prowadzony zbliżonymi metodami. Mama miała znakomity, absolutny – jak wszyscy Stachowscy - słuch muzyczny. Lubiła śpiewać - znała wielką liczbę pieśni i piosenek ze „Śpiewnikiem Domowym” Stanisława Moniuszki na czele. Gdy miałem 14-16 lat często śpiewaliśmy z Mamą w duecie różne piosenki.  Ja – jeszcze przed mutacją – sopranem, Mama - altem – śpiewała drugi głos.. Szczególnie lubiła wenecką barkarolę o św. Łucji: „Płyń barko moja, pogoda ci sprzyja, niech cię prowadzi santa Lucija ...”.Lubiła także „O sole mio” i inne włoskie piosenki z kanonu belkanta. W młodości uczyła się gry na skrzypcach. Kochała kwiaty. Na ogródku miała ich zawsze b. dużo. I stale wyszywała ich mnóstwo na obrusach, firankach, bieżnikach itp. o przeróżnych, fantastycznych kształtach i pięknie, harmonijnie dobranych kolorach. To było Jej hobby i sposób na realizację zamiłowania do piękna. Mama była typowym ekstrawertykiem - zawsze cała na zewnątrz, żywo reagowała na wszelkie wydarzenia wokół Niej. Lubiła dużo mówić, komentować, okazywać swój stosunek do każdej sprawy. Babcia Władysława (a przed nią jej matka Józefa Wiśniewska z Bardzinskich, a także w rodzinie Formanowiczów - prababcia Marianna z Dybizbańskich) i nasza Mama, były tymi wspaniałymi kobietami, które szczęśliwie miały decydujący wpływ na losy rodziny. Mam święty obowiązek tutaj wyraźnie stwierdzić i utrwalić, że to Mama, za przyzwoleniem Ojca, wytyczyła bratu i mnie cel w życiu aby za wszelką cenę zdobyć średnie a potem wyższe wykształcenie. Przewidywała – proroczo, jak się później okazało – że w nowych czasach nie wystarczy zakończyć naukę na średniej szkole. Że sama matura nie wystarczy do zajęcia godnego miejsca w społeczeństwie. Dlatego, dzięki Mamie, przeszliśmy z bratem przez dwa etapy w rozwoju edukacyjnym, oprócz  średniego zdobyliśmy także wyższe wykształcenie. W rodzinach Formanowiczów i Stachowskich był to ewenement. Mama marzyła w młodości o  karierze prawniczej i jestem głęboko przekonany, że byłaby znakomita w tym zawodzie. Miała właściwe predyspozycje: dociekliwość, szybką orientację i ripostę, była „wygadana”, bystra, pracowita, staranna, miała dobrą pamięć, szybko - na trwale – uczyła się, świetnie pisała po polsku ( a była samoukiem ! ), łatwo nawiązywała kontakty. Niestety Jej marzenie nie mogło się spełnić w  latach zaboru pruskiego, a potem w biednej,  porozbiorowej Polsce,. Postanowiła więc, że Jej synowie ukończą średnie szkoły, a potem będą studiowali; nawet gdyby odbywało się to kosztem niewiarygodnych wyrzeczeń. Szczególnie po II-wojnie żyli z Ojcem w biedzie, ograniczali swe potrzeby poniżej wszelkich standardów, oszczędzali na wszystkim. Naszym zadaniem było uczyć się, a obaj, wskutek gehenny okupacyjnej Marysia, studiowaliśmy prawie równocześnie. Problemy materialne były więc zdwojone i ich rozwiązywanie graniczyło z czynieniem cudów. Ponad wszelką wątpliwość nasze wykształcenie zawdzięczamy heroizmowi naszych Rodziców. Dziękuję Wam moi kochani – Mamo i Tato - za to poświęcenie dla nas !. Oby dobry Bóg miejscem w niebie zechciał Wam wynagrodzić tę ofiarę z Waszego życia, a mnie dał szansę na spłacenie zaciągniętych u Was długów wdzięczności na rzecz innych potrzebujących, w tym także moich następców.

        Co do porządku rzeczy. Otóż całość zebranych i opracowanych  materiałów  podzielę na rozdziały. W pierwszym zamieszczę wspomnienia o najstarszych pokoleniach naszej rodziny znanych Ojcu z opowiadań, najpewniej Jego Babci - Marianny z Dybizbańskich Formanowiczowej. W uwagach i uzupełnieniach podam informacje pochodzące z  innych źródeł. W drugim rozdziale umieszczę wspomnienia o pokoleniu rodziców Ojca, trochę informacji o Jego rodzeństwie (w części opartych na wiadomościach zapamiętanych z opowiadań moich Rodziców lub uzyskanych od krewnych ) i o Nim samym. Podobnie jak poprzedni i ten rozdział uzupełnię dodatkowymi informacjami. Dla jasności sprawy muszę wspomnieć, że źródłowe teksty Ojca i Mamy poddam niewielkiej obróbce redakcyjnej. Na ogół będzie ona polegała na uporządkowaniu faktów w jednolite wątki oraz na niewielkich korektach gramatycznych dla zachowania stałego trybu narracji. Ponadto do treści już zapisanych dodam kilka informacji – bez zaznaczania ich odrębności - zapamiętanych z wcześniejszych opowiadań Ojca lub Mamy. Natomiast wtrącenia pisane kursywą z różnymi uwagami, komentarzami i uzupełnieniami, które zamieszczę w tekstach Mamy i Ojca, będą naświetlały lub prostowały niektóre treści czy wydarzenia, zmienione w pamięciach Rodziców wskutek upływa czasu. Wydaje się, że takie wstawki „na gorąco”  ułatwią zrozumienie niektórych spraw, szczególnie przez tych z Was, którzy jesteście mniej zorientowani w poruszanych tutaj zagadnieniach. Co do błędów to trzeba pamiętać, że głównym źródłem informacji dla mego Ojca o przeszłości rodziny była Jego babcia Marianna, której opowieści mógł wysłuchiwać będąc  w dziecięcym wieku (7-14 lat), kiedy nie przywiązuje się jeszcze dużej wagi do szczegółów. A i tak zdumienie budzi jak wiele utrwaliło się w Jego dziecięcej pamięci i zachowało przez dziesiątki lat !. W trzecim rozdziale opiszę dzieje moich śp. Rodziców z podrozdziałem relacjonującym losy mego brata Mariana i Jego rodziny. W czwartym opiszę wydarzenia współczesne – nasze dzieje aż do bieżących dni.

Na koniec tej części dodaję, że napisane już Wspomnienia o rodzinie Stachowskich zamierzam w niniejszym opracowaniu uzupełnić faktami, których celowo nie zamieściłem w tamtym tekście; w niektórych przypadkach aby nie ranić uczuć żyjących osób.     

 

                                                  

Źródła pomocnicze

Poniżej wymienię wybrane dzieła, z których korzystałem dla naświetlenia poszczególnych zagadnień, opisywanych w niniejszym opracowaniu. W przeważającej części pochodzą one ze zbiorów bibliotecznych moich Rodziców. Proponuję Wam kochani abyście potraktowali te prace jako  zestaw wybranych lektur, dzięki którym możecie wejść w atmosferę epoki, w której żyli nasi antenaci. Oto podstawowe pozycje monograficzne w alfabetycznym  porządku nazwisk autorów:

¨      Bandrowski Jerzy: O małem miasteczku – listy z Gostynia. Bibljoteka Wici Wielkopolskich Tom VII Rok 1934

¨      Bauer Piotr i Polak Bogusław: 55 Poznański Pułk Piechoty w Obronie Ojczyzny we Wrześniu 1939 roku. Leszno 1979 ( załączam odbitkę kserograficzną stron 17 – 25,  które zawierają genezę I– Pułku Strzelców Wlkp., w którego 6-kompanii walczył mój Ojciec )

¨      Gizella Zygmunt: Niemiecki nalot. Część I. Wysiedlenie. P-ń 1946. Nakł. Zw-ku Emer. i Emer. Państ. i Sierot w P-niu.

¨      Jankowiak Stefan: Kasyno Gostyńskie 1835 – 1846. U początków pracy organicznej  w Wielkopolsce. Muzeum w Gostyniu. Gostyńskie Tow. Kulturalne. Gostyń 1996.( nieżyjący już Autor był w gostyńskim Liceum moim kolegą klasowym a ostatnio dyrektorem tamtejszego Muzeum )  

¨      Janowicz Leon:  Przystanek niepodległość. Nasza Księgarnia W-wa 1975

¨      Kossak Tadeusz: Wspomnienia wojenne ( 1918 – 1920 ) Kraków 1925. Nakład. Krakowsk. Spółki Wydawn.

¨      Kowalczyk Andrzej: Buk. Zarys dziejów miasta. Kantor  Wydawniczy SAWW P-ń 1989 str.180. ( liczne odsyłacze do tej książeczki będę opatrywał literami A.K. i numerem strony )

¨      Papée Stefan:  Wielkopolska wczoraj i dziś  Państw. Wyd. Książek Szkoln. Lwów 1933

¨      Raszewski Kazimierz -generał broni w st. sp.: Wspomnienia - z własnych przeżyć do końca roku  1920. P-ń Księgarnia Wysyłkowa i Wydawnicza Józef Liczbiński ( bez rocznika ).

¨      Stachowski Władysław ( kuzyn mej śp. Matki ) broszura: Rok 1848 w dawn. powiecie bukowskim ( odbitkę kserograficzną tej broszury załączyłem do Wspomnień  o rodzinie Stachowskich z Grodziska Wlkp.)

¨      Trzeciakowski Lech : Pod pruskim zaborem 1850-1918.P.W.”Wiedza Powszechna” W-wa 1973

¨      Trzeciakowscy Maria i Lech: W dziewiętnastowiecznym Poznaniu. Wyd. Poznańskie. P-ń 1982

¨      Wróblewski Kazimierz: Ze wspomnień lekarza. Poznań – Buk 1989. ( odsyłacze do tej książeczki będę opatrywał literami K.W. i nr. strony )  

¨      Zielińsk Ryszard: Powstanie Wielkopolskie 1918-1919 Wyd. Minist. Obr. Nar. W-wa 1968

 

Ponadto korzystałem z prac zbiorowych:

¨      Rocznik Dziejów Powstania Wielkopolskiego 1918/19. Red. A. Cwojdziński Z. Grot. P-ń 1947 Nakł. Związku Powst. Wlkp. 1918/19.

¨      Wspomnienia Powstańców Wielkopolskich  Zebr. i oprac. przez Lesława Tokarskiego i Jerzego Ziołka  Wyd. Poznańskie 1970

¨      Powstanie Wielkopolskie. Miejsca pamięci narodowej. Wyd. Centr. Ośr. Inform. Turyst. Oddz. w  P-niu 1988

¨      Rok 1920. Wojna polsko-radziecka we wspomnieniach i innych dokumentach. Wybrał i opracował Jan Borkowski. PIW W-wa 1990

¨      Studia i materiały do dziejów Wielkopolski i Pomorza. Tom V – zeszyt 2. Za rok 1959. Wyd. Polskie Tow. Hist. Oddz. w Poznaniu 1960r

 

Oprócz tego zachęcam Was do przeczytania także następujących powieści:

¨      Stanisław Helsztyński (  właściwie  Stanisław Skorupka ): Pluton kosynierów. Ludowa Sp-nia Wyd. W-wa 1970. Opowieść o „Wiośnie Ludów” 1848 w Wielkopolsce

¨      Stanisław  Helsztyński :  Feliks  i  Lucyna.  Historia  z  życia Gostynia i Rydzyny w XVIII wieku. Instytut  Wydawn. PAX  W -wa 1979  ( jest to romantyczna opowieść m.in. o polonizowaniu się imigrantów z Niemiec na tle losów klasztoru gostyńskiego )                    

 

a także do przeczytania opracowań o charakterze pamiętnikarskim:

¨      Zofia Hejnowicz-Naglerowa: Chmury nad domem. Wspomnienia łączniczki. Wyd. Poznańskie 1971.

¨       Stanisław Helsztyński: Kronika rodzinna. Autobiografia. Ludowa Sp-nia Wyd. W-wa 1986

( w tej i poprzedniej pozycji, autorstwa Z. Hejnowiczówny, znajdują się wstrząsające                                                                                          

opisy rozstrzeliwania Polaków przez Niemców w Gostyniu w październiku 1939r. )

 

Dla poznania warunków życia i kultury wielkopolskiej, w szczególności gostyńskiej wsi,  warto przeczytać także pamiętniki Skorupków – Tomasza: „Kto przy Obrze temu dobrze”. Wyd.  Poz. 1974 oraz  jego syna - Wawrzyńca: „Moje  morgi  i katorgi”. Wyd.  Pozn. 1970 ( Uwaga: na cmentarzu w Starym Gostyniu jest grób z tablicą, na której wykuto napis: „Tu spoczywają małżonkowie Tomasz Skorupka, rolnik z Kosowa 13.XII.1862-9.VIII.1935, Zuzanna z Klupsiów Skorupkowa 10.VIII.1867-10.XI.1935. Przeżyli wspólnie lat 50 otoczeni dziećmi i wnukami, którzy im w miłości grób ten poświęcili” ).

Polecam Wam także przewodnik wydany w Gostyniu Św. Górze w 1971 przez Kongregację Oratorium św. Filipa Neri: „Bazylika i klasztor księży  Filipinów na Świętej Górze k. Gostynia”.

 

 

 

Rozdział I

Najstarsze dane o naszej rodzinie

kilka zdań o Buku. Na podstawie danych z 1458 r wiadomo ( A.K. s. 20 ), że w okresie walk z Zakonem Krzyżackim o wyzwolenie Pomorza Gdańskiego, Buk wystawiał b. dużo wojów; więcej niż inne, obecnie znacznie większe miasta polskie. A w następnym, XVI-wieku, Buk należał do miast II - kategorii w ustaleniach ustawy o poborze podatku pogłównego (zależnego od liczby mieszkańców) takich jak Gniezno, Giecz, Lublin, Radom, Sandomierz i inne - wtedy znacznych. Miasto przez kilka wieków odgrywało istotną rolę w strukturze administracyjnej Polski. Było siedzibą władz powiatowych, było miastem biskupów poznańskich. Pogląd o wielkości Buku w czasach jego świetnośc - gdy był on obwarowany - można obecnie wyrobić sobie idąc dookólną ulicą Mury. Kształt obszaru opasanego ongiś murami przypomina elipsę o osiach: krótszej ok.300- 350 m, dłuższej ok.400 m, a więc powierzchnia wewnętrzna ma wielkość ca 9,5 hektara. Obszar podobnej wielkości zajmowała Środa Wlkp.. Jej mury obronne tworzyły okrąg opasany obecnymi ulicami: Dolną, Kościuszki, Szpitalną, ks. Kegla, Wiosny Ludów, Wałową, które znajdują się poza murami i fosą, podczas gdy w Buku ul. Mury znajdowała się wewnątrz obwarowań miejskich. Znaczenie Buku – jak i innych miast – stopniowo podupadało wskutek rozbiorów Polski. W „Głosie Wlkp.” z lat 70-tych Zbigniew Kościelak pisze: „Mieszkańcy Buku od wieków wyróżniali się patriotyzmem. Brali udział w konfederacji barskiej,..., w insurekcji kościuszkowskiej, w kampanii napoleońskiej, w powstaniu listopadowym i w Wiośnie Ludów.... W drugiej połowie XIX w. dla obrony polskości powstały tutaj Towarzystwo Przemysłowe (z własną polską biblioteką ) i Polskie Towarzystwo Pożyczkowe, a z celem krzewienia polskiej kultury – Towarzystwo Obywatelskie, Towarzystwo Pedagogiczne, filia Towarzystwa Czytelni Ludowych. 25.IX.1906r. bukowskie dzieci strajkowały w obronie ojczystego języka. W Powstaniu Wielkopolskim uczestniczyły dwie kompanie bukowskie, które walczyły pod Zbąszyniem”. W czasie Powstania Styczniowego bukowianie walczyli i ginęli pod Ignacewem, Brdowem, Olszakiem i Ślesinem. Tyle zamiast wprowadzenia.

Zanim zacznę cytować mego śp. Ojca muszę wpierw poinformować Was moi kochani o wynikach poszukiwań przodków. Kwerenda w aktach zdeponowanych w Archiwum Archidiecezjalnym w Poznaniu dała istotne wyniki. Udało się ustalić, że najstarsze zapisy dotyczące naszych bukowskich antenatów zostały zamieszczone w najwcześniejszych księgach parafialnych pochodzących z XVIII wieku, a więc w okresie gdy one powstawały. Wyłoniły się z nich pokolenia poprzedzające dotąd znanych nam Formanowiczów, wspominanych przez mego Ojca. Wiedział On coś o swym dziadku Jakubie, który de facto na chrzcie otrzymał imię Antoni. Być może w rodzinie używano drugiego Jego imienia?. Lub też pamiętano, że nasza rodzina pochodzi od  przodka o imieniu Jakub, jak ludzkość od biblijnego praojca Adama?. A te wcześniejsze  pokolenia, ustalone na podstawie dokumentów kościelnych, to: Andrzej - pradziadek mego Ojca - czyli ojciec Antoniego (Jakuba ), urodzony w Buku w 1803r i zmarły 27 lipca1848 (trochę za wcześnie jak na śmierć naturalną, miał bowiem zaledwie 45-lat; fakt ten jakoś samorzutnie kojarzy się z wielkimi prześladowaniami: z maltretowaniem, okaleczaniem, z rabowaniem majątku, biciem, a nawet mordowaniem bukowian przez pruskie wojsko, miejscowych Niemców i Żydów, po zrywie niepodległościowym zwanym „kosynierką” w okresie od kwietnia do czerwca 1848r. Czyżby to był więc ten czcigodny przodek, który, być może, doznał istotnego uszczerbku na zdrowiu w czasie kosynierki lub w związku z nią, wskutek czego zmarł, i o którym pamiętano w rodzinie jako o powstańcu?), przed nim był ojciec tego Andrzeja - także Andrzej - urodzony w 1775r, a wcześniej jego ojciec - Jan urodzony w 1735r oraz – jak dotąd - stojący na czele drzewa genealogicznego bukowskiej rodziny Formanowiczów Walenty ur. w 1715r. Poszukiwania trwają i jest nadzieja, że z ksiąg wyłonią się jeszcze wcześniejsi przodkowie. Do połowy marca 2006r gdy ten tekst piszę, udało się – głównie Mariuszowi – ustalić następstwo dziesięciu pokoleń naszej familii. Szczegóły zawarte są w tablicach genealogicznych aktualizowanych w miarę napływu nowych informacji

.        

Teraz oddaję głos memu Ojcu. Oto co powiedział o korzeniach naszej rodziny.

Nasza rodzina pochodzi z Buku. Skąd tutaj przybyli - względnie  czy  od  dawna  byli  miejscowi - nie wiem.  Dziadek Jakub Fórmanowicz ( prawidłowo Antoni – patrz uwagi do rozdz. pierwszego; pisał się przez „ó”, natomiast Jego syn, a mój stryj Zygmunt, pisał się przez „o” – bez kreski) ożenił  się  (w 1857r ) z  córką  młynarza  i  piekarza  Marianną  Dybizbańską (Jej rodzice: Józef i Tekla z d. Gronkowska) i miał z Nią dwóch synów: Szczepana  (w metryce urodzenia Jego syna, a mego Ojca, wydanej w Neukölln, urzędnik niemiecki  napisał, że zarówno nowo narodzony syn jak i jego ojciec noszą imię Stephan; być może nie mógł poradzić sobie z zapisem dwóch syczących dźwięków „-szcz-”, a może tylko wołano na niego „Szczepan”, bowiem – jak wiadomo - imię Stefan pochodzi wprost od pierwszego chrześcijańskiego męczennika Szczepana ?. Istnieje też druga możliwość, że na terenie Prus nie  wolno było nadawać dzieciom imion nieniemieckich; takie prawo wprowadzili Niemcy w czasie okupacji na terenie Śląska - być może  miało   ono   wcześniejszą   proweniencję ?.)   i  drugiego  -  Zygmunta.  Dziadek   Jakub  (Antoni),  jako  młody  człowiek,  brał  udział   w   powstaniu  1848 r („Kosynierce”,  później   nazwanej   „Wiosną  Ludów”   )   oraz  w  następnym,  które  wybuchło   w 1863r (Powstanie  Styczniowe). Między  tymi  powstaniami  ożenił się i narodzili się obaj Jego synowie. (Antoni urodził się w styczniu 1835, a więc w 1848r miał 13-lat i jest mało prawdopodobne aby już walczył; Marianna była o pół roku starsza - urodziła się w sierpniu.1834r ). Po pierwszym powstaniu Prusacy nie prześladowali Go (jednak podpalali domy w Buku i mordowali uczestników powstania, wskazywanych przez miejscowych Niemców i Żydów –patrz W. Stachowski oraz A.K.s 7 ).  Po upadku Powstania Styczniowego dziadek Jakub ( Antoni ) bardzo chory wrócił z za kordonu do Buku i wkrótce zmarł (nie było to jednak wkrótce lecz po ok. 14-15 latach od powrotu do Buku, a zgon nastąpił w I-święto Bożego Narodzenia 1879r, w 44-roku życia ). Prusacy za udział w tym powstaniu zabrali mu dom i grunt położony tuż za miastem w stronę wioski Otusz przy drodze Buk – Poznań, która ongiś biegła inaczej niż dzisiaj. Później w tych okolicach została zbudowana szkoła niemiecka. Być może, że na gruncie dziadka Jakuba  (po okupacji, w tej poniemieckiej szkole – ja, prawnuk Antoniego ( Jakuba ) –rozpoczynałem w 1945r edukację od 5-klasy; tak to historia zatoczyła koło. Razem ze mną, w tej samej klasie, zaczynał naukę potomek starej rodziny bukowskiej - Wojciech Sobiech, który, po upływie wielu lat, został doktorem, docentem i promotorem pracy magisterskiej naszego syna Mariusza. Oto i następne koło w historii rodziny !). W czasie gdy dziadek Jakub za kordonem uczestniczył w powstaniu, rodziny powstańców były prześladowane przez Prusaków. Babcia opowiadała mi, że jak w Buku były z tego tytułu rozruchy to Prusacy podpalili domy na rynku. Od gorączki stojąca na rynku figura św. Jana (prawidłowo powinno być: Św. Stanisława biskupa; patrz A.K. 60) – odlana z brązu - rozgrzała się do czerwoności. Przed tymi prześladowaniami babcia Marianna z obu synami Szczepanem i Zygmuntem uciekła   przez  cmentarz  - w  pobliżu  którego  miała  dom - na  łąki  w  stronę  Opalenicy (Aliści A.K.76 pisze, że największe prześladowania miały miejsce po 1848 r. Potwierdza to W. Stachowski. Lecz w tym roku Prababcia nie mogła jeszcze mieć dzieci. Wydaje się więc, że Jej ucieczka odbyła się raczej w czasie wielkiego pożaru Buku, który wybuchnął 8.06.1858r i strawił  drewnianą w większości zabudowę rynku i sąsiednich ulic- patrz A.K.59. Pisze o tym K.W. 53. „ W roku 1858 nawiedził miasto straszny pożar, dnia 8 - go  czerwca,  który  wszystkie  budynki  w  rynku (oprócz apteki i domu Degórskich) jako też domy sąsiednich ulic w perzynę zamienił... Kilka lat trwała restauracja miasta.Rynek nabrał przez to stylu nowoczesnego, gdyż wybudowano kamienice murowane w miejsce domów, szczytem do rynku zwróconych. Zato zginął piękny charakter miasta, z dworkami na wpół wiejskimi, z gankami na słupach, z owymi starymi gankami, w których wszelkie schadzki rodzinne i narady gminne się odbywały”. Jak to ongiś bywało domy na ogół zwrócone były szczytami – czyli swymi węższymi częściami - do ulic, rynków itd. bowiem od liczby okien wychodzących na ulicę, a także od liczby kominów, zależała wysokość podatku. Takie domy w rynku zahowały się dotąd w Rakoniewicach, w Poniecu, w Kazimierzu Dolnym n/Wisłą. Prababci dom – jak wskazał mi Ojciec - stał przy obecnej ul. Boh. Bukowskich, po prawej stronie idąc od rynku, w połowie drogi między rynkiem a kościołem św. Krzyża - do obu po ok. 100 - 150 m.[ Patrz plan Buku ]. Na podstawie danych zebranych w Archiwum Archidiecezjalnym w Poznaniu łatwo można stwierdzić, że w owym tragicznym dla Buku czerwcu 1858r Marianna była w 2-m-cu ciąży ze Stefanem, a 6 m-cy po pogrzebie pierwszego swego dziecka – rocznej  Agnieszki. Ojciec mówił, że uciekała przed pożarem przez cmentarz, na łąki w stronę Opalenicy i że dźwigała na ręku dwóch osesków: Stefana i Zygmunta. Jednak daty ich urodzeń: pierwszego w I-Św. Bożego Narodzenia 1958r, drugiego w kwietniu 1866r -  wykluczają taką wersję. Można przypuszczać, że opowiadania Babci, których Ojciec wysłuchiwał w dziecięcych latach, zlały się w Jego wyobraźni - lub w starczej, „ścieśniającej czas”, pamięci Babci - w jeden emocjonalny i barwny wątek wielkiego pożaru Buku, którego przyczyna została  przeniesiona  w  czasy  bardziej  odległe niż te rzeczywiste  i powiązana z pruskimi prześladowaniami z 1848r ). Następnie Babcia przedostała  się  do  Warszawy i urządziła się tam u jakiegoś Państwa za gospodynię. Tam, przy robieniu zakupów na targu, spotkała swego  męża Jakuba rozmawiającego wesoło z jakąś panią. Rozłościła się i pobiła tę kobietę. Dziadek uciekł ze wstydu. Po pewnym czasie Babcia wróciła z  dziećmi  do  Buku. Po upadku powstania dziadek Jakub też wrócił do Buku ale już schorowany. Zmarł stosunkowo młodo, nie wiem na co. Przypuszczam, że z przeziębienia i wymęczenia na powstaniu. Ranny nie był. Na cmentarzu przy kościele Św. Ducha  (prawidłowo powinno być: Św. Krzyża; w czasach Pradziadków nie istniał już kościół pod wezwaniem Św. Ducha. Na miejscu tego ostatniego Niemcy zbudowali kościół ewangelicki, przerobiony po 1945 r najpierw na kino a potem na dom kultury; i tak pozostało do dzisiaj ) pochowani są babcia Marianna i dziadek Jakub. Babcia leżała na miejscu honorowym, przy krótkiej alejce prowadzącej od ulicy do kościoła  ( Być może została pochowana na miejscu swoich rodziców ?. Po tak wielu latach śladu grobu Prababci, a tym bardziej Jej rodziców, już nie ma. Janka Laufer powiedziała mi, że ze swą matką chodziła na grób babci Marianny, który znajdował się na starym cmentarzu, zaraz na początku, po lewej stronie głównej alejki prowadzącej od ulicy do drewnianego kościoła Św. Krzyża. Potwierdza to w pełni wskazanie mego Ojca. Dlatego blisko tego miejsca, na środku alejki, gdzie stoi kamienny słup w kształcie wysokiego graniastosłupa kładę zapalony znicz gdy jestem w Buku. Wygląd słupa stojącego z lewej strony drzewa pokazuje fotografia [Fot.obok]; opis całej figury zamieszczam w uwagach i uzupełnieniach do tego rozdziału). W którym miejscu Dziadek był  pochowany – nie  wiem  (gdy byliśmy w latach 80-tych na tym cmentarzu to Ojciec bez większego wahania – mimo, że nie był na pogrzebie -  wskazał przybliżone miejsce pochówku prababci Marianny, a potem poszedł główną alejką i  od  kościoła skierował się w lewo w głąb cmentarza, w kierunku ogrodzenia. Chwilę rozglądał się w tej okolicy i w końcu powiedział, że nie pamięta gdzie Dziadek leży. Być może podświadomie skierował się w tę stronę, w którą kiedyś ze swą Babcią, jako dziecko, chodził na Jego mogiłę ?. Wprawdzie ongiś nie nawiedzano tak często cmentarzy jak dzisiaj lecz chyba istniał taki zwyczaj, szczególnie na Wszystkich Św.? ). Jak wyglądał dziadek Jakub, kim był z zawodu, jaki miał charakter – nie wiem.

Brat babci Marianny był księdzem [Fot.obok].Ów ksiądz Dybizbański za udział w powstaniu 1863 został przez Rosjan zaaresztowany i osadzony w więzieniu. Ponieważ znał się dobrze z burmistrzem tego ( ? ) miasta, to Ten wypuścił go z więzienia. Jednak  za karę musiał iść dobrowolnie do Rzymu aby odbyć pokutę i tam później zmarł. (Trzeba zaraz wyjaśnić sprawę owej „pokuty”. Otóż w okresie Powstania Styczniowego, Car Wszechrusi Aleksander II, panujący nad lwią częścią rozszarpanej Polski, prowadził z Watykanem, za pośrednictwem swych dyplomatów, oszukańczą, podłą grę mamiąc, że skłoni on rosyjskie prawosławie do uznania zwierzchnictwa Papieża. To spowodowało, że Watykan (być może nieświadom ruskiego fałszu) zaakceptował porządek porozbiorowy a skutkowało tym, że nasi księża, w tym kapelani oddziałów powstańczych lub udzielający pomocy powstańcom, zostali uznani za buntowników przeciwko „prawowitej” władzy zaborcy. Watykan nie stawał więc w obronie polskich księży ( lub czynił to „w rękawiczkach” w więc – jak zawsze - nieskutecznie w odniesieniu do Rosji ) gdy skazywano ich na zsyłkę na Sybir i katorgę, a bywało, że na śmieć. Na tych, którym udało się ujść przed ruskimi siepaczami, nakładano kary kościelne. Prawdopodobnie taką karę nałożono też na księdza Dybizbańskiego. Na taki stosunek Piusa IX do Powstania wpływ wywarło też przeświadczenie, że jest ono sprzymierzone z Garibaldim i innymi wrogami ziemskiej władzy papieży. Chociaż dla równowagi muszę dodać, że zetknęłem się także z opinią, iż ów papież sprzyjał temu zrywowi niepodległościowemu Polaków. A współcześnie jesteśmy świadkami, że historia kołem się toczy albowiem prezydent Wladimir Wladimirowicz Putin i jego dyplomaci  „pielgrzymują” do Jana Pawła II próbując stwarzać iluzję, że może być zaproszony do Rosji –czego Ojciec Św. podobno b. pragnie. Ufam jednak, że „nasz” Ojciec Święty doskonale zna historię Polski i papiestwa, że pamięta co „zawdzięczamy” Rosji z jej morderczą emanacją ZSSR, że zna fałsz i obłudę immanentne dla mentalności ruskich polityków i chyba wie o co tym razem im chodzi ?. Uwaga: powyższą notkę napisałem na rok przed śmiercią Jana Pawła II i przez cześć dla Jego pamięci postanowiłem pozostawić ją w niezmienionym stanie).  Po śmierci brata-księdza Babcia otrzymała z Rzymu przesyłkę z jego osobistymi rzeczami m.in. z sutanną, brewiarzem, różańcem i krzyżem o wysokości ok. jednego metra z egzotycznego drewna. Na nim była umocowana figurka Chrystusa ukrzyżowanego wykonana z naturalnej kości słoniowej.  Krucyfiks ten pochodził prawdopodobnie z Ziemi Świętej (Ojciec wspomniał kiedyś, że prawdopodobne ów ksiądz tam pielgrzymował;  bodaj był to jeden z warunków pokuty za udział w powstaniu ) i z tej racji - oraz z uwagi na fakt, iż pierwotnie był własnością księdza o chwalebnej, patriotycznej przeszłości, a także dlatego, że krzyżowi temu przypisywano cudowną moc sprawczą - stał się relikwią rodzinną.

Przed opowieścią o następnym fragmencie dziejów rodziny konieczne jest krótkie wprowadzenie. Oto w pamięci zbiorowej wielu poprzednich pokoleń zachowały się mroczne wspomnienia z czasów wielu fal „morowego powietrza” nawiedzającego ziemie polskie. Np. po wojnie trzydziestoletniej szalała zaraza (kaplica czaszek w Czermniej  k/ Kudowy),  także  po „Potopie” szwedzkim.  Bywały takie tragiczne okresy, w których – jak np. w latach 1703-1710r gdy dżuma trzykrotnie, na szczęście ostatni raz, atakowała Europę. Zmarłych było  tak  wielu, że (jak w Buku – A.K. 25) zaprzestano zapisywać ich nazwiska w księgach parafialnych. Przy życiu pozostało zaledwie ok. 40% pierwotnego stanu ludności. Potem ta pandemia już nie występowała, bo przestały pojawiać się czarne szczury wędrowne, które, przez żerujące na nich pchły i wszy, roznosiły bakterie – pałeczki dżumy. Później, w końcowych dziesięcioleciach XIX- wieku, bodaj także trzykrotnie, z różnym nasileniem, ziemie polskie atakowała epidemia cholery (przecinkowiec cholery). Spowodowała wyludnienie ogromnych połaci kraju. W następstwie ubytku ludności władze ułatwiały osadnictwo lub wręcz sprowadzały osadników np. „Bambrów” z Bambergu do Poznania, Holendrów w kaliskie (m.in. Olendry i Polskie Olendry k/ Dobrzycy, między Koźminem a Pleszewem), Flamandów w okolice Oświęcimia (Wilamowice), niemieckich  rzemieślników z Łużyc w okolice Gostynia, Rydzyny k/ Leszna (patrz St. Helsztyński „Feliks i Lucyna”)itp.Trwałym skutkiem tego osadnictwa było m.in. znaczne zwiększenie liczby niemieckich nazwisk na ziemiach polskich. Poprzednio nazwiska takie też występowały, głównie wśród mieszczaństwa (także szkockie- patrz „Kronika Gostyńska” 1932.04.01 ) lecz nie były tak liczne jak w następstwie tego osadnictwa. Zaś materialnymi śladami po pamiętnych, strasznych czasach zarazy, są zbiorowe mogiły poza ogrodzeniami cmentarnymi oraz trzy krzyże w wielu miastach i wioskach. Przykładem jest taka mogiła w Koźminie Wlkp. na rozdrożu przy trzech cmentarzach, a  krzyże stoją do tej  pory m. in. w centrum wsi Gumienice  k/  Pępowa  w  powiecie  gostyńskim (droga z Pępowa do Pogorzeli) i najlepiej znane - w Kazimierzu Dolnym na Lubelszczyźnie, na wzgórzu ponad miastem. Przyczyny zarazy zawsze te same: brudna, zakażona woda pobierana z otwartych studzien lub strumieni i rzek – nieprzegotowana - brak higieny osobistej oraz higieny naczyń i sprzętów kuchennych, nędza, głód, zniszczenia, wielkie ruchy ludności.

W czasie epidemii - wspomina Ojciec - był zwyczaj, że całe rodziny z danej miejscowości szły na pieszą pielgrzymkę do Gniezna błagać św. Wojciecha o odwrócenie zarazy. Rodzina Babci też tam chodziła. Domyślam się, że energiczna Babcia te wyprawy  organizowała. Po pielgrzymkach ów  krzyż po bracie pozostał u Babci już na stałe mimo, że byli w Buku inni, liczni Dybizbańscy. Po śmierci Babci krzyż przeszedł na własność najstarszej wnuczki Marii z Formanowiczów - Łukaszewskiej, a po Jej zgonie został przekazany do kościoła parafialnego w Buku i wisi  w  zakrystii (wisiał  jeszcze  w  latach 70-tych i wczesnych 80-tych XX- wieku. Później zagiął bez śladu. Sprawę opiszę). Innym, wówczas praktykowanym sposobem ucieczki przed morową zarazą, było zanurzanie się w wodach jeziora w Niepruszewie (7 km od Buku w kierunku Poznania). Kuzyn babci Marianny, podobnie jak wielu innych ludzi z Buku i okolic, właśnie w taki sposób próbował się ratować.  Mówiono bowiem, że woda w tym jeziorze „wyciąga”  tę chorobę. Chociaż się w niej pławił to zmarł  w  czasie  epidemii  i  jest  pochowany  w  Buku na  małym cmentarzu koło drewnianego kościoła Św. Ducha (vel Św. Krzyża) w zbiorowym grobie znajdującym się obecnie pod dzwonnicą. Poprzednio stała ona w innym miejscu lecz w późniejszych latach została nad tę mogiłę  przesunięta.

Majątek Ojca babci Marianny został „zbity” w czasie  epidemii  cholery. Ten  mój  Pradziadek  (w stosownym czasie trzeba będzie zajrzeć do ksiąg cechowych Buku znajdujących się w Archiwum Państwowym w P-niu, Księga cechu młynarzy – sygnatura akt.35 lub Księgi piekarzy) był  właścicielem trzech wiatraków, skupu zboża i piekarni. Zatrudniał czeladnika, który zwiedził świat.Ten poradził mu aby chował mąkę bo przyjdzie bieda. Skupowali więc zboże, mielili na mąkę, ubijali ją w beczkach. Jak nastał głód to piekli z niej chleb i sprzedawali go za wielkie pieniądze. Także za grunty. (Piekarnia Józefa Dybizbańskiego znajdowała się prawdopodobnie przy ul. Poznańskiej, po prawej stronie idąc od Rynku w stronę pl. Reszki. Patrząc zaś z późniejszego sklepu Marii Łukaszewskiej, widziało się ją prawie naprzeciwko, trochę po lewej ręce. Informacja ta pochodzi od rozmówcy z Buku,  który ciepło mówił o Marii, o czym napiszę w dalszej części).Niżej widzicie podpis Prababci umieszczony na śpiewniku “PASTORAŁKI i KOLENDY w czasie świąt BOŻEGO NARODZENIA w domach śpiewane. Skład główny u M.Jarosińskiego 1888”. Wydrukowany przez Kohna i Oderfelda w Częstochowie. Z rosyjską adnotacją napisaą cyrylicą: “Dozwoleno Cenzuroju. Warszawa 31 Marca 1888”. Ten śpiewnik to materialny ślad po Prababci i prawdopodobnie po Jej bracie, który, być może, kupił go dla Niej w Warszawie. Teraz, jako relikwia rodzinna, znajduje się w rękach Darii – praprawnuczki Marianny.

  Babcia Marianna nie miała zawodu. Pochodziła -  jak już wspomniałem - z bogatej rodziny, bo Jej Ojciec był człowiekiem zaradnym i przez to była wychowana w dobrobycie. Po jak  śmieci rodziców  otrzymała duży spadek. Potem sprzedała wiatrak, piekarnię  i  jeden,  lepszy  z  dwóch  domów.  W  gorszym  zamieszkała  sama. Jeszcze w okresie wdowieństwa  miała sporo pieniędzy w Banku Ludowym. (Jako memento Prababcia opowiadała Ojcu, a  On mnie, o jednym z krewnych, dziedzicu części spadku po rodzicach, który przehulał pieniądze za wiatrak, za grunty i inne dobra. Nie wiem tylko czy był to Dybizbański czy Formanowicz)

Przed I - Wojną Światową, w latach 1907 - 1910  Babcia, jak Ją  pamiętam,  miała ok. 70 – lat  (potwierdza to zapis w Księdze Zgonów, z którego wynika, że zmarła w 1917r w wieku 83- lat , a więc urodziła się w 1834r, czyli dokładnie sto lat przede mną –Edwardem - Jej prawnukiem ). Była wyższa o głowę ode mnie, gdy byłem chłopcem. Była  wyższa od innych, przeciętnych kobiet. Była ładną, dystyngowaną kobietą. Miała okrągłą, miłą twarz, siwe włosy, niebieskie oczy, normalny głos, była rozmowna i pogodna,. Mówiła też po niemiecku i po rosyjsku. Miała szybką reakcję. Synowie ani wnukowie i wnuczki nie byli do Niej podobni. Zdjęcia Babci nie mam. Było u mej siostry Marii – najstarszej z rodzeństwa. Babcia ubierała się jak ówczesne starsze mieszczanki: w ciemny czepek heklowany (tj. robiony na drutach lub szydełku) chustę turecką i drugą czarną. Na zimę miała siwy kożuch prawdopodobnie z piżmaków,  szal ze skórki tchórza i czapkę futrzaną. Sądzę, że te futrzane rzeczy pochodziły od brata księdza, z którym bardzo się kochali. W zaborze rosyjskim, w którym posługę pełnił ksiądz Dybizbański, skórki na futra były tanie.

W czasach, gdy ja u Babci przebywałem, przychodził do Niej nieraz p. Dotkiewicz, wieloletni Jej znajomy (staruszek o lasce) i opowiadali sobie stare dzieje.  Dotkiewicz pracował w młodości  w  piekarni Jej ojca, gdzie nosił wodę i opał,  za co dostawał jeść – chleba, strucli.  Babcia miała też przyjaciółkę w Toruniu (czy to ślad prowadzący do Formanowiczów z Szubina?), która od czasu do czasu przysyłała Jej paczkę z cukierkami, pomarańczami. Musiała to być serdeczna przyjaciółka, z którą Babcia korespondowała. W Buku przyjaciółką Babci była Zengtelerowa. Zengtelerowie była to zacna, najbogatsza rodzina w Buku. Mieli skup zboża (Kazimierz Zenkteler, kapitan, na końcu podpułkownik, ur. w Wojnowicach  k/ Buku w rodzinie ziemiańskiej, w okresie Powstania Wlkp. był dowódcą oddziałów w rejonie Buku, potem pomagał powstańcom na Śląsku– A.K.90 ). Babcia była bardzo pobożna  (Tato opowiadał, że Prababcia należała do III-zakonu Św. Franciszka i nosiła pokutną włosiennicę na gołym ciele, a przepasywała się sznurem z węzłami).Jak ciężko zachorowałem to leżała rozkrzyżowana na podłodze przed tym „pielgrzymkowym” krzyżem i wierzę, że tym sposobem wymodliła mój powrót do zdrowia. Jednak po chorobie byłem bardzo słaby. Sprowadziła więc  żonę  żydowskiego  rzezaka (rytualnego rzeźnika), która była starszą, już nie praktykującą pielęgniarką. Ta dawała mi bułki maczane w czerwonym winie i tym sposobem przywróciła mnie do sił. Babcia też srogo karała. Poszedłem kiedyś do cyrku bez Jej  wiedzy. Po  powrocie  zbiła  mnie  porządnie  powrozem  moczonym  w  wodzie  (jeszcze za moich czasów pobożność nie kłóciła się z surowością wobec dzieci). Często przysparzałem Jej kłopotów. Kiedyś wylałem na siebie wrzącą wodę z garnka stojącego na piecu. Na nodze miałem oparzenie 3- stopnia. Do dzisiaj mam ślady. Znów sprowadziła ową żydówkę, która mnie leczyła. Z tą żydówką była w dobrej komitywie. Babcia hodowała gęsi, które przed Świętami sprzedawała różnym paniom. Była bardzo zapobiegliwa. Mimo, że miała pieniądze w Banku to starannie obrabiała ogródek ok. 600 m. kw.. Pamiętam, że na nim uprawiała m.in.  „ziele czyśćcowe” , które służyło do mycia głowy przy uporczywych jej bólach. Jeśli po umyciu powstawały w wodzie takie ciągnące się zanieczyszczenia („fafoły”) to mówiło się, że ziele ściągnęło czary lub urok rzucony przez nieżyczliwego człowieka. Hodowała też kozę i świnie. Kawałek własnej ziemi miała przy rzece Turpinie. Tam od czasu do czasu pasłem tę kozę. Nieraz jeździłem na niej jak na wierzchowcu. W tych czasach kozy miało wielu nawet bogatych obywateli Buku. Ponadto dzierżawiła grunt od proboszcza. Siała na nim żyto i sadziła ziemniaki. Żyta musiało być dużo, bo po żniwach młócił je maszyną jakiś zaprzyjaźniony gospodarz z Wielkiej Wsi (przedmieścia Buku), który za to nie pobierał żadnej zapłaty. Widocznie Babcia oddała mu kiedyś jakąś istotną przysługę, skoro bezpłatnie wykonywał dla Niej tę pracę. Jak ziemniaki obrodziły to Babcia mogła wyhodować świnię, którą potem zabijali rzeźnicy, a Ona kiszki i kiełbasy robiła sama. Te wyroby wieszała w alkierzu (Ojciec tą nazwą określa rodzaj spiżarni; chociaż ongiś oznaczało to sypialnię). Pamiętam, że kiedyś tam poszedłem, obciąłem i zjadłem kawałek kiełbasy. Babcia musiała to zauważyć ale nic nie powiedziała.

Po śmierci dziadka Jakuba (Antoniego) Babcia miała już tylko jeden dom. Zanim go sprzedała wymówiła sobie (zagwarantowała) w nim pokój z alkierzem, pod którym znajdowała się piwniczka na ziemniaki. Osobnej kuchni nie miała. W tej jednej izbie odbywało się wszystko: gotowanie, mycie, pranie i spanie. Dom, w którym mieszkała razem ze mną, a potem z Teklą, sprzedała Dybizbańskiemu, który był szewcem i za dużo pił. Niestety oszukał Babcię i nie wywiązał się ze zobowiązania zapłaty gotówką. Babcia nie miała pieniędzy na złożenie skargi sądowej. W miarę upływu czasu wartość pieniądza bardzo malała, szczególnie przed wybuchem I-wojny światowej. Pieniądz ulokowany w Banku też mocno tracił na wartości. Przez tę krzywdę, spowodowaną oszustwem, Babcia nie rozmawiała już potem z Dybizbańskimi (po sprzedaży mieszkali chyba pod jednym dachem tego samego domu?).

Babcia zmarła w czasie I - Wojny Światowej. Zmarła z głodu - jestem tego pewny. Trudno mi powiedzieć dlaczego ale to przekonanie tkwi we mnie głęboko (Prababcia mogła być w swych ostatnich dniach niesprawna, może chora i wymagała  nakarmienia, opieki ?. Może miejscowe wnuczki nie zapewniały Jej tej elementarnej posługi ?. Być może ten stosunek do Babci wpływał później na związki między rodzeństwem.). Jest to straszna rzecz, bo przecież w tym czasie były w Buku wszystkie trzy moje siostry, które wszystko Babci zawdzięczały. Dla nas wnuków stopniowo wszystkiego się wyzbywała. Pieniądze Babcia musiała jeszcze mieć ukryte, bo moja  siostra  Maria  przyznała  się  później,  że  za nie założyła największy sklep  kolonialny  (spożywczy) w Buku. Musiały więc być to kwoty pokaźne. (Wydaje się, że rodzeństwo miało do Marii pretensje, że zawłaszczyła lwią część spadku po ich Babci. To i przyczyna śmierci Babci mogły skutkować ograniczeniem kontaktów między nimi. O ile zapamiętałem z okresu naszego zamieszkania w Buku w czasie okupacji niemieckiej, to jakieś kontakty istniały tylko między siostrami Marią i Zofią oraz mym Ojcem i Zofią. Wcześniej, w latach 20-tych,  bywali u mych Rodziców Minscy, a Stanisław przysyłał zdjęcia rodzinne. Po wojnie utrzymywały się dobre kontakty ze stryjostwem Feliksem i Władysławą. Na koniec trzeba wskazać, że prababcia Marianna – pochodząca z bukowskiej elity mieszczańskiej – poślubiając Antoniego-Jakuba popełniła prawdopodobnie mezalians. Można przypuszczać, że była to wielka miłość z Jej strony, że się uparła i, że rodzice ulegli zgadzając się na ten związek. Mając ok. 45- lat, Marianna została wdową. Mężatką była więc 18-lat. Po śmierci Antoniego nie wyszła ponownie za mąż i żyła jeszcze przez 38-lat poświęcając się najpierw wychowaniu własnych dzieci, a potem – po przedwczesnej śmierci syna Szczepana - oddała wszystkie swe siły i zasoby wnukom, rezygnując z zabezpieczenia na starość;  wówczas nie było przecież rent ani emerytur. Prababcia Marianna to w dziejach naszej rodziny postać wielka i chwalebna. Gdyby taką nie była to z pewnością najmłodsze wnuki nie byłyby Polakami - zostałyby zniemczone w domach sierot. Nie byłoby także i nas wszystkich, bo koleje losów mego Ojca potoczyłyby się inaczej. Ze wspomnień Ojca wyłania się postać Jego  Babci jako osoby wielkiej miary, energicznej, stanowczej, pełnej życia, ładnej, dystyngowanej kobiety, ogromnie wymagającej w stosunku do siebie, niezwykle pracowitej i gospodarnej, systematycznej i upartej, głęboko wierzącej, religijnej osoby, wiernie utrzymującej przyjaźnie, ciepłej i ofiarnej w miłości aż do samozatraty ( najpierw „przywołującej do porządku” męża i sprowadzającej go z Warszawy, potem ofiarnie opiekującej się tyloma wnukami !), mądrej, choć czasami naiwnej wskutek nadmiernej ufności do ludzi, entuzjastki i choleryczki, chwilami w gorącej wodzie kąpanej. Godnej najwyższego podziwu i szacunku, a szczególnie naszej nieustannej wdzięczności i modlitewnej pamięci. Postaci wybitnejj i bardzo dramatycznej, mentalnie przerastającej otoczenie, godnej serdecznego współczucia, tragicznie osamotnionej u końca żywota, opuszczonej przez najbliższych, którzy Jej winni byli cześć i wdzięczność najwyższą. Być może jakiś utalentowany następca na kanwie tych autentycznych wydarzeń napisze powieść, dramat, lub scenariusz filmowy czy radiowy, poruszający serca i umysły czytelników,  widzów czy słuchaczy ?   ).

Stryj Zygmunt wyuczył się na szewca. Nie ożenił się - był starym kawalerem. Nie miał własnego warsztatu, więc zatrudniał się jako czeladnik u majstrów. Pracował stale w Grodzisku, ostatnio u wdowy po szewcu Niezielińskim, gdzie zmarł. Został pochowany w Grodzisku  Wlkp. na nowym cmentarzu przy obecnej ul. Staszica. Nie znam dokładnego miejsca Jego pochówku. (Niestety bez odpowiedzi pozostaną pytania: czy Zygmunt utrzymywał kontakt z matką w Buku ?  Czy mógł mieć żal do niej, że jemu nie pomagała tak jak Szczepanowi wskutek czego nie miał własnego warsztatu ?. ).

 

 

Uwagi i uzupełnienia  do I - rozdziału . Dane

1.         Antynomia Jakub-Antoni. Mój śp. Ojciec kilkakrotnie wymieniał imię Jakub jako imię swego dziadka. Jednak informacje genealogiczne zebrane dotąd nie zawierają żadnego przodka w prostej linii o tym imieniu. Antenaci z Buku nosili imiona Antoni, Andrzej i Jan. Z powiązania dat urodzeń, śmierci, ślubów i innych elementów, w spójne, logiczne szeregi udało się dotąd ustalić (tę „mrówczą” pracę wykonał głównie Mariusz), że dziadek mego Ojca otrzymał na chrzcie imię Antoni. Zostało to potwierdzone przez kilka zbieżnych faktów odnotowanych w dokumentach. Aby jednak pozostawić furtkę do ewentualnej korekty w przyszłości tej konstatacji – gdyby pojawiły się inne, obecnie nieznane dokumenty -  nie rozstrzygam arbitralnie owej dwoistości imienia mego pradziadka i będę je pisał i traktował jako synonimy.

2.          Pochodzenie rodziny i nazwiska. Mój śp. Ojciec uważał, że końcówka nazwiska „-owicz”  wskazuje na pochodzenie rodziny ze wschodnich obszarów Polski. Być może istnieją jakieś historyczne przesłanki do sformułowania tezy, że w dawnych czasach występowała mocno zaznaczona regionalizacja nazwisk. Nie wdając się w szersze rozważanie tego tematu (może zrobi to któryś z następców ?)  mogę  tylko zaznaczyć, że zapis nazwiska z końcówką „-owicz”  jest chyba pozostałością  z czasów gdy nazwisko syna było pochodną imienia ojca (jeśli ojciec Stefan to syn był Stefanowicz; jednak w innym miejscu Polski pisano także: Stefański, Stefaniak, Stefaniuk, Stefanów itd. Patrz uwagi dot. tej sprawy zamieszczone przy wspomnieniach o rodzinie Stachowskich z Grodziska), która stanowi wspólną cechę języków słowiańskich, w których  nazwiska podlegają fleksji. W kilku pobratymczych, południowych językach, końcówka „-wič” jak np. Milosewič, jest bardzo częsta. Ponadto trzeba pamiętać, że dotąd w rosyjskim, serbskim, bułgarskim, ceremonialnie wymienia się „ocziestwo” np. Feliks  Edwardowicz Dzierżyński ( Bogna  Białecka  w  „Przewodniku  Katolickim”  nr.1 z 2.01.2005  na  str. 43 pisze :Dość powszechne jest przekonanie, że na „-ski” kończą się polskie nazwiska szlacheckiego pochodzenia”. W przypadku Dzierżyńskiego - tego psychopatyczego mordercy, polskiego niestety pochodzenia – to prawda; co do innych - wątpliwe. Mamy bowiem wiele nazwisk odzawodowych jak: Kowalski, Ciesielski i in. z pewnością nieszlacheckich. W “Kronice Gostyńskiej” z 1932.10.01 A.Szyperski - powołujący się także na innych badaczy problemu pochodzenia i pisowni nazwisk polskich – uznaje za “pogląd zresztą fałszywy”, iż sufiks –ski mają nazwiska pochodzenia szlacheckiego). W innych językach jest podobnie, chociaż bez fleksji, np. Johannson – syn Jana, Bin Laden – syn Ladena itp.. Co do regionalizacji to faktem jest, że są w Polsce dzielnice, w których, częściej niż w innych, występują charakterystyczne nazwiska np. na Śląsku: Hantulik, Świetlik, Nocoń, Dżwigoń itp., a na wschodzie: Jakuszko, Wołłejko, Popiełuszko oraz Lewków, Jacków, Błaszków itd. Lecz we wschodnich regionach Polski dawnej i współcześnie występują także: Mickiewiczowie, Bohatyrowiczowie („Nad Niemnem”), Kniaziewiczowie, Szuniewiczowie (Klotylda – moja bratowa z domu) itp. Być może ongiś (?) analogiczna sytuacja występowała w innych dzielnicach Polski, w których, przy spisach ludności, w jednych zapisywano nazwisko syna z końcówką „-owicz”, „-ów”, „-uk”, zaś w innych  „-cki”, lub  „-ak” – jak w rejonie Gostynia – o czym pisze wspomniany już A. Szyperski.  Albo swoiste brzmienie nazwisk ma jeszcze starszy, bo plemienny rodowód ?. Jednak obecnie nastąpiło już tak znaczne wymieszanie ludności, m.in. w wyniku masowych przesiedleń po II-wojnie św., że nazwiska z powyższymi końcówkami, tak na zachodzie jak i na wschodzie Polski, występują ze zbliżoną częstotliwością.


         3.  Pisownia nazwiska. W staropolszczyźnie funkcjonowały, w różnych wyrazach, krótkie i długie samogłoski, a wśród nich “oo”-długie. Gdy wynaleziono druk pojawił się problem zapisu tej zgłoski. Chodziło o to aby zmniejszyć liczbę powtarzających się liter ( a więc potrzebnych w kaszcie czcionek) i na drogim papierze zaoszczędzić miejsca w tekście. Wskutek tego zapotrzebowania  polscy drukarze wymyślili równoważnik i długi dźwięk “o” zaczęli zaznaczać przez dodanie kreski ponad tą czcionką jak np. w słowie ”Bóg”.  Tak zmodyfikowaną literę odczytywano oczywiście nadal jako długą samogłoską “oo”. Atoli od połowy XV wieku ( w/g  prof. Miodka TV 02.04.2006 ) rozpoczął się proces ewolucyjny trwający do początków XVII wieku, a więc ponad 200 lat, w trakcie którego zaprzestano rozróżniać krótkie od długich samogłosek, a wymawianie tych drugich stopniowo skracano. A później, powoli, wymowa “ó” twardniała i zapisaną literę zaczęto wymawiać jak “u”. Skutkiem tego nazwisko Formanowicz, pierwotnie z długą samogłoską “oo”, zaczęto zapisywać (“za drukarskim przewodem”) jako Fórmanowicz, później to polskie “ó”- też czytane jak “oo”- zaczęto  ( pod prusko-niemieckim panowaniem) pisać fonetycznie jako Furmanowicz. W efekcie mamy współcześnie trzy formy zapisu tego samego nazwiska. W zależności od stopnia “oporu materii” przetrwała w różnych gałęziach rodziny pierwsza, druga czy też trzecia jego wersja. Aliści długotrwałość tego procesu i przetrwanie do naszych czasów kolejnych form ewolucyjnych, wskazuje, że nazwisko pochodzi z jednego żródłosłowu, z bardzo dawnych czasów.

4.  Źródło nazwiska. Nasze nazwisko utworzone zostało prawdopodobnie od nazwy zawodu. Podobnie jak: Borowicz, Wójtowicz, Kołodziejski, Bartnicki, Polowczyk, Mularczyk, itp. Można postawić dwie hipotezy co do jego genezy: pierwszą, opartą na przesłankach etymologicznych, w szczególności zawartych w p-cie 3 o pisowni nazwiska oraz drugą, opartą na analogiach historycznych. Rozważając pierwszą hipotezę nie można nie zauważyć, że bardzo duże prawdopodobieństwo pierwotnego brzmienia nazwiska z długą samogłoską “oo”, lokuje jego genezę przed połową XV-wieku gdy taka wymowa wielu polskich słów była powszechna. Ponieważ rdzeń nazwiska Formanowicz niewątpliwie nie pochodzi z języka polskiego można przypuszczać z dużym prawdopodobieństwem, że wywodzi się z łaciny, znanej wówczas szeroko, a w szczególności od słowa forma- znaczącego to co dzisiaj. Można wyobrazić sobie, że ów hipotetyczny praprzodek działał w zespole ludwisarzy, tj. odlewników dzwonów kościelnych, analogicznym do wędrownego zespołu - potem cechu - mularzy ( nie murarzy ), który wyspecjalizował się w niezwykle trudnej sztuce wykonywania podziemnych form do jednostkowej produkcji dzwonów metodą traconego wosku, zawsze mających ozdoby i napisy na swej powierzchni. Na tego specjalistę wołano “Forma” i tak to mogło się zacząć. Analizując drugą hipotezę można przypuścić - jeśli abstrahujemy od poprzedniego rozumowania - że źródła naszego nazwiska można szukać w epoce saskiej, a może i wcześniejszej, gdy do Polski zaczęła przenikać dworska obyczajowość niemiecka. Wówczas to pojawiły się zawody dawniej nieznane, nie mające polskich nazw.  Rdzenia naszego nazwiska możnaby np. poszukiwać w obcej nazwie bardzo zaszczytnego, wyłącznie męskiego zawodu woźnicy, do wykonywania którego jest konieczna duża siła aby panować nad końmi,  nałożyć koło na oś itp zwanego z niemiecka  F o r m a n n’ em.  Kierował on najczęściej wielokonnym zaprzęgiem, na ogół dworskiego, reprezentacyjnego pojazdu osobowego jak: powóz, lando, kareta i in. (to coś takiego jak teraz elegancka, długa, amerykańska limuzyna), na który stać było tylko najbogatszych.  Tenże,  często  z  forysiem,  siedział na koźle (Formann – człowiek z przodu, powożący; for - przedrostek wielu rzeczowników obcego pochodzenia jak z łaciny forma, fortuna czy formularz, z włoskiego forteca, z niemieckiego forpoczta - czyli szpica, itp. oraz czasowników: formować, forsować, formułować, forytować i in.; ponadto w użyciu było także słowo forspan (od Vorspann – koń przyprzężony, doprzęg),  w wielkopolskiej gwarze funkcjonujące jako „fuszpan”. To ostatnie być może związane z niemieckim „zu Fuâ”- pieszo, bowiem bywało kiedyś, że przed zaprzęgiem biegł jeszcze tzw. „laufer”. W „Kronice Gostyńskiej” znajduje się artykuł o powinnościach rujnujących gospodarkę  i włościan w czasach porozbiorowych, gdzie wymienia się m.in. pruskiego  urzędnika „Forspann besteller” – wykonującego zamówienia wojska i urzędników na podwody). Obce słowo formann stopniowo ulegało spolszczeniu przez skrócenie zdwojonego „n”  i zmiany samogłoski „o”  (gdzieniegdzie) na „ó” czy “u”.  Wszakże w pisowni mógł przetrwać znamienny ślad, że nazwę zawodu i pochodne nazwisko, należy pisać przez „o”. Stąd przy spisach ludności (na ogół XVII wiek) wnuk formanna, a syn Formana mógł być zapisany jako Formanowicz. Aliści wywód ten nie przeczy przekonaniu mego Ojca, że rodzina mogła przywędrować do Buku ze wschodnich obszarów Polski. Być może jakieś odległe echo tego wydarzenia przetrwało w pamięci prababci Marianny, która napomknęła o nich memu Ojcu ?. Trzeba jednak zauważyć, że fakt posiadania ziemi i domu – później przez Prusaków skonfiskowanych - świadczy o zasiedziałości Formanowiczów w Buku, bowiem w tamtych czasach majątku dorabiano się przez pokolenia. Na koniec tego punktu powinienem także odnotować spostrzeżenie mej śp. Mamy, że Formanowiczowie mieli inklinację do  panien ze wschodniej Polski. I tak: pradziadek Antoni-Jakub „romansował” z warszawianką, stryj Feliks ożenił się najpierw z Władysławą, a po jej śmierci z Aleksandrą ( Olą )– obiema z Białegostoku,  Maryś–mój brat–ożenił się z Klotyldą z Szuniewiczów urodzoną w Oszmianie (Wileńszczyzna ?), Tomek – Ich syn – pojął Alicję z Gołdapi, a Mariusz, nasz syn -Teresę z Jasienowiczów osiadłych po wojnie w Lubsku lecz pochodzących z Zamojszczyzny. Prawda, że coś w tym jest – niemal reguła?. Wypada nadmienić, że wymieszanie genów rodziców pochodzących z odległych rejonów, sprzyja ponoć zdrowiu i urodzie potomstwa.

3.          Forman – kowal. Władysław Stachowski, kuzyn mej Mamy – dyrektor Banku w Gostyniu i  autor wielu monografii o tematyce historycznej - poinformował  Marysia, mego brata, a ten mnie, że w starych aktach gostyńskich z czasów po „Potopie”, znalazł informację o jakimś Szwedzie, kowalu Formanie, który spolszczył swe nazwisko przez dodanie końcówki „–owicz” i z Gostynia przeniósł się do Grodziska czy Buku. Nie można wykluczyć, że był to nasz odległy przodek, jednak informacja ta, aby uznać ją za udokumentowaną i ważną dla rodziny, powinna być zweryfikowana z podaniem i zacytowaniem źródła. Niestety zbiory W. Stachowskiego rozproszyły się po jego śmierci. Natomiast na bardzo ciekawą i konkretną informację dotyczącą naszego nazwiska natrafił Mariusz w Internecie. Oto w opublikowanej tam genealogii rodziny Worsztynowiczów (nazwisko znane mi z Borku w pow. gostyńskim ), która z Janem Amosem Komenskim w 1628r przybyła do Wielkopolski z Czech ( „Bracia czescy”- uciekali przed wojną 30-letnią; potem zostali wygnani np. z Leszna za współpracę ze Szwedami  w okresie „Potopu”), znajduje się informacja, że matką chrzestną Macieja Worsztynowicza ur. 20.02.1753 w Gostyniu była Regina Formanowicz, która ponownie „matkowała” przy chrzcie Franciszka W. ur. 01.10.1755 w Starym Gostyniu. Następnie Mariusz, drążąc sprawę pochodzenia naszej rodziny, znalazł w tym samym żródle kolejną b. ciekawą informację. Oto w anonimowym opracowaniu „Uroki życia w ( osiemnastowiecznym ) Gostyniu”, na 3-stronie znajduje się wzmianka o Jakubie Formanowiczu, który w 1793r – po drugim rozbiorze Polski – był jednym z trzech radnych miejskich. Zajmował więc pozycję znaczącą w hierarchii miejskiej. Oceniając wstępnie powyższe informacje nasuwa się wniosek, że należy zweryfikować i porównać personalia wskazanych osób i ich następców w oparciu o księgi parafialne i miejskie Gostynia, zbadać do jakich miejscowości przeprowadzili się, ułożyć wszystko chronologicznie i ocenić pod względem ewentualnych związków z naszą, bukowską rodziną. Drugim celem tej kwerendy winna być weryfikacja ( jeśli będzie to jeszcze możliwe ? ) informacji Wł. Stachowskiego o Formanie – kowalu, dla odszukania najodleglejszych przodków. A wszystko ma związek z informacją z Rawicza, od p. Macieja Formanowicza ( ul. Piłsudzkiego 1/3 ), który poinformował mnie, że posiada dane o Jego przodkach żyjących ( co najmniej 3-4 pokolenia ) w XVIII- i XIX-wieku w Gostyniu. Następni, już XX-wieczni Jego przodkowie, to pokolenia żyjące najpierw w Krobii, a ze współczesnych: jedno mieszkające w Sarnowie, drugie w Rawiczu. Łącznie 6 – pokoleń. Na dowód przesłał mi drzewo genealogiczne swej rodziny. W Gostyniu miał za przodków kolejno trzech kołodziejów (rotharius ) i szewca, w Krobi rzeźnika, a dwaj współcześni to handlowcy. W Gostyniu – przez żony – spokrewnieni byli ze znanymi do dziś rodzinami Kapskich, Niestrawskich (znana rodzina rzeżników ), Urbańskich, Smektałów ( z Alicją Smektałówną chodziłem do tej samej klasy szkoły podstawowej; Jej ojciec handlował trzodą), a w Krobi z Ziemlińskimi. Wszystkie te nazwiska znane są do dzisiaj w obu bliskich nam miastach. Kontakty z p. Maciejem F. z  Rawicza będziemy kontynuować.

4.          Sprawa Marcina Formankiewicza. Zacytuję A.K. s. 76: „...o udziale w powstaniu listopadowym szewca bukowskiego Marcina Formankiewicza dowiedzieć można się dzięki ciekawym okolicznościom, związanym z jego osobą. Po wzięciu do niewoli, został on wcielony do carskiej gwardii pieszej. Władze pruskie zabiegały o jego powrót. Rząd rosyjski uzależniał zgodę warunkiem zwolnienia przez rząd pruski wszystkich dezerterów z wojska rosyjskiego, służących w armii pruskiej. Ostatecznie car zgodził się na zwolnienie Formankiewicza dopiero w połowie 1841 r”. W  korespondencji między zaborcami ( przytoczonej w opracowaniu :„Polityczna działalność rzemiosła wielkopolskiego w okresie zaborów”, P-ń 1963 i w aktach Archiwum Państwowego ) dotyczącej owego szewca, używano być może niemieckiego i rosyjskiego, a tłumaczono z jednego języka na drugi i odwrotnie, a w takiej sytuacji o pomyłki i przeinaczenia nietrudno. Tym bardziej jeśli zaborcy mieli w pogardzie i tępili język polski. Można  więc ostrożnie dopuścić taką oto wersję wydarzeń, że ów Formankiewicz  w rzeczywistości nazywał się Formanowicz, bo wśród pokrewnych tylko takie nazwisko ( oprócz oczywiście innych lecz zupełnie odmiennych jak np. Reszka, Dybizbański i in. ) znalazłem w bukowskiej Ksiedze cechu szewskiego w latach 1800-setnych. Tezę należałoby zweryfikować.

5.      Inni Formanowiczowie. Np. w Książce telef. P-nia są tylko trzy osoby noszące nasze nazwisko: Edmund F. syn Mariana – mego brata, Gerard F. i Mieczysław F.. W Buku nie znalazłem już żadnego. W latach 90 - tych kontaktował się z Klosią p. Gerard F., emerytowany nauczyciel z P-nia., piszący historię rodziny. Najpierw dzwonił do Klosi, a ta odesłała Go do mnie. Jak się dowiedział, że nasza rodzina pochodzi z Buku – podziękował i tyle.  Wśród osób o tym nazwisku należy wymienić księdza Leona F.. W dziele: 1000-lat Archidiecezji Gnieźnieńskiej - wyd. przez Prymasowskie Wydawnictwo GAUDENIUM, znalazłem na str 452 odsyłacz do monografii pt. Biblioteka Kapitulna w Gnieżnie, wyd. w P-niu w 1929r, której autorem był ów Leon F.. Tenże w 1936r napisał też monografię pt. „Przyczynek do działalności rytowniczej Fryderyka Wilhelma Belowa”.  Leon F. urodzony 26.03.1878r, od 1927r był w Gnieżnie kanonikiem i do wybuchu II-wojny Archiwariuszem Archidiecezjalnym. Piszą o Nim, że był wytrawnym bibliotekarzem, niestrudzenie zabiegającym o powiększanie zbiorów. Został przez Niemców zamordowany 3.05.1942r w Dachau. Obszerniejsze informacje o Nim można znaleźć w Archiwum Arch. w Gnieżnie ( tel. 4261909 ) gdzie znajduje się Jego teczka osobowa obejmująca 163 str. dokumentacji. W Internecie, poprzez  wyszukiwarkę Google, 07.06.2004 Mariusz natrafił na kilku Formanowiczów ( przez „o” ): na Macieja F. ur. 1950 absolwenta Wyższej Szkoły Rolniczej w P-niu, doktora inz. Piotra F. w Politechnice Poznańskiej – Instytucie Informatyki oraz Instutucie Chemii Bioorganicznej PAN ( później poinformowano mnie, że jest to syn p. Gerarda ), na lekarkę Annę F. w Ostrowi Mazowieckiej ( 07-300 Ostrów Maz. ul. Ruszczyca 1  tel. 029/6442109  kom. 605496001)  Przez Nią nawiązaliśmy kontakt z Jej mężem i Jego ojcem mgr inż. Mieczysławem F. zamieszkałym w P-niu na Os. Bol. Śmiałego 21 m 28 tel 8236576, z którym umówiłem się na spotkanie i wymianę informacji o rodzinie. Następnie Mariusz natrafił w Interneciena na informację o Danie F. Associate Professor and Graduate Advisor Dep. of biology the University of Texas at Arlington – zajmującego się m. in. entomologią. Po kilku dniach znalazł Jego wnuczkę Ann F. asystentkę dyrektora college’u, zamieszkałą w Nowym Jorku, która twierdzi, że Ich rodzina przybyła do USA ok. 1900 - roku. Krzysiu F. prowadzi z Nią korespondencję w j. angielskim. Poczekamy na dalsze informacje. W trakcie poszukiwań Mariusz natrafił na ciekawą informację ze zdjęciem, że w Niles stan Ilinois USA, na cmentarzu St. Adalbert ( św. Wojciecha ), na skraju nekropoli, znajduje się kamienna tablica nagrobna z następującym napisem: „Tu spoczywa ś p MARYANNA FÓRMANOWICZ ur. 7.czerwca 1834 um. 22 marca 1900. Prosi o zdrowaś Marya”. Zwraca uwagę fakt, że napis jest polski ( ! ), że pisała się przez polskie „ó” oraz, że urodziła się w tym samym roku co moja prababcia Marianna z Dybizbańskich. Wydaje się sensowne, aby zapytać amerykańskich Formanowiczów, czy ta Maryanna z cmentarza w Niles należała do Ich przodków ?. Następnie Mariusz znalazł Mike’a F. menager’a w  SUNY’ID,  a  ponadto  informację, że 07.06.2004 o godz. 19,47 p. Birgit Formanowicz z d. Merschhemke, urodziła w Klinice  Prospera w Niemczech syna ważącego 3250 g, któremu nadano imiona Falk, Pius. Później Mariusz natrafił w Niemczech na dossier p. Giseli F. działaczki Partii Zielonych, obecnie 48-letniej, niezamężnej matki 12-letniego syna. Następnie natrafił na informację o p. Janinie F.- polonistce, autorce monografii p.t. „ Historia Teatru Miejskiego w Bydgoszczy w latach 1920-1939” W-wa 1978. Bydg.Tow.Nauk. – Prace Wydz.Nauk Hum. Ser.C nr 19, w której pisze m.in. o dyrektorze Ludwiku Dybizbańskim. Z kolei Daria odszukała noty o kilku pracach tej Pani. Wynika z nich, że Janina F. napisała ( wspólnie z p. M. K. Maciejewską,  Poznań ul. Szydłowska 29) obszerne  opracowanie ( maszynopis ok. 1800 str.) pt. „Teatralia w Echu Muzycznym, Teatralnym i Artystycznym 1883–1907”. Janina F. była też współautorką wielotomowego dzieła: „Polska Bibliografia Literacka” ( wyd. Ossolineum ).  Redagowała tom obejmujący rok 1965.  Darka ustaliła także, że Janina F. zajmowała się literaturą czeską m.in. była recenzentką pracy Josefa Blahy i Jaroslava Kunca pt. „Polsko. Bibliograficky ukazatel literatury” oraz autorką artykułu: ”Literatura czeska i słowacka w Polsce w latach 1945-1954” zamieszczonego w Przegl. Zach. 1955 nr.9/12. Mariusz kontynuuje poszukiwania śladów Janiny F.. Ustalił już, że w 1945r była nauczycielką j. polskiego i historii w Liceum Ogóln. im. Marii Curie - Skłodowskiej w Kazimierzy Wielkiej ( kod 28-500; woj. świętokrzyskie ) ul. Partyzantów 3. Po kilku dniach otrzymał od p. Ewy Szymborskiej – kier. Liter. Teatru Polskiego w Bydoszczy następującą Informację:” Janina Formanowicz pochodziła z Pomorza, ale edukację na poziomie gimnazjalnym odbywała w Bydgoszczy; jeszcze przed wojną ukończyła polonistykę na uniwersytecie w Poznaniu; okupację spędziła w krakowskiem – prowadziła nawet tajne komplety ucząc młodzież j. polskiego; po wojnie zamieszkała w Poznaniu; za dzieje Teatru Polskiego w Bydgoszczy zdobyła tytuł doktora filologii polskiej; zmarła dość nagle – na serce, które odezwało się podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej; nigdy nie założyła własnej rodziny. W Poznaniu mieszka brat p. Janiny inż. Mieczysław Formanowicz ( tel. 61/8236576, Osiedle Bolesława Śmiałego 21c/28 ); najmłodsza z rodzeństwa Krystyna ukończyła studia prawnicze, jednak jej losów nie znam. Wszystkie te informacje przekazuje na podstawie rozmowy z p. Zofią Pietrzak, emerytowaną kustosz Izby Grzymały Siedleckiego będącej pracownią teatrologiczną Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Bydoszczy; to właśnie pani Zofia ( lat 86 + świetna pamięć ) do dziś przyjażni się z bratem pani Janiny Mieczysławem, a ją samą także dość blisko znała”.  Tego samego dnia Mariusz odszukał p. Maksymiliana Formanowicza rocznik 1936, zam. w Jarocinie na Os. Kościuszki 4/17 tel 062/7478791, krótkofalowca SP3MY, którego ojciec – Stefan ( matka Rozalia ) był powstańcem wielkopolskim. Z Jego rodzeństwa żyje jeszcze jeden z dwóch braci  (także mieszka w Jarocinie ) i siostra. Spokrewnieni są z p. Gerardem Formanowiczem.

6.      Pisownia nazwiska. Do czasu mej dorosłości pisownia naszego nazwiska z literą „o”, „ó”, czy „u”,  nie była ostatecznie ustalona. Różni członkowie naszej rodziny – od Antoniego ( Jakuba )- pisali swe nazwisko w różny sposób. Do mego Ojca adresowano pisma z nazwiskiem pisanym przez „ó” i przez „o”. Toteż gdy w 1945r. poznałem stryja Feliksa, który swe nazwisko pisał przez „u” , byłem zaskoczony i zdumiony. Ojciec, którego zapytałem o przyczynę tej różnicy wśród rodzeństwa, uznał sprawę za nieistotną i wyjaśnił, że faktycznie nigdy jednej rodziny nie tworzyli. W końcu – już po mej maturze – zdecydowaliśmy z moim bratem Marysiem i bratową Klosią, po  konsultacji  z  Rodzicami,  że  trzeba  położyć  kres  temu   zamieszaniu ( bo zdarzały się pomyłki w dokumentach, a za każdym razem, przy zapisywaniu nazwiska  przez obce osoby, trzeba było wskazywać właściwą pisownię) i postanowiliśmy ostatecznie ustalić, że będziemy nasze nazwisko pisać przez „o”. Sprawdzając to zagadnienie stwierdziłem, że w Buku, skąd wywodzi się nasza rodzina, przodkowie - od początku dającego się wykryć w dokumentach historycznych - pisali się przez „o” jako Formanowicz. Dopiero Niemcy w okresie rozbiorów stopniowo zaczęli zniekształcać zapis zamieniając „o” na „u”. Na dowód przytoczę wyniki kwerendy przeprowadzonej w Archiwum Archidiecezjalnym w Poznaniu na Śródce w dawnym Kolegium Lubrańskiego, w zmikrofilmowanych bukowskich księgach parafialnych. W  Księdze  Zgonów  z  lat  od 1859  do 1867 ( trzecie, w dniu 20.10.2004, poszukiwanie śladów Jakuba – niestety także bezskuteczne ) na mikrofilmie nr 648 PM 29/28, w roku 1864 poz. 99, znalazłem następujący zapis: „12 lipca ( mer. - merecredi – środa ? ) o godz  12-  zmarł  na grużlicę ( phtisis )  i  14 - go  został  pochowany  w  Buku  Jan (  Joannes )  Formanowicz  lat  22-  kawaler, syn  Andrzeja  Formanowicza – szewca  (sutor ) i Marianny Dotkiewicz, legalnych małżonków od 45 lat; dane zebrano na podstawie relacji matki zmarłego” (czy pamiętacie Dotkiewicza – „staruszka o lasce..” ?). A po wielu latach pojawia się w Księdze Urodzeń i Chrztów z 1910r na str.134  poz. 162  następujący  wpis:  „W dniu 6- maja  o godz . 6 i Ľ urodził się w Buku chłopiec, ochrzczony  8 - maja,  któremu  nadano  imię Władysław  (  Ladislaus  )  z  ojca  Antoniego  (  Antonius  )   Furmanowicza   i  matki   Władysławy  ( Ladislae ) Bryl. Rodzice chrzestni : Valentinus Furmanowicz  i Veronica Bryl”. Wiadomo ponadto ( A.K. s. 169 poz. 31 ), że inny Władysław Furmanowicz walczył w Powstaniu Wlkp. w kompanii bukowskiej. W tym czasie ów ochrzczony 8.05.1910 był dzieckiem, miał ledwo 8- lat. Obszerniejsze dane dotyczące powyższego zagadnienia zrelacjonuję w następnym punkcie. W Księgach parafialnych powtarzają się znane do dziś nazwiska: Dybizbański, Zengteler, Kaczmarek, Skatarczak, Dolata, Jujka, Tuliszka... Ponadto w Księdze zgonów zapisano w 1866r wiele nazwisk osób zmarłych z powodu cholery; w niektórych miejscach zapełnione są nimi niemal całe strony. Stwierdziłem także, że w interesujących mnie latach dziewczynkom często nadawano imię Marianna.

7.      Formanowiczowie w żródłach . W dniu 26.01.2005 przewertowałem w Archiwum Państwowym w Poznaniu ponad 800-stronicową Księgę bukowskiego cechu szewskiego zawierającą dokumenty od późnych lat 1790- tych ( kiedy to w Buku było 33- szewców A.K. 30 ) do 1850-tych. Ewentualnych „szperaczy” uprzedzam, że dokumenty znajdujące się w tej księdze nie są ułożone chronologicznie. Np. po kilkudziesięciu stronach z 40- lat  XIX-wieku, pojawiają się zapisy z 90-lat poprzedniego wieku, potem następuje powrót do późniejszych lat i znów cofnięcie, a wśród dokumentów w języku polskim przemieszane są protokóły niemieckie itp.. Takie przetasowania stwierdzić można kilkakrotnie. Utrudnia to poszukiwania wymagające zachowania następstwa dat i faktów.  Mimo tych trudności znalazłem wiele zapisów dot. osób o nazwiskach Formanowicz, Dybizbański, Minski i in. Wśród najstarszych natrafiłem na dokument z 1797r zawierający podpisy Antoniego Tuliszki, Tomasza Niezielinskiego i in.. Znajduje się tam także niezwykły akt zaświadczający radość szewców bukowskich z powodu odzyskania prawa do pisania protokółów cechowych po polsku. Dokument ten, potwierdzający  wkroczenie wojsk napoleońskich do Buku, został zatytułowany: „Akt zaczynającej się Polski. Działo się w Bractwie Szewskim Bukowskim dnia siódmego miesiąca lipca Roku 1807...”. Wśród protokołów cechowych istotnych dla naszej rodziny znajduje się pod datą 04.04.1808r zapis na naukę zawodu „młodoletniego” Józefa Dybizbańskiego, który zamiast podpisu nakreślił trzy krzyżyki. Wyzwolenie J. Dybizbańskiego odnotowano po 4-latach w dniu 14.12.1812r.. Dalej wśród najstarszych dokumentów znajduje się protokół stwierdzający, że 28.12.1808 sławetny Wawrzyniec Reszka ( być może potomek rodziny, która wydała w XVI-w Stanisława Reszkę z Buku, sławnego w Europie uczonego, a w dwa wieki później innego Reszkę - znakomitego lekarza - społecznika ) przyjął młodoletniego Teodora Englera do nauki zawodu szewskiego. Zaś pod datą 10.12.1810 pojawia się nasze nazwisko kiedy to odnotowano „Uwolnienie z Młodszeństwa Sławetnych 1-mo Stanisława Pawłowicza, 2- Andrzeja Formanowicza, 3- Ignacego Radomskiego. Akt ten potwierdzał tzw. „wyzwolenie” na czeladnika w zawodzie. W latach 1810- i dalszych Mikołaj Minski był „cechmistrzem wtórym”. W 1812r do nauki zawodu przyjęty został Jan Dybizbański „nieumiejący pisać”. Tenże 04.01.1814 został „uwolniony z Młodszeństwa”. Kolejny Dybizbański, tym razem Łukasz, 17.04.1816r został zapisany na naukę zawodu. Kilka lat później asesor Sroczyński ( pracownik sądowy lub prokuratorski po aplikacji ) napisał w protokóle: „ Wstępne i zdanie Bractwa Andrzeja Formanowicza Senior. Działo się w Buku 6 grudnia 1826. Gdy w roku 1807 Andrzej Formanowicz na całkiego Maystra Bractwa Szewskiego dokupił się przecież z powodu wkroczenia Wojska Francuskiego a zbyt powstałych zaburzeń w końcu niemógł być w księgę niniejszą zapisany a zatem dopraszał się dziś przed obsadzeniem kto ten w przytomności Asesora aby Protokuł w tem względzie zapisany został. Starsi Cechmistrze są przekonani i słowami zważywszy wniosek za słuszny przychylili się do żądania tegoż cechu do Andrzeja Formanowicza i przyimnie go zeznajeniem, że wszelkie kondycje poprzednio uznane przyzwoitem wykonał – zezwalając mu według Prawa w tym wszelkie poszanowanie jakie wszystkim innym służy – Również się tu przy tem że na Jatke – za co złożył od Aleksandra Cwojdzinskiego okupiony – przyjęty został. Na tem niniejszy Protokuł ukończony wgłos odczytany  i  podpisany  został  (  podpisali  ):  Wawrzyn  Suchorski, Tomasz  Czwikinski, ( jeden podpis nieczytelny ), Piotr Mizgalski , Sroczyński ( imię nieczytelne ) asesor. Wśród wielu dokumentów znajdują się także umowy i potwierdzenia sprzedaży „jatki szewskiej” między członkami cechu. Wśród nietypowych znajduje się dokument z 21.12.1827r, w którym odnotowano, że J. Dybizbański zostaje uwolniony od usług brackich (emerytura ?). W tych czasach zdarzało się, że na kilkunastu uczestników  plenarnego posiedzenia cechu blisko połowa stawiała na protokóle trzy krzyżyki. Następny ważny dla nas zapis pochodzi z 25.04.1832r kiedy to Andrzeja Formanowicza wybrano „wtórym Naczelnikiem Towarzyszów Zgromadzenia Szewskiego” W dniu 13.08.1832 majster Andrzej F. przyjął Józefa Tymkowskiego na ucznia. O stopniowym awansie w hierarchii cechu Andrzeja F. świadczą dokumenty z 18.02.1835, 16.02.1836 i 14.02.1838 będące skwitowaniami recept ( przyjęć ) i expensów ( wydatków ) poniesione przez cech w poprzednim roku. Na wszystkich: poprzednich, powyższych i następnych dokumentach, Andrzej F podpisuje się wyraźnie pojedynczymi, równymi literami: A. Formanowicz.  Jego podpis jest prawie taki sam co do wielkości liter, ich wzajemnej odległości i kształtu, jak ten oto wydrukowany przez komputer. Z kolei 16.11.1834r Andrzej F. był kandydatem na „4-go stołowego”. Przewagą głosów wybrano Józefa Wąsowicza. Ponownie 12.12.1837 Andrzej F. kandydował na 3-stołowego i przegrał, bo wybrano Piotra Jedyneckiego. Tego samego dnia wybierano także 4-stołowego; w obu protokółach w j. polskim nazwisko Andrzeja F. przekręcono zapisując je przez „u”. Wśród nazwisk mających związek z naszą rodziną pojawia się Dominik Minski, który 17.04.1838r został wyzwolony na czeladnika szewskiego. Od 1841r część protokółów została napisana po niemiecku. Wśród nich występują ważne dla dziejów naszego nazwiska dokumenty. Oto 16 Juli 1841 na protokóle wyraźny, jak wszystkie, podpis Andrzeja F. pisany z literą „o”. Dalej 28 October 1841 podpis jak poprzedni lecz w niemieckiej treści zniekształcono nazwisko i wśród obecnych napisano Furmanowicz przez „u”. Tam gdzie nazwiska nie pisze niemiecki protokolant błędu nie ma jak np. na pisanym po polsku dokumencie z 4.01.1842 poświadczającym wyzwolenie czeladnika, także na innych datowanych 22.05.1842, 22.10,1843, 29.10.1846 itd.. Jednak zaznaczyć należy, że kilka kolejnych dokumentów pisanych po niemiecku także takich przeinaczeń nie zawiera m.in.: 17 January 1842, 7,11 i 12 February 1842, 26 April 1844, 14 February 1845, 8 April 1845, 1 October 1845, 22 January 1846, 23 January 1846 -  kiedy to wyzwolono 4- uczniów w tym, na pierwszym miejscu, Andrzeja Formanowicza – czyli kolejnego Andrzeja tego samego nazwiska. Należy odnotować, że bardzo wyraźny podpis A. Formanowicz na protokółach cechowych składany jest na coraz wyższym miejscu, zaś od wyzwolenia owych 4-uczniów, w tym następnego Andrzeja F., już na miejscu pierwszym. Jako ciekawostkę można zapisać, że 26.09.1848r miało miejsce „wyzwolenie młodoletniego Andrzeja  Formanowicza  z  nauki  od cechmistrza pierwszego Andrzeja Formanowicza”. Postępujące zniekształcanie  nazwiska przez Niemców widoczne jest na protokole z 28 October 1841, a w całej pełni na dokumencie ( patrz kserokopia ) datowanym 26 September 1848r, w którym stwierdza się po niemiecku, że zmarł starszy cechowy Andrzej Furmanowicz i wdowa po nim Marianna Furmanowicz oddała za pokwitowaniem skrzynię cechową nowowybranemu starszemu cechmistrzowi Jedleckiemu. Marianna podpisała się trzema krzyżykami, była więc niepiśmienna. W protokole tym chodzi niewątpliwie o tego samego Andrzeja F, który wyrażnie podpisywał się Formanowicz i przez kilka lat przewodził cechowi szewskiemu w Buku. Jako kolejny dowód procesu stopniowego utrwalania się przeinaczenia nazwiska najpierw zacytuję charakterystyczny dokument: „Działo się dnia 22 września 1834 zapis Na  naukę i wyzwolenie szewskom młodoletniego Wincyntygo Formanowicza do maystra Wincyntygo Zwierzyńskiego Na lat 3 wszystkie kundycyje Mayster Wincynty Zwierzyński nasiebie przyniesie Jakoto przyodziewek w przeciągu terminu i na wyzwolenie do Gospody oddać i wszystkie Kosztów Jakie wynikną obowiązuje się ponieść tynże Wincynty Zwierzyński Jako Mayster” - podpisy. A następnie przytoczę wstęp do pisanego po polsku protokołu: „Działo się to 23 kwietnia 1849 Przy zgromadzeniu dziesiejszym oświadczył J. Pan Wincenty Furmanowicz iż życzeniem iego, aby mu nie było przyzwolonym ucznia swego itd...” podpis: Winty Furmanowicz. Od 1834r, gdy ów Wincenty F. pisał swe nazwisko przez „o”, do 1849r, gdy zgodził się na zapis przez „u” i sam się tak podpisał ( ! ), minęło 15-lat. Przez ten czas sam ów majster zapomniał jak się zwał !. Co ciekawe to w marcu 1857r na pisanym po niemiecku sprawozdaniu finansowym cechu podpisało się 28-osób, natomiast przy nazwisku Vincent Furmanowicz zanotowano „nicht Schreiber” – niepiszący i nakreślono trzy krzyżyki. Być może było dwóch Wincentych F.: jeden piśmienny drugi nie, może ów Wincenty nie chciał podpisać się na pisanym po niemiecku dokumencie, lub mamy przykład wtórnego analfabetyzmu. Reasumując ten zbiór faktów można stwierdzić z prawdopodobieństwem niemal bliskim pewności, że nasze nazwisko w Buku od początku brzmiało FORMANOWICZ z wyraźnym zapisem przez „o”. Późniejsze zmiany spowodowane były w okresie rozbiorów  przez Niemców. Prawdopodobnym – lecz nie pierwszym -protoplastą rodziny był Andrzej Formanowicz, nieformalnie ( wojny napoleońskie ) od roku 1807 mistrz szewski, którego uprawnienia mistrzowskie cech potwierdził decyzją z 6.12.1826. Tenże 25.04.1832r wybrany został drugim cechmistrzem, a około 1840 r. został pierwszym cechmistrzem bukowskiego cechu szewskiego. Zmarł w 1848r. Datę Jego urodzenia  można oszacować przyjmując, że mistrzem w zawodzie mógł zostać czeladnik po cztero- pięcioletnim „terminowaniu” u majstra. Jeśli więc w 1807r. oddał  do oceny wyznaczonych mistrzów cechowych tzw. „sztukę” ( co potwierdzono w protokole ) tj. własnoręcznie, bezbłędnie wykonane buty, jeśli złożył stosowny egzamin, to możemy obliczyć, że: miał co najmniej 14 do 15 lat gdy został oddany do „terminu” na 3- 4 lata, następnie pracował jako czeladnik 4 do 5 lat do „uwolnienia od młodszeństwa”, a na koniec musiał przez 4 do 5 lat prowadzić pod nadzorem majstra cudzy lub własny ( jeśli miał taką możliwość ) warsztat do egzaminu mistrzowskiego. Sumując lata stwierdzimy, że zdawał go w wieku od 25 do 28 lat. Odejmując te lata od 1807r  otrzymujemy, że A. Formanowicz urodził  się prawdopodobnie w przedziale lat 1779 – 1782. W tym okresie trzeba więc szukać jego śladów w Księdze chrztów parafii bukowskiej.  Bliskość czasowa ( ok.1841r - patrz wyżej pkt. 3) opisanych poprzednio perypetii prusko-rosyjskich szewca Marcina F. zwiększa prawdopodobieństwo istnienia związku rodzinnego. Warto też odnotować, że w okresie ok. 50- lat  występuje co najmniej  czterech szewców  Andrzejów Formanowiczów ( I – senior, który w 1807r: „wszystkie kondycje przyzwoitem wykonał”, II - 10.12.1810 uwolniony z „młodszeństwa”, III – około 1826 występował też junior ( syn ? ) jeśli zapisano, że był senior, IV - 23.01.1846 „wyzwolenie jednego z 4-ch młodoletnich”, V - 26.09.1848 kolejne „wyzwolenie młodoletniego” ) wśród bukowskich Formanowiczów było to więc imię bardzo popularne.  Dodatkowo w tym czasie występuje także dwóch Wincentych F. Ponadto stwierdziłem, że pośród sprawdzanych XIX-wiecznych dokumentów nie ma zapisu jakiegokolwiek bukowskiego szewca, który by  pisał swe nazwisko z „ó”. Na koniec warto utrwalić kilka faktów potwierdzających dodatkowo ten wniosek: A. w Księdze zmarłych zapisano ( poz.60 ), że 19.03.1831 zmarł Andrzej  (Andreas ) Formanowicz lat 57 urodzony legalnie, w rubryce zawód zapisano „cives” obywatel – na pewno nie „sutor” tzn. szewc. Brak wpisów imienia ojca i matki oraz zawodu ojca. B. w dniu 18.11.1832r  o godz 9- ( poz. 160 ) urodziła się dziewczynka, którą  ochrzczono 25- tego m-ca nadając jej imię Franciszka; ojciec Andrzej Formanowicz szewc, matka Marianna Datkie, oboje katolicy. C. w dniu 5.08.1834r ( poz 145 ) urodził się w Buku chłopiec, ochrzczony 10- tegoż m-ca, któremu nadano imię Dominik, z ojca Andrzeja Formanowicza szewca i matki Barbary – nie podano nazwiska. D. Na koniec tej serii: 19.05.1835r ( poz 121 ) urodziła się w Buku i 28.05. została ochrzczona dziewczynka, której nadano imiona Julianna, Karolina, z ojca Karola Marszałkiewicza i matki Luizy Formanowicz. W czasie piątej kwerendy przeprowadzonej 4.02.2005 w Archiwum Archidiecezjalnym w Poznaniu stwierdziłem w grodziskiej Księdze ślubów, że we wpisach z 1878r ponad 40-krotnie występuje nazwisko Fórmanowicz, ( pisane przez „ó”), które nosił ksiądz udzielający ślubów. Jednak także i kilka innych osób świeckich zawierających związki małżeńskie tak zostało zapisanych. Np. 16.01. żeni się Franciskus Fórmanowicz, następnie 05.02. żeni się Valentinus F. urodzony w Puszczykowie z matki Pusek, ponadto 26.02. czyni to Ignatius F. Czyżby więc w Grodzisku panował obyczaj lub nawyk ( przez „ukłon” w stronę owego księdza ? ) takiego właśnie, przez „ó”, pisania nazwiska ?. W tej Księdze, w kilku przypadkach, wpisano odrębną miejscowość „Doktorowo”. A więc w tym czasie Doktorowo nie było jeszcze włączone w obręb Grodziska. Dowód: 25.07.1891 zawarli związek małżeński Adam Stachowski z Grodziska i Stanisława Fiedler z  Doktorowa,  świadkowie: Jakub  Stachowski  i  Franciszek  Fiedler ( czyżby ów Adam S. z Grodziska „ wżenił się” był w posiadłość w Doktorowie i po nim wszyscy następni Stachowscy stąd się wywodzili ? ). Na zakończenie sprawa najważniejsza: oto w księdze ślubów zawartych w parafii grodziskiej znajduje się pod datą 23 Februari 1892r (poz 23) zapis, że związek małżeński zawarli Stephanus Fórmanowicz de Grodzisk juvenis lat 33 i 3 m-ce i Eleonora Niejacka de Grodzisk virgo lat 23 i 5 m-cy, katolicy; ich rodzice: Antonius Fórmanowicz i Marianna Dybizbańska oraz Carolus Niejacki i Marianna Wilhelus, świadkowie: Vladislaus Gebel i Ignatius Teicher. Był to dla mnie pierwszy sygnał, że dziadek mego Ojca nosił imię Antoni nie Jakub. To odkrycie skłoniło mnie do poszukiwania kolejnych faktów dotyczących  przodków. Na podstawie grodziskich zapisów można stwierdzić, że małżeństwo Stefana i Eleonory trwało tylko ok.14 lat, a w chwili śmierci Stefana tj. w 1906 r. miał on 48 - , a ona 37- lat. Zapis w grodziskiej księdze ślubów skłania do szukania przyczyny zmiany nazwiska przez Stefana  i podania w akcie małżeńskim, że pochodzi z Grodziska a nie z Buku. Chociaż niejeden raz stwierdziłem, że występują błędy z różnych księgach parafialnych. Na koniec tego fragmentu odnotowuję przypuszczenie, że zapisy w dokumentach bukowskich mogą wyjaśnić pytanie czy przeprowadzka do Grodziska mogła spowodować zmianę pisowni własnego nazwiska Stefana, bo tak innych Formanowiczów tutaj zapisywano?.

8.          Eleonora Nijacka - w trzech na cztery posiadane dokumenty figuruje  jako Niejacka: w metryce urodzin mego Ojca, w księdze ślubów parafii grodziskiej  oraz w akcie zgonu ciotki ( dawniej na siostrę Ojca mówiono „stryjna”, na brata Ojca „stryj”, a na żonę stryja „stryjenka”) Marii Łukaszewskiej. Wobec tego należy przyjąć, że dobrze jest udokumentowany zapis nazwiska rodowego mej Babci w postaci: Niejacka. Ta niepewność, którą dało się dość prosto wyjaśnić, ponownie potwierdza fakt, że dawniej nie przywiązywano zbyt wielkiej wagi do właściwej pisowni nazwiska. Następna istotna sprawa:  mąż siostry - czyli szwagier - Eleonory Niejackiej, nazywał się Tejcher ( bez „t” na końcu; prawdopodobnie czytano „Tajcher” ). Dowód : w Księdze parafii grodziskiej 26.03.1890 r odnotowany został ślub Karola Tejchera i Cecylii Wiśniewskiej. Inny Tejcher – Ignacy -  był także świadkiem na ślubie moich dziadków Stefana i Eleonory.

9.          Czasowa „separacja” pradziadków. Fakty, według relacji mego Ojca skorygowanej względem zapisów w księgach parafialnych ( chrzty dzieci ), są następujące: w czerwcu 1858r, mając 24-lata, a więc w półtora roku po ślubie, Marianna uciekała przed pożarem będąc w 2-m-cu ciąży ze Stefanem, a w pół roku po śmierci pierwszego swego dziecka – Agnieszki. Żal po śmierci pierwszego dziecka, zaraz druga ciąża z normalnymi w tym stanie, skrajnymi zmianami nastrojów i nakładający się na to wielki pożar Buku ( który - być może - niszczy część majątku Jej lub rodziny ? ), przed którym musiała uciekać by ratować życie i – według mego Ojca – nieobecność w tej traumie męża, może tworzyć mieszankę wybuchową. Jest możliwe, że Antoni–Jakub zdala od miasta, nie wiedząc co się tam dzieje, pilnuje w tych dniach dzierżawionej alei czereśniowej ( jak to robiło wielu szewców bukowskich - patrz cytat zamieszczony w następnym punkcie ), czego nie akceptuje Marianna. On – biedny szewc - ambitnie chce zarabiać własne pieniądze by nie być na utrzymaniu bogatej żony. Suma tych czynników może skutkować wielkim wybuchem - kłótnią małżonków ( że pozostawił Ją samą w niebezpieczeństwie ! ) i ich rozstaniem. Mimo wielokrotnego wgłębiania się w tę sprawę nie doszedłem do innej konkluzji. Jakim bowiem draniem musiałby być mąż porzucający ciężarną żonę w opresji gdyby ona sama w gniewie ( a wszystko wskazuje na to, że była choleryczką i do tego w ciąży ! ) nie przegnała go ?. Za prawdopodobieństwem tej  tezy przemawia fakt, że później to Marianna – chyba czując się w części winną – naraża się, szuka męża i pierwsza wyciąga rękę do zgody ( dobrze wie, że jest ambitny ! ), „przymykając oczy” na sprawę flirtu Antoniego-Jakuba z obitą warszawianką.

§            Oto opis smutnej doli szewców bukowskich ( K. W s. 67 ): „Miasto Buk słynne jest z wielkiej liczby reprezentantów dwóch cechów t.j. szewskiego i stolarskiego. Gotowego towaru tworzą bardzo wiele, lecz czy go sprzedadzą ?. Przejeżdżając przez miasto w nocy, o każdej godzinie widzi się światełka. To szewcy kują buty na jarmarki w mieście i okolicy. Na rynku wystawiają budy, wywieszają towar, a kmiotek przychodzi, próbuje zębami, czy skóra mocna i tylko wtenczas kupi, gdy zęby znaków nie pozostawiają. Czy jeszcze teraz, przy braku towaru, tak robią, o tem wątpię. Rąk do pracy za wiele, odbiorców za mało. Latem wszystko boso chodzi, na stołkach nie siada. Dla tego szewcy i stolarze, skoro drzewa owocowe zakwitną ruszają w okolice, wydzierżawiają aleje i sady, przenoszą się do nich na całe lato z koniem, kozą, wieprzkiem, z garnkami i dziećmi. W budach, słomą krytych, przez całe bawią lato, a sposób ich życia równa się pobytowi ludzi zamożnych u wód, z tą różnicą, że dzierżawcy aleji żyją o wiele taniej. Mleka dostarcza koza, okrasy wieprzek, a jarzyny pole. Na takich dzierżawach, czasami dołożą, czasami zarobią. W każdym razie zyskają przez to, że żyli przez całe lato bożą manną, że dzieci ich wróciły z różowymi, a nawet brunatnymi pyszczkami, że ojciec rodziny po kilkumiesięcznym wypoczynku z świeżymi siłami do warsztatu siada i znowu kuje i znowu hebluje, aż znowu na wiosnę stołek go parzy, nogi od warsztatu mdleć zaczynają, a przeznaczenie, jak cygana w dal, na aleje  go  pędzi”

§            Marianna nie mogła niezwłocznie udać się na poszukiwanie męża bo najpierw musiała urodzić Stefana - Szczepana, następnie go wykarmić, a potem wybuchło Powstanie Styczniowe. Rosja uszczelniła kordon wokół swego zaboru aby nie docierała pomoc dla powstańców. Upłynęło więc prawie 6-lat od rozstania małżonków. Dopiero pod koniec 1864r, po ustaniu walk w zaborze rosyjskim, czyli po okrutnym, krwawym zdławieniu polskiego zrywu niepodległościowego, Marianna mogła ewentualnie zostawić Stefana pod opieką swej matki Tekli Dybizbańskiej z Gronkowskich, aby przedostać się przez kordon rosyjski i ruszyć na poszukiwanie Antoniego – Jakuba. Atoli można także przyjąć i taką wersję, że mimo wielkiego ryzyka zdecydowała się zabrać z sobą dziecko jako najsilniejszy argument uczuciowy na rzecz przekonania męża do powrotu. Marianna prawdopodobnie odnalazła Antoniego-Jakuba w Warszawie. Tutaj na rynku, w obecności męża, obiła „tę drugą”. Jakub uciekł ze wstydu.

§            Marianna „dopięła swego” i na przełomie 1864/65r sprowadziła Antoniego-Jakuba na powrót do Buku. Fakt powrotu potwierdzają narodziny w 1866r trzeciego ich dziecka - Zygmunta. W następnym roku rodzi się Jan, który umiera po dwóch latach, a w 1870 rodzi się ostatnie Ich dziecko - Helena.

§            Wiele  przemawia  za  wnioskiem, że Marianna udając  się  do  Warszawy  ( Ojciec mówi „przedostała się”; być może odnosi się to do tzw. zielonej granicy, która przebiegała za Wrześnią?. Trzeba bowiem  pamiętać, że koleją z P-nia do W-wy przez Ostrów Wlkp. – Łódź można było dojechać dopiero od 1903r, natomiast linia kolejowa w odwrotnym kierunku tzn. z P-nia do Berlina przez Buk, Rzepin i Frankfurt nad Odrą, uruchomiona została już w 1870r ) wiedziała, że Jakub właśnie tam przebywa. Może po gniewnym rozstaniu się z Marianną, udał się do Warszawy by podnieść swoje umiejętności fachowe, uzyskać papiery mistrzowskie, aby potem wykonywać bardziej eleganckie, droższe buty, bo tamtejsi szewcy słynęli jako znakomici specjaliści ?. Być może Jakub pojechał do szwagra, księdza Dybizbańskiego aby poskarżyć się na Mariannę i szukać w Nim pośrednika w problemach małżeńskich ?. A brat powiadomił Mariannę o obecności i zachowaniu Antoniego ?. Można także przypuszczać, że ktoś pomagał Mariannie w owej peregrynacji, a ponadto, że przygotował dla Niej mieszkanie i zatrudnienie u tolerancyjnego pracodawcy. Jest mało prawdopodobne, aby pojechała w nieznane. Ponadto któż dałby pracę kobiecie opiekującej się małym dzieckiem – jeśli Stefana z sobą jednak zabrała?. Chyba, że ktoś znaczny użyłby w tym celu swych wpływów. Może był więc nim ks. Dybizbański ?. Wiele przesłanek świadczy o tym, że ten brat prababci Marianny pełnił posługę kapłańską właśnie w Warszawie i miał tam znaczące wpływy. I to On - być może - wobec ujawnienia niewierności małżeńskiej Jakuba, wezwałby Ją do siebie, pomógł przekroczyć granicę, przygotował warunki do zamieszkania i pracy zarobkowej. Może chciał na powrót scalić małżeństwo siostry?.

§            Reasumując cały ten wywód muszę sformułować wniosek, iż wiele wskazuje na taką oto wersję wydarzeń, że w 1858r - lub tuż po tej pamiętnej dla Buku dacie - nastąpił czasowy rozpad małżeństwa Pradziadków. Ponowne scalenie Ich związku nastąpiło po ca 6-latach, tj ok. 1865r. Lecz Antoni-Jakub zaczyna ok.1870 chorować i po ca 8-latach, będąc w wieku 44 - lat umiera. Być może przyczyną choroby i śmierci  były trudy, niedole  (gruźlica ?; mój Ojciec mówił o wymęczeniu i zaziębieniu na powstaniu), a może i rany odniesione w czasie powstania, o czym w czasach prześladowań pruskich mówić nie było wolno ?.  

§            Zarys życiorysu Antoniego- Jakuba Formanowicza

Data urodzenia: 10.01.1835r

1848r, ma 13-lat, widzi walki w Buku z wojskiem pruskim, doświadcza tragicznych ich skutków dla niektórych rodzin, w tym być może także dla Andrzeja - jego Ojca, który umiera w dwa miesiące po zakończeniu walk w wieku zaledwie 44-lat, być może od doznanych obrażeń lub stressu ( zawał ? ) w wyniku konfiskaty mienia ?. Gwałtowne pogorszenie statusu materialnego rodziny - bieda ?.  

1848-49 zostaje uczniem szewskim

1851-52 zostaje wyzwolony na czeladnika

21.01.1857, ma 22 – lata, żeni się z Marianną z Dybizbańskich, starszą o 5-m-cy

1857 rodzi się Agnieszka

08.06.1858 wielki pożar Buku ( domniemane rozstanie się małżonków  ? )

25.12.1858 Marianna rodzi Stefana - Szczepana

1863r Antoni prawdopodobnie walczy w Powstaniu Styczniowym

1865r Marianna przedostaje się za kordon, dociera  do Warszawy, na rynku spotyka męża, robi  scenę  „tej drugiej”, małżonkowie godzą się i wracają do Buku.

1866 rodzi się Zygmunt

1867 rodzi się Jan

1869 umiera Jan

1870 rodzi się Helena

25.12.1879 Antoni- Jakub umiera w wieku 44-lat

§            Dybizbańscy w Buku byli rozróżniani przez przydomki. Warto zanotować dla młodszych czytelników, że w małych środowiskach, miastach i wsiach, oprócz nazwisk, które wymieniano w celach oficjalnych, na co dzień rozróżniano się przez przydomki. Tym bardziej, że często w rodzinach obywatelskich– dla ciągłośći rodu – syn otrzymywał imię po ojcu. Dla zilustrowania sprawy przydomków mogę podać, że do liceum gostyńskiego, do wyższej klasy niż ja, chodził w latach 1947-51 kolega – jeden z dwóch braci Lenartowiczów – na których, z niewiadomego powodu, wołano „Igel” ( po niemiecku: jeż), ponadto przyjaźniłem się z Marysiem, którego zwano „Pacio”, a także, będąc przybocznym w drużynie, podlegałem pośrednio harcmistrzowi, którego przezywano „Mamut ze spawanym ogonem”, a jego synów  „Mamuty”. Miałem kilku dalszych kolegów, noszących różne inne, przedziwne przydomki np.„Diabeł”( nb. później znany dziennikarz). W Krobi na jednego pana wołano „ Kieliś”, na innego „Malacha” itd. Tych przydomków nie można było powiązać z jakimikolwiek cechami fizycznymi czy psychicznymi  osób  nimi „obdarzonych”. Być może po walkach w 1848r, członkom tej gałęzi rodziny Dybizbańskich, do której należała prababcia Marianna, nadano chlubny przydomek „ułanki” ( informacja pochodzi od   bardzo szanowanego w Środzie, emerytowanego proboszcza parafii Najśw. Serca Jezusa i prefekta Liceum, ks. kanonika Wojciecha Raczkowskiego, który Darkę i Przemka związał węzłem małżeńskim i dotąd interesuje się Ich rodziną. Ks. Raczkowski pochodzi z Lwówka z rodziny rzeźniczej, a za młodu posługiwał jako wikary.w parafii bukowskiej ). Ponadto K. W. na s.75  pisze: „ Jak w każdym miasteczku mają pewne rodziny przywilej rozmnażania się, koligacji, tak też w Buku słynną jest rodzina Dybizbańskich, których jest tak wielu, że nawet imion w kalendarzu nie starczy i dla tego zmyślny naród przydomkami ich obdarza. I tak mamy Dybizbańskiego „ułanka”, „rykarza”, „piplusia”, „Garibaldiego”, „ślepą rybkę” itd. Przydomki te tak przylgnęły do rodzin, że nie obrażają obywatelskiego honoru i stanowią doskonały sposób odróżniania pojedyńczych szczepów”. Tę informację można ewentualnie i tak skomentować: być może przydomek „ułanki” nawiązuje do zamierzchłej przeszłości gdy w potrzebie wojowie z danego miasta stawali  zbrojnie - kogo było na co stać- jedni pieszo inni na koniach. Może niektórzy, bogatsi Dybizbańscy, stawiali konno ?. Warto tutaj na marginesie sprawy napomknąć, że Niegolewscy – okoliczni magnaci – zawsze bukowianom przewodzili. W Buku, przy kościele parafialnym, stoi tablica epitafijna Niegolewskich, z wyrazami hołdu dla wielu członków tej rodziny, za udział w walkach o Polskę. Widocznie patriotyzm, rozumiany prosto jako udział w zbrojnych akcjach zmierzających do obrony lub odzyskania wolności przez Ojczyznę, bez oglądania się na interes własny, był silnie zakodowany w zachowaniach okolicznej szlachty i bukowian. Tak było też we wszystkich powstaniach narodowych. Widać to dowodnie na przykładzie prapradziadka Andrzeja, pradziadka Antoniego-Jakuba oraz księdza Dybizbańskiego. Tutaj też nasuwa się skojarzenie z informacją Ojca, że „ jak Babcia gotowała ślepe ryby to bolały mnie wszystkie zęby”. Powstaje pytanie czy może to mieć związek z krzywdą Prababci, która krewnym sprzedała dom i nie otrzymała zań zapłaty ?. Może owi nierzetelni Dybizbańscy byli znani jako „ślepe rybki”  ( patrz wyżej ) i to ten przydomek tak negatywnie wpływał na dziecięcą świadomość Ojca, że aż bolały go zęby przy gotowaniu tej zupy, w istocie ziemniaczanej, bez śladu ryby, a tym bardziej ślepej ?. Przecież dziecko na pewno bardzo emocjonalnie przeżywało krzywdę Babci – dobrodziejki – oszukanej przez krewnych, być może  mieszkających za ścianą, spotykanych co dzień na wspólnej sieni. W tym miejscu zamieszczę informację, którą uzyskał Mariusz od p. Ewy Szymborskiej – kier. Literackiego Teatru Polskiego w Bydgoszczy dot. Ludwika Dybizbańskiego: „...pochodził z Poznania, urodził się w 1882 roku; był aktorem, reżyserem, występował w teatrach Poznania, Warszawy, a nawet w Samarze, Kijowie i Moskwie; ostatecznie - już w Poznaniu – pracował jako antreprener...  ( dyrektor ) objazdowego teatru Polskiego, z którym przyjechał na gościnne występy do Bydgoszczy pod koniec 1918roku; po zakończeniu I wojny światowej Dybizbański został dyrektorem tzw. Teatru Plebiscytowego, operującego na terenie Pomorza; na wieść o opuszczeniu Bydgoszczy przez Niemców przyjechał tu wraz ze swoim zespołem i objął opuszczony budynek teatralny; pracował od kwietnia do końca lipca1920r; niestety, Magistrat nie dał zespołowi dotacji, co spowodowało, że rozgoryczony Dybizbański miasto opuścił; powrócił raz jeszcze wygrywając konkurs na dyrektora w sezonie 1926/27; zmarł nagle na serce w lipcu 1927 roku”.

10.       Dane archiwalne dot. prababci Marianny. W dniu 17.01.2003 przeprowadziłem pierwszą kwerendę w  Archiwum Archidiecezjalnym w Poznaniu. Znalazłem  w Księdze Zgonów oznaczonej  MKR 680 z 1917 r  na str. 219 poz 78  zapis: obitus Buk  m-c Julius dies 3 hora 10  ( zmarła w Buku dnia 3 czerwca o godz 10 ) - post mortis –Marianna Furmanowicz  83 - lata. Patris:  Josephus  Dybizbański,  Matris:  Thecla  Gronkowska ( litery niewyraźne – można ewent. czytać Grankowska lub Gromkowska ). Z tego zapisu wynikają następujące - moim zdaniem - prawdopodobne wnioski:

a.      z uwagi  „post  mortis” ( po śmierci ), wpisanej drobnymi literkami pod godziną śmierci, można wnioskować, że Prababcia zmarła samotnie, że nikt z bliskich przy jej zgonie nie był. Wpisano bowiem tylko przybliżoną, domyślną godzinę - oszacowaną dopiero po śmierci,  

b.      rubryka  „zgłaszający”  jest pusta, co może ewentualnie ( lecz niekoniecznie ! ) oznaczać, że do kancelarii parafialnej nie przyszedł nikt z rodziny ( bo zostałby zapisany z imienia i nazwiska – jak w rubrykach dot. innych zmarłych ) aby zgłosić zgon Babci. Być może w pośpiechu wpis potraktowano tymczasowo, do póżniejszego uzupełnienia, a potem o tych pustych rubrykach zapomniano ?. Jednak w warunkach kościelnego porządku byłoby to zdarzenie raczej niezwykłe. Wobec tego wydaje się uzasadniony domysł Ojca, iż Prababcia zmarła samotnie; czy z głodu – nie wiadomo, choć możliwe. Nieodparcie nasuwa się bowiem pytanie czy ktoś przychodził do Niej aby Ją  nakarmić, umyć, opatrzyć - gdy leżała samotnie, chora lub niedołężna?,

c.      jeśli nikt z bliskich nie zgłaszał śmierci ( sąsiedzi ?), to skąd  w  owej  Księdze  dane     osobowe Prababci, jej wiek oraz  imiona rodziców i nazwisko matki ?. Może były  już  wówczas jakieś dowody tożsamości?. Być może ktoś w Kancelarii parafialnej pamiętał Jej dane jako tercjarki ? Lub  też odszukano je w księgach parafialnych ?,

d.      Prababcia zmarła 3.07.1917r tj. przed wybuchem Powstania Wielkopolskiego, czyli w czasie gdy Ojciec był jeszcze w Grodzisku w nauce zawodu u Kandulskiego ( miał wówczas16 - lat ), a nie „na wojaczce”, jak podawała  Mama,

e.      Ojciec nie był na pogrzebie swej Babci. Kiedyś mówił mi, że miał  z  tego  powodu wyrzuty sumienia. Pytanie tylko: czy  i  ewentualnie  dlaczego  siostry  nie  zawiado-miły  Go  o śmierci  i  o  pogrzebie  Babci ?. Czyżby  był  to  objaw  znacznego  ochłodzenia stosunków między  rodzeństwem, o  czym  Ojciec przy  innej  okazji napomyka ?. A może zawiadomiły go a nie pojechał ?. Wtedy  wyrzuty  sumienia byłyby zrozumiałe, lecz przyczyna nadal niewyjaśniona.

f.       swej najmłodszej córce dziadkowie moi Stefan i Eleonora nadali imię Tekla. Można    przypuszczać, że na pamiątkę Tekli Gronkowskiej – babci Stefana, a matki Marianny -   którą chyba ciepło wspominali.                         

11.       Sprawa zaginięcia krzyża „pielgrzymkowego”. W 1970  lub  1971r,  bodaj  we  wrześniu i prawdopodobnie w niedzielę ( bo w poniedziałek trzeba było pójść do pracy ), odwoziłem Rodziców z Dębna do Koźmina; wydaje się, że było to po wspólnych imieninach Ojca i Steni,. Aby sprawić Ojcu przyjemność pojechałem przez Buk. Tutaj najpierw udaliśmy się do kościoła farnego i weszliśmy do zakrystii, która była otwarta; było po mszy św.. Dobrze Ojcu znany krzyż wisiał na zachodniej ścianie zakrystii, na wysokości ok. 2 - metrów. Na jego widok Tato ogromnie się wzruszył, ukląkł na oba kolana, głęboko się skłonił i zatopił w modlitwie. W takim skupieniu trwał dłuższy czas. Oboje z Mamą niebawem wyszliśmy, a Tato przyszedł do nas dopiero po kilku ( już nie pamiętam dokładnie ), a może nawet kilkunastu minutach. Widziałem wielkie wzruszenie, ale też radość i zadowolenie, że mógł się pomodlić przed tą relikwią rodzinną, która Mu przypominała dobrą Babcię, czasy dzieciństwa. Pamiętam, że wówczas figurka Chrystusa  była jeszcze nieuszkodzona. Następnie objechaliśmy miasto, obejrzeliśmy miejsca  pamiętne, szczególnie z okresu okupacji i udaliśmy się na cmentarz przy kościele Św. Krzyża aby pomodlić się za bliskich zmarłych. Wówczas Tato wskazał mi przybliżone miejsce pochówku swej Babci, szukał w pamięci lokalizacji grobu Dziadka, wspomniał o zbiorowej mogile ofiar „morowego powietrza” gdzie pochowano m.in. kuzyna Marianny. Na koniec pojechaliśmy na nowy cmentarz gdzie leżą we wspólnym grobie Łukaszewscy i Lisowscy.  Następne nasze  spotkanie  z  krzyżem  „pielgrzymkowym”  miało  miejsce ok. 10 – lat  później. Tym  razem jechaliśmy z Dębna ze Stenią, Darką i Mariuszem do rodzin w Koźminie i Krobi. Ponieważ dzieci były już w starszym wieku szkolnym ( Darka bodaj już w Liceum ), postanowiliśmy im pokazać Buk skąd pochodzi nasza rodzina. Weszliśmy też do zakrystii kościoła farnego, aby zobaczyli krzyż – tę ważną dla rodziny pamiątkę. Wisiał na swoim miejscu lecz figurka Ukrzyżowanego nie miała już lewego ramienia. Krótko po śmierci Mamy, a więc ok. 2000 r., pojechałem do Buku po tworzywo na butelki do tamtejszej hurtowni. Ponieważ przy jedynej rampie był rozładowywany duży samochód ciężarowy to p. Marian Sworek – magazynier – poprosił mnie abym ok. ˝ godz. poczekał na wydanie surowca. Nie chcąc na próżno tracić czasu, pojechałem na stary cmentarz zapalić znicz i pomodlić się za dusze zmarłych z rodziny, a potem zajrzałem do zakrystii kościoła farnego. I wówczas z wielkim zaskoczeniem i przykrością stwierdziłem, że pamiętnego krzyża już nie ma. Zastąpiono go jakimś mniejszym, współczesnym, na którym figurka Jezusa jest wykonana z tworzywa sztucznego.  Bardzo tym  zaniepokojony i zatroskany, poszedłem na probostwo aby porozmawiać z księdzem. Niestety nie zastałem go. Przeto po powrocie do Środy napisałem list , w którym prosiłem o informację co mogło się stać z tym krzyżem. Opisałem w liście jego dzieje, pokładaną w nim ufność rodziny jako pamiątki intencjonalnych pielgrzymek, a zarazem patriotycznego znaku po bukowskim księdzu – wygnańcu.  Przez prawie dwa lata odpowiedzi nie otrzymałem.  W tej sytuacji pewnego letniego dnia w 2002 r  wybraliśmy się ze Stenią do Buku. Najpierw zapytaliśmy kościelnego o losy krzyża. Okazało się, że funkcję tę pełni od niedawna i o interesującej nas sprawie powiedzieć nic nie może. W wikariacie nikogo nie zastaliśmy, podobnie w biurze parafialnym. Na probostwie było wielu księży – trwał zjazd dekanatu.. Jednak ks. proboszcz, który także niedawno objął to stanowisko, poinformował nas, że jego poprzednik jest na emeryturze u miejscowych sióstr zakonnych przy placu Reszki. Na miejscu okazało się, że w czasie okupacji niemieckiej w budynku tym mieściła się restauracja, do której sporadycznie – gdy lepiej szły interesy w hurtowni, w której pracowali Rodzice – dostawaliśmy kartki obiadowe. Pamiętam, że któregoś dnia podano gotowane młode wrony, czy kawki. O tym specyficznym menu dowiedzieliśmy się po kilku dniach. Jednak szok, wstręt jaki przeżyliśmy, pamiętam do dziś. Tak to rasa panów wykorzystywała wszelkie zasoby dla wspierania wysiłku wojennego Tysiącletniej Rzeszy. W tym to klasztorze zastaliśmy ks. prałata – poprzedniego proboszcza bukowskiego, który powinien był otrzymać mój list, bo był wysłany za jego kadencji. Przyjął nas uprzejmie w swoim pokoju. Na nasze pytanie odpowiedział, że o losach „ naszego”  krzyża nic nie wie. Mego listu także nie pamiętał. Nie sprawiał wrażenia człowieka z krótką pamięcią. W łańcuchu naszych poszukiwań ów prałat był ostatnim już ogniwem. W konkluzji musimy więc przyjąć, że pamiątkowy krzyż niestety zaginął.

12.       Opis figury Chrystusa cierniem ukoronowanego ( Ecce Homo ) na cmentarzu przy kościele Św. Krzyża w Buku ( obecnie ul. Boh. Bukowskich, przy której ongiś stał dom prababci  Marianny ). Na wprost wejścia na cmentarz stoi smukły słup z piaskowca o wysokości ok. 3 m, w przekroju kwadratowy, wyprofilowany, z  przewężeniami. Na szczycie figura Chrustysa. Od frontu ( od strony bramy ) napis: „S. Mathias o. pro nobis”, a z boku, od strony alejki: „Któryś dla nas cierpiał rany Jezu Chryste zmiłuj się nad nami y nad duszami w czyścu cierpiącymi za które przechodzący mów pozdrowienie”, niżej:  „Ro: 1767”, a u dołu: „Tento jest krzak Mojrzeszów co w ogniu nie płonie. Jezu głowę w cierniowej mający koronie” ( pisownia oryginalna – Mojżesz  pisany  przez  „ rz” ). Pod tym słupem, gdy kiedykolwiek  będziecie w Buku i zechcecie pomodlić się za przodków, postawcie znicz, bo w pobliżu znajdowała się mogiła Marianny Formanowicz z Dybizbańskich. Przypuszczam, że mogła być pochowana w mogile swych rodziców, na miejscu eksponowanym, przy głównej alejce, bo Dybizbańscy to byli obywatele, czyli zasiedziała w Buku rodzina patrycjuszowska. Kiedyś taka pozycja społeczna miała swe znaczenie także na cmentarzu. Janka Laufer powiedziała mi, że grób prababci Marianny znajdował się bardzo blisko wejścia na cmentarz, po lewej stronie głównej alejki prowadzącej od bramy do kościoła Św. Krzyża. Potwierdziło to wskazanie mego Ojca.

 

 

Rozdział II

Następne dwa pokolenia: rodzice mego Ojca, on sam i  rodzeństwo.

Mój ojciec Szczepan był pierwszym synem Jakuba i Marianny. Drugim był stryj Zygmunt.  Obaj wyuczyli się na szewców. Terminowali w Buku. Mój Ojciec ożenił się z panną z Grodziska Wlkp. – Eleonorą Nijacką ( vel Niejacką ). Jej rodzice byli bogatymi ludźmi, mieli dom w eksponowanym miejscu Grodziska, bo na narożniku ul. Szerokiej i pl. Św.  Anny. Eleonora była najmłodszą córką Niejackich [ Jej Matka na Fot. 3 ]. Siostra Jej Matki wyszła za Tajcherta. Ojciec Eleonory był dekarzem. Na farze grodziskiej wymieniał na miedziane poszycie dachu i kopuły. Przywiązał się liną do figury św. Floriana znajdującej się na szczycie kopuły i pracował bez rusztowania. Wzbudzał tym podziw. Babcia opowiadała, że po ślubie moi rodzice wywędrowali do Neukölln ( Mama w swoich uzupełnieniach podała nazwę Röksdorf, w metryce jest Rixdorf ).  Była to mała  miejscowość  przy  Berlinie; ulicy  nie  pamiętam ( wg. metryki urodzenia Ojca była to Prinz Handjery Strasse 74 ). Tam Babcia założyła Im sklep z gotowym damskim, męskim i dziecięcym  obuwiem. Przy sklepie  był  też  warsztat  naprawczy, w  którym  pracowali  czeladnicy ( Mama podaje, że był to sklep spożywczy, bo obuwniczy mieli już w Grodzisku. Jedyną pamiątką, która nam pozostała po sklepie obuwniczym Dziadków,  jest blaszana łyżka do butów – na której we fragmentach zachował się jeszcze nikiel – z wytłoczonym napisem: „ Conrad Tack & Cie, Schuh Fabriken BURG b. Magdbg. Billigste & beste Bezugsquelle für  Schuhwaren jeder Art.”  w tłumaczeniu : Konrad Tack i inni, Fabryki obuwnicze BURG k/ Magdeburga. Najtańsze i najlepsze źródło nabycia wszelkiego rodzaju towarów obuwniczych” ). Mieszkaliśmy w pobliżu kanału Szprewy, których wiele odgałęzień znajduje się na terenie Berlina. Było to blisko małego portu rzecznego ( Hafen nabrzeże, port Britz-Ost, , rozwidlający się na dwie odnogi: Oberhafen i Unterhafen ), na którego terenie bawiłem się nie raz z innymi dziećmi. Z małżeństwa moich rodziców urodziło się 6-dzieci. Moi Rodzice splajtowali ( zbańczyli ) wskutek niedopilnowania interesu. Babcia Marianna drugi raz Ich wspomogła pieniężnie co umożliwiło  ponowne otwarcie  sklepu ( być może, że za drugim razem był to sklep spożywczy – jak Mama mi podyktowała  ? ). W tej samej miejscowości mieszkała rodzina Malkiewiczów, którzy byli krewnymi od strony Ojca. Malkiewicz był szewcem, który zatrudniał jednego czeladnika. Przypuszczam, że Malkiewiczowie byli obojętnie nastawieni do naszej rodziny, bo nic nie wiem o tym by pomogli Ojcu aby nie doszło do plajty. Być  może, że sami na tym skorzystali ( czyżby konkurencja w tej samej branży ? ). Chociaż przeczył by temu fakt, że jakiś czas przebywałem u nich na  utrzymaniu. Nie  pamiętam  czy  to  było  przed  czy  po  śmierci  Ojca ( wydaje się jednak, że w świetle faktów nie da się utrzymać tezy o obojętności Malkiewiczów. Ciotka Zofia Lisowska opowiadała bowiem swej córce Jance – póżniejszej Laufer – a Ta mnie, że Malkiewiczowie po śmierci Szczepana zabrali starsze dzieci do siebie. A oprócz tych mieli jeszcze chyba troje własnych !. Dzieci spały na piętrowej pryczy zbitej przez Malkiewicza z desek, zajmującej znaczną część pokoju. Rodziny Lisowskich i Malkiewiczów, z których ci ostatni całkowicie się zniemczyli, utrzymywały z sobą kontakt przez długie lata. Jeszcze po II-wojnie św. córki Malkiewiczów przesyłały paczki ciotce Zosi do Buku i same do Niej kilka razy przyjeżdżały ). Wyglądu mego ojca Szczepana nie pamiętam zupełnie ( Janka Laufer wspomniała, że Jej matka powiedziała kiedyś, iż dziadek Szczepan był „kudlok” tzn. że miał kręcone włosy ). Ani Babcia ani starsze rodzeństwo nie opowiadali mi o Nim. Być może dlatego, że nie tworzyliśmy jednej, zwartej rodziny, byliśmy rozproszeni. Ojciec musiał mieć dobry charakter. Pamiętam jak leżał w łóżku z owiązaną głową, gdy był już ciężko chory. Pewnego dnia Mama, która była w kuchni, zawołała mnie na górę do mieszkania. Mieliśmy mansardowe mieszkanie chyba na III – piętrze. Przybiegłem zaraz z podwórka i Mama kazała mi iść do Ojca. Poszedłem do pokoju. Ojciec kazał mi uklęknąć blisko swego łóżka, położył swe ręce na mej głowie i coś do mnie mówił. Treści już teraz nie pamiętam. Jak przez mgłę przypominam sobie coś z pogrzebu Ojca w Neukölln na katolickim cmentarzu. Bezpośrednio za tym cmentarzem, po zachodniej stronie, położone jest obecnie lotnisko Berlin - Tempelhof

Oto przybliżona historia małżeństwa rodziców mego Ojca - moich dziadków:

23.02.1892 -  Szczepan,  mający 33-lata, żeni się w Grodzisku Wlkp. z Eleonorą Niejacką – młodszą o 10-lat.

1893 –w Buku rodzi się Ich pierwsza córka Maria ( 23.01.1893 )

1894–1899 w Grodzisku Wlkp. rodzą się: Zofia (16.09.1895 ) potem Stanisław, następnie Feliks ( nie mam pewności co do kolejności urodzin tych dwóch braci )

1900 – 1907 w Rixdorf  rodzą się: Stefan ( 16.04.1901 o godz.7,30 )  i  Tekla ( ok. 1903 )

1906 – umiera Szczepan ma 48-lat  ( ur.  1858r ). Eleonora żyje jeszcze w 1924r.

Małżeństwo trwało więc ok.14 - lat tj od 1892 do ok.1906. Średnio co dwa lata rodziło się kolejne dziecko .

Potem  znalazłem się w domu sierot w Neukölln. Zapamiętałem niektóre scenki z tego domu. Rano wszystkie dzieci siadały na długich ławach przy dużym stole o skrzyżowanych nogach. Siadały po kolei. Rozmowy tylko po niemiecku. Jedna z pań ( nie pamiętam czy to była siostra zakonna ? ) rozlewała kawę zbożową i każdemu z dzieci wydzielała po dwie skibki suchego chleba. Po jedzeniu dzieci ustawiały się dwójkami w szeregu i wychodziły na podwórze. Wszystkie chodziły w drewnianych pantoflach, które od czasy do czasu spadały z nóg. Przez to musiały iść bardzo ostrożnie po kręconych, żelaznych schodach. Kiedyś ten pantofel spadł mi z nogi i narobił na tych schodach hałasu. Pani, która nas prowadziła, podeszła do mnie i zbiła po twarzy. Gdy zeszliśmy na podwórze dała mi ten drewniak co go zgubiłem i zaprowadziła do piwnicy, przełożyła  przez krzesełko i zaczęła kręcić jakąś maszynką, która tłukła mnie trzcinkami po tyłku. Powiedziała przy tym, że jestem dla niej najgorszym dzieckiem, które sprawia jej największe trudności wychowawcze. Musiała być sadystką !.

Gdy zmarł Ojciec miałem ok. 5-lat. Nie pamiętam swojej Matki. Nie przypominam sobie Jej wyglądu, zachowania itd. Po śmierci Ojca starsze rodzeństwo zabrała Babcia Marianna do Buku i tam dwoje umieściła u Marcina Strzelewicza, bednarza, średnio zamożnego rzemieślnika. Małżeństwo Strzelewiczów nie miało własnych dzieci i przyjęło część mego rodzeństwa tj. Zofię i Stanisława. Siostra Maria została umieszczona u p.p. Chylewskich, którzy mieli skład kolonialny. Tam pracowała jako pomocnica. Brat Feliks najpierw był też u Strzelewiczów a następnie poszedł za ucznia piekarskiego do mistrza, którego nazwiska niestety nie pamiętam. Przypominam sobie tylko, że był to krewny Strzelewiczów, dość wzięty piekarz. Ja zostałem w domu sierot, a siostra Tekla była umieszczona w innym zakładzie – być może dla młodszych dzieci. Nie wiem dlaczego Matka po śmierci Ojca nie zaopiekowała się swymi dziećmi, dlaczego dopuściła do tego aby  rozproszyły się po świecie ?. Co się z Nią stało po śmierci Ojca – nie wiem.  Babcia  mi na Jej temat nic nie mówiła ( Sądzę, że rozmyślanie nad tym problemem należy rozpocząć od pogrzebu Szczepana. Wydaje mi się, że można z dużą dozą prawdopodobieństwa przypuszczać, że prababcia Marianna była na tym ostatnim pożegnaniu swego syna. Z Buku do Berlina dojeżdżało się już wówczas pociągiem i nie była to taka daleka, ryzykowna wyprawa, jak do Warszawy. Uprawniony jest więc domysł, że chociażby wówczas rozmawiała z synową co dalej z dziećmi ?. Być może, że winiła Eleonorę – jak to teściowa –za wszystkie nieszczęścia jakie dotknęły rodzinę syna ?. Może na pogrzebie doszło do konfliktu, do ostrej scysji między Nimi, który zaostrzył depresję Eleonory ? Taki scenariusz byłby zgodny z domniemaniem o apodyktyczności Marianny, która mogła mieć także pewien wpływ na kilkuletnie  rozstanie się z Antonim -Jakubem.  Należałoby ewentualnie sprawdzić, czy to porzucenie dzieci przez Eleonorę mogło mieć związek z pruskimi prawami wówczas obowiązującymi?. Przecież i teraz w USA, gdy matka jest samotna i nie ma środków utrzymania, to dzieci są jej odbierane i umieszczane w rodzinach zastępczych. Taka sytuacja może matkę zdruzgotać psychicznie. Może więc Eleonora po śmierci Szczepana wpadła w głęboką depresję, która uniemożliwiała Jej spełnianie opieki nad dziećmi ?. Może trafiła do zamkniętego zakładu psychiatrycznego ?. To by tłumaczyło dlaczego później Prababcia memu Ojcu nic o Eleonorze nie mówiła. Wówczas – a bywa, że i teraz- każda niedyspozycja czy choroba psychiczna staje się rzeczą wstydliwą, szczególnie dla rodziny. A może umówiły się obie, że Eleonora usunie się aby zmusić państwo pruskie do zaopiekowania się dziećmi ?. Można jednak dopuścić i inny, wydaje się, że bardziej prawdopodobny scenariusz: oto na pogrzebie dochodzi do scysji, Marianna odjeżdża do Buku w gniewie, dzieci zostają z Eleonorą, która stopniowo wyprzedaje resztki towarów ze sklepu i sprzęty z domu. W niedługim czasie zostają bez środków do życia. Nie płaci czynszu. Właściciel eksmituje rodzinę z mieszkania. Eleonora załamuje się całkowicie i trafia do zamkniętego zakładu dla nerwowo chorych. Opiekę nad dziećmi przejmują Malkiewiczowie. Najmłodszych: Stefana i Teklę odbiera państwo pruskie i umieszcza w sierocińcach. Malkiewiczowie o sytuacji zawiadamiają Mariannę, która – po stosownym przygotowaniu miejsc dla nich - zabiera starsze dzieci do Buku. Młodsze trafią do Niej później za pośrednictwem Konatkowskich. Możliwy jest także inny, gorszy wariant, że Eleonora opiekuje się dziećmi jak długo wystarczy pieniędzy, a potem sama usuwa się - po prostu ucieka od nich. Nie wiadomo dokąd. Tę ostatnią wersję sugerowała Mama; być może czegoś dowiedziała się od ciotek Marii,  Zofii, Tekli lub stryjów Feliksa lub Stanisława, z którymi sporadyczne kontakty Rodzice miewali ?. A może istniała między rodzeństwem niepisana umowa, że sprawa porzucenia dzieci przez Matkę jest tabu, że o tym się nie rozmawia ?. Jest w tym jakaś tajemnica, której – z braku danych – nie umiem rozwikłać. I niech już tak zostanie. ). Babcia nie opowiadała mi też nic o Ojcu. W 1924r., gdy byłem już urzędnikiem w Urzędzie Skarbowym w Nowym Tomyślu, Matka odezwała się listownie do mnie i prosiła abym wziął Ją do siebie, bo znajduje się w domu starców w Niemczech. Lecz po porozumieniu się z żoną i teściami w Grodzisku nie zgodziliśmy się na to. Dalszej korespondencji już nie było. Odtąd słuch po mojej Matce zaginął. Po tylu latach nie przypominam sobie już przyczyny odmowy przyjęcia Matki pod moją opiekę.  (Można przypuszczać jedynie, że w tych latach moi Rodzice nie byli jeszcze samodzielni, nie mieli własnego mieszkania, a na Winnej było ciasno bo mieli już Marysia – mego rocznego wówczas  brata – i mieszkali tam razem z braćmi Mamy, którzy w tym czasie byli jeszcze kawalerami. A wszystkim żyło się ciężko w ówcześnie biednej, porozbiorowej Polsce, po wojnie światowej, blokadzie niemieckiej i po wojnie z bolszewikami. Bezrobocie było ogromne. W tym właśnie czasie wujek Marian musiał zrezygnować z nauki w Gimnazjum bo Dziadków nie było na to stać. Być może pewien wpływ na tę odmowę miała też myśl „jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie” – „jak nas porzuciłaś to my też Cię nie chcemy” ?. Oczywiste, że dla mego Ojca ta Matka była już wówczas osobą zupełnie obcą !. Pozostaje jednak pytanie dlaczego właśnie do Stefana zwróciła się Eleonora o pomoc, dlaczego nie do starszych dzieci np. do najstarszej Marii, której powodziło się  najlepiej;  czyżby  i  tam  zatrzaśnięto przed Nią drzwi ?. A  ponadto  jak  zdobyła  adres Stefana ?. Może najpierw pisała do innych dzieci i te po kolei odsyłały Ją dalej, na koniec do mego Ojca. A może go najbardziej kochała ?. ). Pamiętam jednak, że list był pisany po polsku. Innych informacji o Matce nie mam, bo na Jej temat z nikim już potem nie rozmawiałem.

Wracam do głównego wątku. W tym czasie w Berlinie mieszkał też były bukowianin Konatkowski, który miał 6-sklepów piekarskich. Moja Babcia kiedyś dopomogła mu gotówką do założenia tych sklepów. On dowiedział się, że jestem w sierocińcu i zabrał mnie stamtąd do siebie. Porozumiał się z moją Babcią czy ma mnie przywieźć do Buku. Na to Babcia zgodziła się. Konatkowski może by mnie zatrzymał u siebie ale bał się, że mogę rozpowiedzieć wśród dzieci niemieckich, z którymi się bawiłem, że w Jego domu zbierają się polskie dzieci, które ich córka Gertruda ( starszej było Helena ) uczyła języka polskiego i gry na fortepianie Nauka języka polskiego była wtedy karana ( Ojciec, w późniejszych latach,  bywając w Poznaniu w sprawach służbowych, kilka razy spotykał się z Gertrudą Konatkowską, którą nazywał kuzynką. Była profesorem w Wyższej Szkole Muzycznej. Jedną z ulic Poznania nazwano pośmiertnie Jej imieniem i nazwiskiem za wielkie zasługi w krzewieniu polskości i umuzykalnianiu wielu pokoleń Polaków – także w czasie okupacji gdy groziła za to śmierć w obozie koncentracyjnym ). U Konatkowskich byłem coś ok. ˝ roku. Tam też zaczęłem chodzić do niemieckiej szkoły ( wynika z tego, że w domu sierot Ojciec przebywał od roku do półtora, bo naukę w szkole zaczynały siedmiolatki ). Z moją jazdą do Buku było tak: Konatkowski zaprowadził mnie na dworzec kolejowy, opłacił bilet i na szyi zawiesił kartę podróży, na której była napisana docelowa miejscowość. W podróży opiekował się mną konduktor. W Buku wysadził mnie z wagonu i na stacji oddał kolejarzowi. Ten przekazał mnie do Magistratu. A urzędnik magistracki zaprowadził mnie do Babci. Nie mam dokumentu chrztu. Już w Buku przystępowałem do I -Komunii św. Szedłem w poreperowanych trzewikach. Mam takie zdjęcie [ Fot. 3 ].

W Buku kontynuowałem naukę w niemieckiej szkole. Od czasu do czasu nauczyciel Draber miał dla mnie „specjalne względy”, bo mnie tłukł. Lekcje odrabiałem w tym jednym pokoju u Babci, który służył do wszystkiego. Szkołę niemiecką ukończyłem w kwietniu 1913r  z bardzo złym wynikiem [ patrz świadectwo Zał 1 ]. U Babci chociaż było  biednie  to  jednak  byłem  najedzony.  Jednak   jak Babcia  gotowała  tzw. ”ślepe  ryby”( postną zupę z przecieranych ziemniaków z dodatkiem warzyw ) to bolały mnie wszystkie zęby. Od czasu do czasu Babcia zabijała świnię lub gęś to i mięso jedliśmy. Mieliśmy kozę to i było mleko. Kozy miało wówczas wielu obywateli ( w hierarchii pojęć mego Ojca słowo „obywatel” miało podwójne znaczenie: pierwsze – ważniejsze - obywatel to członek społeczności miejskiej, tej jej części o wyższym  statusie, czyli patrycjatu a nie pospólstwa. Zaś drugie – zdawkowe - obywatel to członek ogółu społeczeństwa; niby piękny zwrot lecz stał się sztuczny, niezręczny, wskutek usilnego forsowania przez „władzę ludową”, która  pragnęła nim zastąpić tradycyjne polskie: pani, pan )

Po wyjściu ze szkoły Babcia oddała mnie na dalsze wychowanie do obywatela miejskiego Marcina Strzelewicza, który mieszkał w Buku przy ul. Pniewskiej, przemianowanej później na ul. Niegolewskiego. Żona Strzelewicza miała chyba na imię Łucja. Tam miałem pod opieką dwie krowy. Czyściłem je, rżnąłem sieczkę, nasypywałem do koryta, chodziłem po plewy dla  załświń itd. Na ogół od rana godz. 9 do zachodu słońca pasłem te krowy na łące. Miałem z nimi kłopoty bo bardzo się rozbiegały. Nieraz weszły na obce pola, szczególnie na koniczynę. Przez to gonili mnie strażnicy polowi, od których dostawałem po łbie. Jak wczesną wiosną przychodził czas zakupu drewna to pomagałem starszym od rana do wieczora. Najpierw na stacji kolejowej w Dopiewie ładowaliśmy pnie na wagony i transportowaliśmy je do Buku. Następnie ze stacji na podwórko. Tutaj przepiłowywaliśmy je na mniejsze kloce, łupaliśmy  na szczapy ( klinami i kałkami – takimi drewnianymi młotami-obuchami ) i układaliśmy w wysokie sążnie.

Gdy ukończyłem 15- lat  siostra Marynia oddała mnie w Grodzisku do nauki zawodu piekarza u mistrza Kandulskiego. Terminowałem u Niego do grudnia 1918r. W tym czasie należałem do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży i do harcerstwa. Do harcerstwa przystąpiłem jeszcze w Buku; należałem do założycieli drużyny. Do drużyny należeli: Lucjan Hoffman, Stanisław Jakubowski i jego brat Henryk, Jankowski i inni, których nazwisk już nie pamiętam.  Przynależność była potajemna, nawet moi opiekunowie p.p. Strzelewiczowie o tym nie wiedzieli. Patronem obu drużyn był Tadeusz Kościuszko.  Harcmistrzem w  Grodzisku był Stanisław Bogusławski ( Ojciec w innych dokumentach pisze, że do drużyny skautowej wstąpił w Buku już w 1912r i, że należał do jej założycieli. Był tam czynny do 5.07.1916, kiedy przeprowadził się do Grodziska, gdzie także przystąpił do tamtejszej drużyny harcerskiej. Ten ostatni fakt poświadcza  15.07.1937 Feliks Bogusławski z Godziska oraz 22.07.1937 Władysław Poprawski (  podpis trudny do odczytania ) drużynowy 4 - Drużyny Harcerzy im. A. Mickiewicza z Buku. Ponadto Stanisław Jakubowski – zegarmistrz - oraz Kazimierz Knoll - były drużynowy I - drużyny Harcerskiej im. T. Kościuszki – obaj z Grodziska - zaświadczają, że Ojciec do tej drużyny należał od 1.08.1916  do czasu gdy komendantem pozostawał p. Jankiewicz. Powyższe fakty poświadczył także Marian Jankiewicz dokumentem z 31.07.1937 Wszystkie podpisy złożone pod powyższymi dokumentami są poświadczone za zgodność przez lokalnych Burmistrzów.  A.K. na str. 71 pisze : „...około 1915 -16 roku powstał w Buku pierwszy zastęp  harcerski ( skautingu polskiego );  za założyciela uważa się ks. Dwornickiego. W kwietniu 1916r była już w Buku drużyna skautów”. W okresie Powstania Wlkp. drużynowym był Maksymilian Dybizbański.  Być może to on, jako krewny, wciągnął Ojca do drużyny ?.

[ Fot. 2 – Stefan – w dolnym rzędzie, siedzi na klocu drewna, pierwszy po prawej stronie, w krawacie, sztywnym kołnierzyku, ręce na kolanach. Przypuszczam, że zdjęcie to zostało wykonane w Grodzisku  ]. Od 1916r należał w Grodzisku do Towarz. Gimnastycznego „SOKÓł”

Gdy wybuchło Powstanie Wielkopolskie 27 grudnia 1918 r w Poznaniu, to równocześnie zaczęło się też w Grodzisku. W tym samym czasie co ja terminował u Kandulskiego Jasiu Kotecki, który pochodził z Piasków koło Gostynia Wlkp. gdzie jego Matka prowadziła gościniec. Jasiu na 2-3 dni przed wybuchem uciekł do Piasków i tam przystąpił do Powstania. Kandulski podejrzewał, że to ja namówiłem Koteckiego do ucieczki. Za to uderzył mnie dużym kluczem w brodę i rozciął mi ją do krwi.  Ponieważ pobił mnie niesłusznie uciekłem do niedaleko położonej, bo za klasztorem, przy pl. Św. Anny, szkoły zawodowej gdzie zbierali się terminatorzy i uczniowie różnych zawodów aby przystąpić do Powstania. Po południu tego dnia uszeregowaliśmy się w czwórki i wymaszerowaliśmy w stronę Wolsztyna. Mieliśmy kije zamiast karabinów. Markowaliśmy uzbrojone wojsko. Miało to z daleka odstraszać Niemców. Wieczorem wróciliśmy na powrót do tej szkoły. Przenocowaliśmy na podłodze. Następnego dnia na stacji kolejowej w Grodzisku między godz 8- a 9- tą wsiedliśmy do wagonów osobowych i pociąg zawiózł nas do Poznania. Przemaszerowaliśmy do koszar na Wildzie. Po zarejestrowaniu i umundurowaniu, przez 2 - 3 dni ćwiczono z nami musztrę. Młodszym nie wydano jeszcze karabinów aby się nie pokaleczyli. W tym czasie uzupełniano stan osobowy oddziałów o dalszych ochotników.  Potem  znów  pociągiem  wysłano  nas do Biedruska. Tam uformował się I - Pułk Strzelców Wielkopolskich, do którego zostaliśmy wcieleni. Należałem do 6-kompanii.

W tym miejscu zacytuję fragment Rozkazu dziennego nr 14 z 19.I.1919r (datow.20.stycznia 1919) umieszczonego w książce Piotra Bauera i Bogusława Polaka: „55 Poznański Pułk Piechoty w obronie Ojczyzny we wrześniu 1939 roku”:........

„3.1) Rozkazuję rozpocząć formacyę I pułku strzelców Wielkopolskich w Poznaniu.

2) Dowódcą I pułku strzelców Wielkopolskich mianuję pułk. Konarzewskiego, ponadto przydzielam do pułku pułk. Nowakowskiego, majora De Meksza, kap. Morawskiego, kap. Wierzchonia i por. Stankiewicza.

3) I-szy pułk strzelców podlega aż do dalszych rozkazów bezpośrednio Dow. Gł.

4) Dla skompletowania I-go pułku strzelców wydzieli Dow. O. W. I, II i III z dotychczasowych formacyi wszystkich 19 i 20 letnich oraz na ochotnika starszych, nie wyżej nad 22 lat i nie poniżej 16 roku z wyjątkiem szarż, które mogą być starsze. Wyżej wymienionych żołnierzy należy przesłać do koszar do „Kernwerku” w Poznaniu. ( obecnie Cytadela )

5) Sprawy gospodarcze związane z formacją pułku ( broń, umundurowanie, ekwipunek, zaprowiantowanie itd. ) załatwić szefowi aprowizacji „

W Biedrusku po 2-3 dniach dostaliśmy karabiny i zostaliśmy wysłani na flankę południową frontu polsko-niemieckiego pod Leszno. Zajęliśmy pozycję pod Kąkolewem, Janiszewem, Miechcinem po Rawicz. Ja byłem w Janiszewie. Zajmowaliśmy odcinek na prawo i lewo od tej wsi. W tym rejonie toczyły się walki pozycyjne. Nie mieliśmy okopów. Leżeliśmy w wykopanych dołach. Od czasu do czasy Niemcy atakowali nas a my Ich. Bali się nas bo byliśmy młodymi, głupimi chłopakami, rwącymi się do bitki. Nazywali  nas „rogatymi  diabłami”. ( To od kształtu czapek wojskowych, które nosili – rogatywek. O tych chłopcach pisze Ryszard Zieliński w książeczce: Powstanie Wielkopolskie 1918-1919  Wyd. MON 1968 na s.122  „Polskie siły krzepły wyraźnie: powstańcze oddziałki z dnia na dzień przekształcały się w regularne wojsko. Z każdą godziną frontowej zaprawy młodzi chłopcy, którzy chwycili karabiny, albo i starzy wyjadacze wojny światowej, co do karabinów wrócili – tężeli w wojsko. Oddziały tak już dalece okrzepły i nabrały sprawności, że 30 stycznia  ( dot. 1919 r ) Dowództwo Główne i Dowództwo Frontu wydały rozkazy przeistaczające je w regularne pułki strzelców wielkopolskich: 6 - sformowany z kompanii odcinaka leszczyńskiego, 11- z walczących na odcinku rawickim i 12- na ostrowskim”. Powstanie Wielkopolskie  wybuchło samorzutnie, bez poparcia władz formującego się państwa polskiego, a nawet wbrew woli i polityce Piłsudzkiego. Nowo powstałe państwo polskie nie przyszło z pomocą poznaniakom; podobnie zachowywało się początkowo względem Ślązaków – to głównie Wielkopolanie pomagali powstańcom śląskim. Łącznikiem jednego z drugim był Korfanty, Zenkteler z Buku i inni. Piłsudzki patrzył na wschód aż po Kijów. Powstającą Polskę widział  od linii Kraków, Kielce, Łódź z Warszawą, Lublinem, Lwowem i Wilnem, bez Bydgoszczy, Gdańska, Katowic i bez kolebki państwowości polskiej – Gniezna i Poznania. W tej wizji nie mieściły się więc Wielkopolska, Śląsk i Pomorze.  Na ten temat w art. zamieszczonym w „Głosie Wlkp”. z dn. 27.XII.1978 na s.4-5 pt. Forum: Zwycięski zryw ludu Wielkopolski,  wypowiadali się : prof. dr. Antoni Czubinski, prof. dr. Zdzisław Grot, prof. dr. Benon Miśkiewicz – historycy z UAM w P-niu. Tak oto mówi prof. Czubiński:....”Wielkopolanie nie zawsze byli lubiani, a znaczenie tego regionu – uznawane i właściwie oceniane. Stąd pomniejszanie zbrojnego wysiłku miejscowego społeczeństwa....Gdyby nie czyn Wielkopolan, granica odrodzonego państwa polskiego ukształtowałaby się z pewnością podobnie, jak do tamtych czasów  miedzy zaborami pruskim i rosyjskim. Gdyby nie było powstania Wielkopolskiego, nie byłoby powstań śląskich, a więc i Śląska w granicach drugiej Rzeczypospolitej, nie byłoby dostępu do morza”... A prof. Pajewski mówi m.in: ” Może warto tu wspomnieć kontrowersyjną postać Józefa Piłsudzkiego. Wielkopolanie do dzisiaj nie mogą zapomnieć jego słów: ”Braci Wielkopolan musiałem wyłączyć z rachunku”. Nie mogą mu wybaczyć, że nie przyszedł Powstaniu na pomoc”.... Podobnie prof. Miśkiewicz:... ”Powstanie było po prostu nie na rękę Józefowi Piłsudzkiego, gdyż naruszało pokój z Niemcami, co nie było zgodne z jego polityką”.... Jeszcze raz prof. Czubiński:....”Wojna skomplikowałaby proces odbudowy państwa. Fakt ten wyzyskali też Niemcy na forum międzynarodowym, oskarżając Polskę o stwarzanie faktów dokonanych ....” Na koniec prof. Grot:....” Z Warszawy domagano się nieprzekraczania Noteci i niezajmowania linii kolejowej: Toruń-Bydgoszcz-Piła-Krzyż, którędy miała iść ewakuacja Niemców ze wschodu”. Analogiczne opinie, poparte przytoczonymi dokumentami, znależć można w “Studiach i materiałach do dziejów Wielkopolski i Pomorza...” (patrz spis podany na wstępie) , będących relacją z sesji naukowej poświęconej uczczeniu 40-rocznicy Powstania Wlkp.  W świetle powyższego należy zadać sobie pytanie dlaczego teraz w wielkopolskich miasteczkach tak dużo ulic Piłsudskiego ?. Czyżby zanik pamieci historycznej ?. W dalszej części niniejszego opracowania zamieszczę także inne informacje dotyczące jawnej niechęci Piłsudskiego do poznaniaków.  )

Raz zdarzyło się, że posterunek był wysunięty do przodu, przed pozycję kompanii - na podsłuchu. Chłopaka, który tam  był, Niemcy  napadli  i  zabili. Jak doszła ta wieść do kompanii to powstała  taka złość ( bo był też sierotą, a znał różne sztuczki cyrkowe - był poprzednio w cyrku ), że cała kompania chciała lecieć i tłuc Niemców. Jednak dowódcy nie pozwolili na atak bo toczyły się już pertraktacje pokojowe. (O tym fragmencie dziejów Pułku pisze Paweł Anders : „Powstanie Wielkopolskie. Miejsca Pamięci Narodowej” Centr. Ośr. Inf. Turyst. Oddz. w P-niu 1988  s.38:  “Miechcin ( gmina Poniec, woj. leszczyńskie). W r.1959 po wschodniej stronie wsi, przy skrzyżowaniu, gdzie od szosy do Ponieca odgałęzia się droga do Janiszewa, upamiętniono miejsce śmierci 26.I.1919 roku st. szeregowca Jana Drożdżyńskiego ( 1892-1919 ). Na niedużym kamieniu umieszczono metalowy wizerunek krzyża powstańczego i białą tabliczkę z napisem informacyjnym ( w „Liście strat Powstania ielkopolskiego” opracowanej przez Tadeusza Jabłońskiego W-wa 1936r podano, że J.Drozdżyński poległ pod Kąkolewem ). Ponadto w wydaniu zbiorowym „Wspomnienia  Powstańców  Wielkopolskich”  Wyd. Poznańskie 1970 : Mój los Powstańca Wielkopolskiego, na s. 337 – 350 Józef Stefan Richter opisuje swoje wspomnienia z walk przy wsiach w okolicach Ponieca w  pow. gostyńskim,  tych samych i w tym samym czasie gdzie i kiedy walczył mój Ojciec ( zał. odbitkę ksero ).

Po 2-3 tygodniach takich walk zluzował nas inny pułk a my wróciliśmy do Biedruska. Tutaj uzupełniliśmy stan osobowy i po następnych 2 - 3 tygodniach pułk został przetransportowany pod Lwów.

Skrótowo o historii I-Pułku Strz. Wlkp na podstawie w/w książki Bauera i Polaka:.

07.01.1919 teren Wielkopolski został podzielony na 7-Okręgów Wojskowych.

11.07.1919 Dow. Gł. rozkazało poszczególnym Dowództwom O.W. utworzyć z oddziałow już istniejących regularne oddziały wojskowe

16.01.1919 dowództwo nad wojskami od mjr. Taczaka przejmuje gen. Dowbór-Muśnicki zwolennik armii regularnej.

26.01.1919 na obecnym Placu Wolności w Poznaniu odbyło się uroczyste zaprzysiężenie Dowództwa Głównego, I Pułku Strzelców Wielkopolskich....

30.01.1919 pułk  skierowany został do Biedruska. Dowódcą 6 kompanii został ppor. Franciszek Rataj. W końcu lutego formowanie pułku zostało zakończone. W marcu pułk wszedł w skład wielkopolskiej grupy płk. D. Konarzewskiego.

14.03.1919   transportem kolejowym ( 3 pociągi ) pułk wyruszył pod Lwów. Walczy tam do 14.05. 1919, a następnie skierowany zostaje w rejon Stryja. W dniach 5 i 6 czerwca 1919 pięcioma transportami I Pułk Strzelców Wielkopolskich odjechał do Poznania.

Służba graniczna pułku trwała do 29 lipca 1919

9.07.1019 dowództwo pułku obejmuje płk Gustaw Paszkiewicz

20.07.1919 pułk wszedł w skład1-Dyw.Strz.Wlkp.dowodzonej przez gen.Dubickiego.       

Tego samgo dnia rozkazem operacyjnym  pułku nr. 13  pułk zostaje skierowany na front wielkopolski. Kompanie poszczególnych batalionów rozlokowano następująco: m.in. 6-kompania II –batalionu  zajmowała  folwark i wieś Janiszewo- Miechcin-Waszkowo

01.10.1919 front zachodni został przegrupowany, I- pułk objął odcinek na północ od          

Brenna włącznie do Sowin.

06.10.1919 i pułk przekazuje pozycje 1-pułkowi rezerwowemu Strzelców Wlkp.

08.10.1919 transportami kolejowymi z Włoszakowic, Ponieca, Kąkolewa pułk wyrusza na front wschodni.

(na tym niestety koniec, był 1979r., komunistyczna cenzura nie dopuściła do opublikowania dalszych informacji, w szczególności dotyczących walk z bolszewikami ) .

Po zakończeniu działań wojennych pułk stacjonował w Krotoszynie, a następnie w Lesznie. Później został przemianowany na 55 Poznański Pułk Piechoty.

W Biedrusku zachorowałem na zapalenie płuc i dlatego z pułkiem pod Lwów nie pojechałem. Zostałem skierowany do szpitala w Poznaniu i po wyleczeniu przekazano mnie do Krotoszyna do baonu zapasowego tegoż I-Pułku Strzelców Wlkp. W Krotoszynie wyróżniłem się celnym strzelaniem. Jeden z oficerów ogłosił konkurs strzelecki. Nagrodą dla zwycięzcy miały być trzy cygara. Uzyskałem najlepsze wyniki. Mimo, że nie paliłem wówczas, koledzy namówili mnie abym poszedł do oficera odebrać przyrzeczoną nagrodę. Pamiętam, że jak wszedłem do pokoju tego oficera to czyścił sobie buty ale cygara dał. Potem koledzy wypalili te cygara. Z Krotoszyna  zostałem skierowany wraz z innymi do naszego pułku, który był już w drodze na Białoruś. Przewieziono nas pociągiem do Bobrujska. Tam zostaliśmy rozlokowani w  dawnych koszarach rosyjskich. Szybko nas  skierowano na front. Przeszliśmy przez zrujnowany most nad Berezyną i zajęliśmy stanowiska w dworskiej wsi Sawolicze (w aktach wojskowych Ojca napisano: Nawolicze)  Zostaliśmy umieszczeni w dworskiej chałupie. Zapamiętałem, że Sawolicze były otoczone lasami i aby pełnić służbę wartowniczą musieliśmy przechodzić na inną polanę gdzie było stanowisko ciężkich kulomiotów. Czuwaliśmy aby Rosjanie nie przerwali łączności między Sawoliczami a tym stanowiskiem. Po upływie ok. 1-miesiąca przerzucono nas bardziej na południe, gdzie byliśmy zakwaterowani w ziemiankach. Przed nami była rzeczka a za nią duża wieś. Rzeczka była linią demarkacyjną. Nie pamiętam jej nazwy. Pamiętam, że była sroga zima, a my byliśmy w ziemiankach. Gdy wychodziliśmy na posterunek to buty i pasek od karabinu stawały się sztywne jak z kamienia. Jasiowi Koteckiemu przemarzły palce u nóg i trzeba było je amputować. Jednego razu – z głupoty - przeszliśmy z kilkoma kolegami przez zamarzniętą rzeczkę aby popatrzeć jak żyją ludzie w naprzeciwległej wiosce. Było tam spokojnie i nikt nas nie zaczepił. Przez okno widziałem kobietę szyjącą na maszynie „Singer” poruszanej ręczną korbką. U nas były już maszyny pedałowe. Innego razu, namówieni przez kolegów,  znów poszliśmy do tej wsi aby przyprowadzić świnię na mięso. Powiedzieliśmy gospodarzom, że zapłacimy. Zgodzili się i wyciągnęli chyba ze trzy warchlaki. Jednak były czarne więc nie chcieliśmy ich kupić bo się brzydziliśmy. Wówczas w  Wielkopolsce hodowano tylko białe świnie.

Po ustaniu mrozów przerzucono nas bardziej na północ ( nie pamiętam miejscowości ) do prawie nowej, czystej i dość zamożnej wioski. Budynki były z drewna. Kwaterowaliśmy u starszej kobiety. Byliśmy tam znów do zimy. Pewnej nocy, gdy były duże śniegi, stałem na warcie. Wiał silny wiatr, więc schowałem się za węgieł budynku pomiędzy wystające belki skąd widziałem przedpole. W pewnym momencie usłyszałem szum jakby coś leciało, a to było duże stado coś ok. 20 - wilków. Nie poczuły mnie bo wiatr był z innego kierunku. Po chwili usłyszałem odległe wycie. Wtedy uprzytomniłem sobie dopiero, że to były wilki i taki strach mnie ogarnął, że uciekłem do chałupy.

Na wiosnę cofnięto nas z tego posterunku do wioski Wawolicze i do niej ściągnięto też wszystkie okoliczne posterunki. Stamtąd  wszystkie oddziały wycofano do Bobrujska. Umieszczono nas w sześciu wielkich koszarach. Po dwóch dniach całe wojsko zaczęło się wycofywać. Wówczas pierwszy raz w życiu widziałem polski, wojskowy samolot obserwacyjny. Spod Bobrujska, całą drogę pieszo ( ok. 520 km w linii prostej ! ), cofaliśmy się aż pod Warszawę. Po drodze oddziały bolszewickie atakowały nas. Szliśmy więc w stałym pogotowiu. W jednej miejscowości musieliśmy zejść do rowów, które były tam wykopane nie wiadomo przez kogo i ostrzeliwać się. Wówczas jeden z moich kolegów zginął na miejscu od postrzału w głowę. Nie pochowano go na miejscu tylko położono na wóz. Krew ciekła z niego i ten widok wprawiał mnie w depresję. Potem gdzieś go zakopano. W innym znów przypadku leżeliśmy na polach i musieliśmy zagrzebywać się w piasku z powodu gęstego ostrzału. Jeden z kolegów kazał mi „uspokoić” jakiegoś bolszewika, który strzelał do kolegów tak, że bali się wychylić głowy. Ten kolega wiedział jeszcze z Krotoszyna, że celnie strzelam. Poszedłem więc na drugie stanowisko, wycelowałem we wskazane miejsce, wypaliłem i zaraz przestano stamtąd strzelać. Po tym wielkim marszu stanęliśmy przed Wisłą w Gołębiu k/ Dęblina. Całą długą drogę, którą przeszliśmy pieszo, nic mi nie było, a w ciągu ostatniego dnia marszu, przed dotarciem do Gołębia, obtarłem sobie piętę. Jednak przez trzy dni postoju w tej wsi wygoiłem ją.Tam wizytował nas Piłsudzki. Staliśmy w szeregach, jeden od drugiego o krok. Piłsudzkiemu coś się nie spodobało i  obsztorcował  pułkownika Paszkiewicza. Ten potem żalił się, że Piłsudzkiemu nie podobają się poznaniacy. ( A to właśnie ci nielubiani przez Piłsudzkiego poznaniacy przyszli pomagać w realizacji Jego planów wschodnich; mówiono, że naśladujących Chrobrego !. Jak się odwdzięczał ?. Można tutaj przytoczyć  końcowy fragment wspomnień Wawrzyńca Nowaka zamieszczonych na s. 278 „Wspomnień Powstańców Wlkp”.: „Do Leszna przyjechał pociągiem ( salonką ) z Warszawy ówczesny naczelnik państwa Józef Piłsudski, celem inspekcji i przeglądu wielkopolskich sił zbrojnych. Szkoła podoficerska została wysłana ze sztandarem pułkowym i orkiestrą na dworzec w Lesznie, jako kompania honorowa, na powitanie naczelnika. Przy prezentowaniu broni generał Dowbór-Muśnicki złożył raport Józefowi Piłsudskiemu. Piłsudski przeszedł przed frontem kompanii honorowej, nie powiedział ani jednego słowa, ani nie pozdrowił żołnierzy stojących na peronie dworcowym. Zachowanie to wywarło  na  wszystkich  żołnierzach jak najgorsze wrażenie”. A w  kolejnym źródle pt. „ Rok 1920 Wojna polsko-radziecka we wspomnieniach i innych dokumentach” Maciej Rataj w art. 172 na str. 437-438 pisze o stanowisku i celach Józefa Piłsudzkiego wobec Rosji, o Jego postawie w dniach kryzysu wojennego : „ Fakt, że nie wyjeżdżał na front, nie da się wytłumaczyć obowiązkami naczelnego wodza, który chce mieć oko na całość i nie wydala się z Naczelnego Dowództwa, gdzie schodzą się wszystkie nici – wszak „front” był blisko i w ciągu pół dnia można było być tam i z powrotem !.... Apatia płynęła, zdaje się, z niewiary w możliwość zwycięstwa. Trudno mu było tę niewiarę ukryć, ba, chwilami odnosiło się wrażenie,  iż nie chce jej ukrywać, chce, żeby ją inni zrozumieli i wyciągnęli z tego konsekwencje, żeby postawili kropkę nad i : „ za wszelką cenę trzeba iść na układy”. Tak było z wysłaniem Grabskiego do Spa, za które najcięższe zarzuty na p. Grabskiego spadały później ze strony Piłsudzkiego. P. Grabski okazał się lojalnym wobec Piłsudzkiego do samozaparcia się, nie reagując na zarzuty, biorąc cała odpowiedzialność na siebie....Zdenerwowanie dochodziło u Piłsudziego do ostatnich granic. Nadrabiał biciem pięścią w stół, krzykiem i trywialnością... Chwilami, kiedy się zapomniało o tragedii państwa, którego był głową i naczelnym wodzem, kiedy się widziało jego tylko jako człowieka, strasznym wydawało  mi się to, co musiał w tych chwilach przeżywać. Przed kilku miesiącami jeszcze triumfator, zdobywca Kijowa, przyjmowany owacyjnie w Warszawie nawet przez najzaciętszych wrogów, oklaskiwany w sejmie nawet przez ks. Lutosławskiego, chlubiący się przed korespondentami zagranicznymi, iż pójdzie w Rosji, dokąd zechce, i zrobi z niej, co zechce – dziś bezradny, kopany i krytykowany jako wódz przez lada ciurę i przez lada cywila... Bezradnością, apatią i upadkiem ducha mogę sobie tylko wytłumaczyć fakt, iż nie przyszło mu na myśl pociągnąć do odpowiedzialności, choćby dla przykładu, takiego gen. Boruszczaka, który okazał jawne i haniebne tchórzostwo – o ile nie miał jakichś poufnych rozkazów. Pamiętam, iż na ROP domagałem się przykładnego ukarania Boruszczaka, postawienia go przed sąd wojenny; dawano wykrętne odpowiedzi, niby coś robiono, w rezultacie końce wpadły w wodę i Boruszczakowi włos z głowy nie spadł... Tym, co najwięcej raziło u Piłsudzkiego w tych chwilach ciężkich było to, że nie mógł stłumić swej niechęci  do generałów, których mu przeciwstawiano jako konkurentów. Mam na myśli Józefa Hallera i Dowbór- Muśnickiego. Jeszcze przełknął Józefa Hallera, oddając mu armię ochotniczą, Muśnickiego nie mógł. Wobec naporu opinii, wobec głosów nawet ze stronnictw oddanych Piłsudzkiemu, iż należy wszystkich zaprząc do obrony państwa, zaofiarował Dowbór- Muśnickiemu odcinek stracony, jak mówili znawcy, żeby pokazać: „ oto co wart Muśnicki”. Muśnicki odmówił przyjęcia komendy; może jako człowiek miał rację, jako żołnierz zdyskwalifikował się, moim zdaniem, stawiając warunki, wybierając sobie miejsce i czas dla usług. Wolno to zrobić politykowi, ale nie żołnierzowi. Od tej chwili   Muśnicki   był   dla   mnie przekreślony  i  od   tej  chwili  przyznawałem Piłsudzkiemu (abstrahując od motywów, którymi się kierował ) słuszność, iż opierał się kategorycznie użyciu Muśnickiego w wojsku, nazywając go frondującym generałem....” ( ROP = Rada Obrony Państwa )

Z Wielkiego Gołębia zabrały nas ciężarowe samochody, którymi dojechaliśmy do Garwolina. Po drodze spotykaliśmy rozbrojonych już Rosjan, którzy sami, bez eskorty, szli do niewoli. Były to oddziały po 30,40 a nawet 60-chłopa, lecz i mniejsze bo 5-osobowe. Pod wieczór byliśmy już w Garwolinie. Tam polscy piekarze piekli dla nas chleb. Ja tego chleba nie wziąłem bo miałem jeszcze w chlebaku  komiśniak  czyli chleb komisyjny ( „ komiśniak” - tak nazwany od komisji, które utworzono aby w piekarniach nadzorowały skład ciasta; był b. ciemny i kleisty, bo zgodnie z obowiązkową recepturą dodawano otręby, ziemniaki itp. ) Po wypędzeniu bolszewików z Garwolina zaczęliśmy gonić ich pieszo. W jednej z miejscowości natknęliśmy się na pełne oporządzenie pozostawione przez wojsko i całe mienie ludności cywilnej, którą bolszewiccy oficerowie polityczni zmuszali do ucieczki przed nami. W czasie pościgu na pewnym skrzyżowaniu dróg usłyszałem w  ciemności głos „ Nach rechts, nach rechts”  (  na prawo, na prawo ). Widocznie Niemcy współdziałali z bolszewikami. Powiadomiłem o tym dowódcę ale nikogo z naszych to nie zastanowiło.  Nasz oddział skierował się na lewo od głównej szosy z Garowlina na Minsk Mazowiecki. Kilka kilometrów za Garwolinem doszliśmy do wioski, której nazwy nie pamiętam, zajętej przez bolszewików. Ci byli już w pogotowiu. Zanim zaczęliśmy atak poszedłem z potrzebą do rowu i natknąłem się na kabel. Zawołałem sierżanta. Zaproponowałem mu przecięcie kabla ale sierżant wziął go w rękę i poszliśmy  za nim. Doszliśmy do kępy krzaków, w której siedział ukryty oficer bolszewicki i stamtąd telefonował. Nie brałem już udziału w ujęciu tego ruska bo byłem w oddziale szturmowym i musiałem iść do przodu. Z wioski bolszewicy wystrzeliwali kolorowe rakiety. Przed natarciem zaproponowałem sierżantowi aby iść tyralierą i otoczyć, a potem zaatakować z boków i zdobyć wioskę. Sierżant zabrał mnie z sobą i poszliśmy z tym do naszego porucznika, który nakrzyczał na nas i oświadczył, że to on dowodzi a nie sierżant. Ruszyliśmy więc do ataku frontalnego, krzyczeliśmy „hura”, a bolszewicy otwarli ogień z karabinów maszynowych i wielu naszych wysiekli.

Tam 17.08.1920r. zostałem ranny. Upadłem koło sierżanta i spostrzegłem, że nie mogę oprzeć się na ręce. Sierżant kazał mi leżeć spokojnie. W ciemnościach Rosjanie wycofali się, a na przedpolu leżeli nasi zabici i ranni – wśród nich i ja. Jak zrobiło się jasno sierżant przywołał sanitariusza, który zabandażował mi rękę. Potem ranni usiedli przy rowie, a zabitych położono obok drogi przez wieś. Tam ich chyba pochowano. Z wioski zabrano drabiniasty wóz i na nim zawieziono nas do Garwolina. Ciężej ranni leżeli na słomie, a lżej ranni siedzieli z nogami na zewnątrz. Po drodze do Garwolina przejechało obok naszego wozu coś ok. 6-furgonetek Czerwonego Krzyża kierujących się w  stronę frontu. Jedna z nich zatrzymała się, wysiadł jakiś wyższy oficer, który zapytał mnie o sytuację i morale żołnierzy. Powiedziałem o stoczonej potyczce, że mój oddział posuwa się dalej na Minsk i, że morale żołnierzy jest dobre. Ów oficer podziękował, zasalutował i odjechał. Po dojechaniu do Garwolina umieszczono nas w jakiejś szkole i położono na słomie rozścielonej na podłogach. Na drugi dzień przekazano nas do szpitala w Garwolinie. Po dwóch dniach wszystkich rannych umieszczono w pociągu sanitarnym i przewieziono do żydowskiego szpitala w Częstochowie. W pociągu była bardzo zła opieka. Lekarz przy przewijaniu mego palca wskazującego prawej ręki, u której m.in. ustrzelony był ostatni policzek wiszący na kawałku skóry, nie obciął go lecz urwał. Bardzo mnie to bolało. Po dwóch dniach pobytu w szpitalu zabrano mnie na salę operacyjną. Tam lekarz, który obejrzał moje rany: ten ustrzelony paliczek, przestrzał pomiędzy palcem wskazującym i kciukiem oraz przestrzał przedramienia, powiedział  do lekarza naczelnego, że jego zdaniem trzeba amputować dłoń. Na to naczelny lekarz kazał przyprowadzić mnie do siebie. Po obejrzeniu mej dłoni i przedramienia zrugał tego młodszego i zdecydował, że żadnej amputacji  nie będzie.  Powiedział, że jestem za młody aby być kaleką i to bez prawej ręki. Z rany wyciągnął pocisk, oczyścił ją i rękę na nowo obandażował. Odesłał mnie na salę chorych i kazał meldować się co dzień rano na opatrunki. Gdyby mój stan się pogorszył miałem zgłosić się niezwłocznie. Po paru tygodniach ręka się zagoiła i  odesłano  mnie  do  kompanii  rekonwalescentów  w  Krotoszynie.( Okres i przebieg służby wojskowej poświadczyli Ojcu: Kazimierz Zenkteler ppłk ( Mieścisko pow. Szamotuły p-ta Duszniki), Józef Skrzydlewski płk. dypl. z Warszawy, Stanisław Józefowicz chorąży rez. – były organizator powstańców na pow. grodziski,  Tadeusz Frankowski por. rez. z  Wielichowa, Nikodem Pigłowski kapral rezerwy z Leszna ul. Wałowa 2, Ludwik Kupczyk st. strzelec i Tadeusz Leman, obaj z Grodziska. Ponadto Centralne Archiwum Wojskowe w W-wie ul. Czarnieckiego 51 pismem nr. 10162 wch/ BD z d. 17 lipca 1968 r poświadczyło, że Ojciec został zweryfikowany przed 1939r jako powstaniec wielkopolski i , że  jest  ujęty w ewidencji Biura Historycznego DOK-VII w Poznaniu pod nr. 24798).

Po paru dniach ubrano mnie w nowe, czarne ubranie papierowe, dano wolny bilet i odesłano do Buku. Zajechałem do Strzelewiczów, bo Babcia już nie żyła. Przyjęli mnie z wielkim zdziwieniem, bo już poprzednio byłem w terminie ( termin,  terminowanie = nauka zawodu ) u Kandulskiego w Grodzisku. Tutaj trochę odpocząłem,  przebrałem się w ubranie starszego brata Stanisława, który był  jeszcze w wojsku i po kilku dniach pojechałem do Grodziska do Stachowskich. Znałem się już poprzednio z obecną  moją  żoną  Stanisławą  Stachowską ( Tato mówił do Mamy „Stachna”; a zapoznała Ich z sobą Janina Styburska – listonoszka - szkolna koleżanka Mamy ). Chciałem zasięgnąć rady co dalej robić. Jakiś czas ( tydzień, może dwa ) mieszkałem u mego kuzyna Leona Teicherta - fryzjera – ( prawidłowo Teichera ) który wynajmował mieszkanie na pl. Św. Anny. Potem zamieszkałem u Stachowskich przy Winnej, na strychu, w pokoiku przez który przechodzi komin. Zatrudnił mnie Antoni Stachowski ( jak opowiadała Mama: polubił Ojca, uznał go za bohatera, postanowił pomóc ). Chodziłem prawie codziennie do Kąkolewa przez lasy i nosiłem len do prządek. Od nich przynosiłem do Grodziska gotowe nici. Stachowski sprzedawał je do przędzalni w Stęszewie. Przędzalnia ta istnieje do dzisiaj. Antoni Stachowski zatrudniał także kilka dziewcząt, które przędły len w dużym pokoju na parterze . W międzyczasie A. Stachowski i moja przyszła żona pomogli mi uzyskać posadę urzędnika w Urzędzie Skarbowym w Gostyniu. Posadę objąłem 1 stycznia 1922r. Po jakimś czasie poprosiłem o przeniesienie do Grodziska. Odpowiedziano, że w Grodzisku brak etatu i zaproponowano pracę w Nowym Tomyślu w Urzędzie Powiatowym. Propozycję przyjąłem. Tam, wskutek nieporozumienia ze starostą Józefem Czochronem, który obarczył mnie odpowiedzialnością za niedokładne ułożenie akt na półce przez mego pomocnika, zostałem  zwolniony z pracy. Jednak miejscowy Związek Inwalidów Wojennych interweniował w mej obronie w Oddziale  Wojewódzkim. Ten zawiadomił Wojewodę Poznańskiego. Wojewoda polecił niezwłocznie zatrudnić mnie z powrotem. Po miesiącu, z powodu złej atmosfery jaka się wytworzyła przez uchylenie decyzji starosty, poprosiłem  o zmianę pracy. Wskazano mi cztery miejsca: w Wydziale Powiatowym w Gostyniu, na Kolei w Wolsztynie, w Sądzie Apelacyjnym w Poznaniu i w Wójtostwie w Rakoniewicach. Wybrałem pracę w Gostyniu, który już znałem.  W tym czasie ożeniłem się ze Stanisławą Stachowską, która wówczas pracowała w Nowym Tomyślu u adwokata.  Już razem przenieśliśmy się do Gostynia. Na początku mieszkaliśmy prywatnie przy ul. 3- Maja ( teraz Wrocławskiej ) u Niemca. Po roku otrzymałem mieszkanie w tzw. domu urzędniczym przy pl. Karola Marcinkowskiego na III-piętrze. Syn Marian urodził się w Grodzisku i tam wychowywał się u teściów. Przed wojną rozpoczął naukę w Gimnazjum w Grodzisku. W 1939r dostał promocję do II- klasy. Po urodzeniu drugiego syna Edwarda dostaliśmy mieszkanie w Domu Urzędniczym na parterze. W nim mieszkaliśmy do wybuchu II-Wojny Światowej. Cały czas pracowałem w Wydziale Powiatowym. Pierwszego września 1939r. urzędników załadowano do kolejowych wagonów towarowych celem ewakuowania na kielecczyznę. Ale Niemcy zbombardowali tory przed Kutnem  i  tam  skończyła  się  nasza  ucieczka. Spod Kutna (miejscowość Korytki ), po upływie ok. dwóch tygodni, konnym wozem pojechaliśmy do Ślesina. Stamtąd miejscowy Niemiec innym wozem zabrał nas do Gniezna. Tam najęliśmy kolejny wóz, który zawiózł nas do Stęszewa. Stąd z niemieckim wojskiem dojechaliśmy do Grodziska. Do tego, że nas Niemcy zabrali, przyczyniła się  dobra znajomość j. niemieckiego przez moją żonę Stanisławę. Po jakimś czasie syn Marian pojechał do Gostynia na rekonesans. Odszukał nasze meble i dał nam o tym znać do Grodziska. Wobec tego wszyscy wróciliśmy do Gostynia..

Na tym kończy się dyktando mego Ojca. Powiedział: „ Resztę to już wiesz sam. Nie trzeba Ci tego opowiadać”.

 

 

 

Uzupełnienia do II-rozdziału

 

W czasie  wojaczki  Stefana jego Babcia zmarła. Kto po Niej wziął spadek – nie wiem. Jednak wiem, że Maria Łukaszewska – siostra Stefana – dostała od babci Marianny dużo złota, za które założyła sklep spożywczy, a druga siostra Zofia Lisowska dostała kawał ziemi blisko dworca kolejowego, przy głównej ulicy. Babcia dając Marii pieniądze zobowiązała ją do wychowywania, aż do zamążpójścia – najmłodszej siostry Tekli. Jak Tekla podrosła to trochę Marii pomagała w sklepie i w domu. Potem wyszła za mąż za bezdzietnego wdowca Leona Minskiego – zegarmistrza. Rodzina Minskich pochodzi z Buku. Jednak Leon Minski miał dom i warsztat w Lwówku. Tekla miała z nim dwie córki, które mieszkają obecnie w Szczecinie i syna, który razem z ojcem zginął w 1945r. Zostali przejechani przez rosyjski czołg w Częstochowie, dokąd byli wysiedleni w czasie okupacji niemieckiej.

Rodzice Stefana prowadzili sklep obuwniczy w Grodzisku i Im nie szło. Mieli już dwoje dzieci: Marię i Stanisława, gdy przenieśli się do Berlina – Röksdorf gdzie było dużo Polaków. Tam założyli sklep ogólnospożywczy. Ten im szedł dobrze. Tam urodziła się reszta dzieci. W czasie  I - wojny  światowej  ojciec  Stefana – Szczepan  zachorował  na  „hiszpankę” i zmarł ( niestety jest to nieścisłe bo Szczepan zmarł ok. 1906, a więc kilka lat przed tą wojną i znaną pandemią, która wybuchła po wojnie ). Z dzieci Szczepana i Eleonory: Stanisław zginął prawdopodobnie w Rosji, Feliks zmarł po wojnie w Białymstoku, Maria i Zofia zmarły w Buku a Tekla w Szczecinie. Po powrocie z  wojny z bolszewikami Stefan nie mógł fizycznie pracować bo dokuczała mu okaleczona ręka. Początkowo zatrudniał Go mój Ojciec. Potem zaczęliśmy starać się o pracę dla Stefana. Było to trudne, bo źle pisał po polsku. Dostał pracę w Urzędzie Skarbowym w Grodzisku. Ale szybko Urząd zlikwidowano i przeniesiono do Nowego Tomyśla wraz z urzędnikami. W tym Urzędzie Stefanowi było dość dobrze, bo miał do czynienia tylko z liczbami. Ojciec mój Antoni postarał się nam o mieszkanie w Glinnie k/ N.Tomyśla. Mieliśmy dwa pokoje, kuchnię i piwnicę oraz mały pokoik na strychu.  Płaciliśmy cetnar zboża miesięcznie za czynsz. Do pilnowania domu i do pomocy wynajęliśmy sobie „Kaluśkę”, która dostała ten pokoik na strychu i wyżywienie. Zanim dostaliśmy mieszkanie w N.Tomyślu Stefan coś ok. 2-lat dojeżdżał do pracy z Grodziska pociągiem przez Opalenicę. Ja w tym czasie pracowałam w Grodzisku w Biurze Porad Prawnych u Franciszka Świętego. Potem urodziłam Marysia i przerwałam pracę. Gdy mój Ojciec załatwił nam mieszkanie, przenieśliśmy się do N.Tomyśla z dzieckiem. Po okresie ok. 1,5 roku rozpoczęłam pracę u notariusza i adwokata Stanisława Łukawskiego. Poprzednio był on sędzią w N.Tomyślu. Na czas gdy byłam w pracy oddawałam Marysia do niemieckiej rodziny Saage. Mój Ojciec, gdy przyjechał do nas w odwiedziny, oburzył się tym ( z powodu zniemczenia dziecka ) i zabrał Marysia do Grodziska. Maryś pozostał u moich Rodziców do 5-roku życia, tzn. do naszej przeprowadzki do Gostynia. Tam Stefan dostał pracę w Starostwie Powiatowym, a ja nie pracowałam. Pierwsze mieszkanie przy ul. 3-Maja wynajmowa-liśmy u Niemca Hahn’a – naprzeciwko Liceum. Następnie dostaliśmy mieszkanie w domu urzędniczym przy pl. K. Marcinkowskiego w sąsiedztwie Szpitala. W okresie okupacji niemieckiej uciekliśmy do Grodziska, a następnie pracowaliśmy w Buku. Po okupacji wróciliśmy najpierw do Grodziska a następnie do Gostynia.

( Na tym kończą się uzupełnienia mej Mamy ).

 

Tabela synoptyczna fragmentu życiorysów moich rodziców

 

Stefan

*16.04.1901

Stanisława

*16.11.1902

Rok

Rodzice  razem

Kończy 15-lat. Siostra Maria

oddaje go do nauki u piekarza Kandulskiego w Grodzisku. Należy do Katolickiego Tow. Terminatorów.

Kończy niemiecką szkołę podstawową. Zaczyna naukę w Poznaniu w niemieckiej Średniej Szkole dla

Dziewcząt:

maszynopisanie,stenografia

 

1916

 

 

W Buku i Grodzisku należy do tajnego Harcerstwa

księgowość, prowadzenie biura itd.

1917

Stefan  poznaje „Stachnę”

Ma 17-lat. Przystępuje do Powstania Wlkp. Walczy koło

Ponieca ( Janiszewo). Potem  w Biedrusku wcielony do I-Pułk Strz.Wlkp. do 6-Komp. Zapalenie płuc, szpital w Krotoszynie. Kończy 18-lat. Walczy z bolszewikami: od Bobrujska, przez Nawolicze, Wawolicze. Odwrót pod Gołąb. Atak na Garwolin, ranny pod Minskiem Maz.( 17. 08.20r)  Leczony w Szpitalu w Częstochowie

Zamknięto niem. Średnią Śzkołę dla Dziewcząt w

Poznaniu .

Intensywnie uczy się języka. polskiego w domu.

 

Kończy 18-lat

Śpiewa w chórze kościelnym

 

 

1918

 

 

1919

 

 

1920

 

Kończy się I-Wojna Światowa

Powstaje Polska Niepodległa.

 

 

Wolno dochodzi do zdrowia. Mieszka i pracuje w Grodzisku przy Winnej 2 u Stachowskich

Rozpoczyna pracę u adwokata i notariusza Jana Mottego

1921

Kryzys, bezrobocie,

bieda. Antoni Stach. tworzy własną firmę

Rozpoczyna pracować w Urz. Skarb. w Gostyniu. Przenosi się do Urz. Skarb. w  Nowym Tomyślu, następnie tamże do Urz. Powiatowego

Pracuje u Tadeusza Madalinskiego, który  po Mottym przejął kancelarię adwokacko – notarialną wraz z personelem

1922

07.12. Ślub

Rodziców

Mieszka nadal u Stachowskich

Przez dwa lata dojeżdża do

pracy z Grodziska pociągiem

Przez Opalenicę do N.Tomyśla

Likwidacja kancelarii. Pracuje w Magistracie, prowadzi Urząd Stany Cywilnego

1923

Rodzi się mój brat Marian

Rozpoczyna pracę w

Biurze porad prawnych

Franciszka Świętego

1924

Eleonora Formanowicz przysyła list

Zamieszkuje na stancji w Nowym Tomyślu

W dalszym ciągu pracuje u Świętego

1925

 

Nadal pracuje  w Urzędzie Powiatowym

Przez następne 3-lata mieszka

 

Przenosi się do N. Tomyśla i podejmuje pracę w Biurze notariusza i adwokata

Stanisława Łukawskiego

1926

Zamieszkują razem w Glinnie k/Nowego Tomyśla w wynajętym mieszk.aniu

w  Glinnie

z Mamą i  Marysiem

Gdy Mama w pracy Maryś pod opieką niemieckiej rodziny Saage

1928

 

Zwalnia go Starosta nowoto-myski.

Interweniuje Wojewoda Poz

W domu  pomaga Mamie „Kaluśka”

1929

Dziadek Antoni S.

zabiera Marysia do Grodziska

Ma 28-lat. Rozpoczyna pracę  w Wydz. Powiat. w  Gostyniu. Do 1939 sytuacja dość stabilna

Ma 27-lat. Nie podejmuje pracy zarobkowej. Urządza i prowadzi  dom.  Oszczędza

Rodzice przenoszą się z 5-letnim Marysiem do Gostynia.

 

W r.1934  rodzi się Ich drugi syn Edward.

Otrzymują mieszkanie urzędnicze