www.formanowicz.pl [start]
Wspomnienia
o rodzinie
FORMANOWICZÓW
Zebrał i opracował
© Edward, Adam Formanowicz
syn
Stefana
i Stanisławy ze Stachowskich
Rozpoczęto
w Środzie Wlkp.
w grudniu 2003r
Zakończono
...........
Adres
Kochane nasze dzieci:
Dario - Mario i Mariuszu - Stanisławie oraz Wy kochane wnuki: Adamie-Edwardzie, Krzysztofie-Mariuszu, Dominiko-Stefanio i
Wojciechu-Henryku. Wspomnienia, które oto czytacie, adresuję do Was i do
Waszych następców. Najważniejszą ich część pozostawili nam moi śp. Rodzice, a Wasi Dziadkowie i Pradziadkowie.
W Ich to bowiem znakomitych pamięciach utrwaliły się fakty o wielkim znaczeniu
dla rodziny i Ojczyzny oraz pamiętne wydarzenia i epizody, które już tylko Im były znane. Zapamiętali
też i przekazali nam różne opowieści oraz wspomnienia innych osób o czasach
minionych, o przeżyciach przodków i krewnych. W tle reminiscencji o losach
poprzedników i o Ich własnych przeżyciach, przekazali nam relacje z kawałka
historii, z czasów niezmiernie ważnych w dziejach Polski, w której odradzaniu -
po niebycie w epoce rozbiorów - sami uczestniczyli, o którą walczyli.
Przewidywali, że pamięć o korzeniach, z których wyrośliśmy, będzie nam
potrzebna dla utrwalania własnej tożsamości i odrębności w mrowiu innych ludzi.
Pragnęli także pozostawić swój ślad na ziemi, w naszych myślach i sercach. A
przede wszystkim chcieli byśmy pamiętali o Ich miłości do nas. Dziękuję Im za ten bezcenny dar i za
chwalebną dalekowzroczność. Tylko ludzie niezwykli –a takimi byli moi Rodzice–
mogli, u kresu życia, myśleć o potrzebie pozostawienia następcom daru serca w
postaci niematerialnej, ponadczasowej spuścizny. Niech to opracowanie Ich
wspomnień będzie moim hołdem pośmiertnym. A Was kochani moi proszę :
zachowujcie Ich we wdzięcznej pamięci, szczególnie wtedy, gdy czytając te
dzieje będziecie w wyobraźni wędrowali po drogach i dróżkach wydeptanych przez
przodków. Gorąco pragnę byście obficie korzystali z Ich trudnej mądrości i
wciąż na nowo wyciągali na swój własny użytek trafne i ważne wnioski z Ich
przeżyć i doświadczeń. Tylko wtedy będziecie czuli się ubogaceni tradycją wielu
pokoleń Formanowiczów, którzy żyli przed Wami.
Prośba
Rodzice nieraz mawiali: „ Z Bogiem zaczynaj każdą sprawę”.
Mama świeży bochenek chleba znaczyła krzyżem świętym
i krzątając się po domu, ciepło śpiewała psalm dawidowy
za Kochanowskim: „Kto się w
opiekę odda Panu swemu...”
Tato żegnał się przed posiłkiem, czy wychodząc do pracy
i z różańcem w ręku
codziennie prosił Matkę Łaski Bożej
o opiekę nad nami; ufam, że
i w niebie są nam ku pomocy.
Przeto za Ich cnym przykładem, nim tę sagę pisać zacznę,
nakreślę w myślach - jak Oni to czynili czasu zaprzeszłego -
znak wiary nad Wami moi
bliscy, kochani i na swym czole:
w imię BogaTrójjedynego –
Ojca, Syna i Ducha Świętego.
Niech Wam będzie znakiem
przewodnim na tym łez padole.
Myśląc o Was, którzy w lata
poniesiecie tradycję i swą dolę,
zastanawiam się czym na tej
drodze najlepiej się przysłużę ?.
Najlepiej gdy poproszę Ducha Świętego o Jego darów pełnię,
o „głowy otwarte”, pracowitość,
zacność, o wiarę i nadzieję.
Potem do Matki ze Świętej Góry gostyńskiej pokorną prośbę
zaniosę o stałą opiekę i
łaski : o przyszłość dla Was pewną,
o zdrowie, szlachectwo
ducha i miłość szczęsną i wzajemną.
Nadto do Waszych Patronów Świętych wniosę o stałą opiekę,
o ochronę i pomoc dla Was w
kłopotach i chwilach trudnych.
Poproszę też Waszych Aniołów Bożych Stróży o stałą obronę
przed harcami wolnej woli i
skutkami pobłądzeń własnych.
Darzony wielką miłością i
obfitością darów wszelakich
ja - dłużnik mych Rodziców
największy a niewdzięczny,
niewypłacalny za dni wielu
na tej ziemi mi darowanych,
błagam Cię usilnie Boże
dobry, wieczny i wszechmocny,
byś Ich dusze wliczyć
raczył do grona swych wybranych
i na wieki umieścił w
ciepłej izbie Niebieskiej Kwatery
przez Syna Twego obiecanej
w Ewangeliach świętych,
w blasku Twoim, przy chórze
aniołów i blisko orkiestry.
Albowiem Ty Boże wiesz najlepiej, że muzykę kochali
i czcili Ciebie w śpiewanej
często, pokornej modlitwie.
Także dusze zmarłych,
których Imiona wielu tu utrwalili
zbaw ; boś Ty miłosierny i stale nas kochający wiernie.
Amen
Wstęp
Jak powstały
źródła do niniejszego opracowania
?. Otóż Mama, w Kożminie, będąc już w wiekbodaj 85-lat, swoje wspomnienia
zaczęła pisać w dniach Jubileuszu 60-lecia pożycia małżeńskiego Rodziców (o
czym pochlebnie wspomniano w okolicznościowej laudacji wygłoszonej w trakcie
uroczystości nadania medalu za długoletnie pożycie małżeńskie), wiecznym piórem, pięknym, kaligraficznym pismem (a umiała także pisać gotykiem co
budziło podziw Niemców, wśród których ta umiejętność w 40-latach XX-wieku już
zanikła!), w dużym zeszycie formatu
A4.
Zasadnicza część Jej relacji dotyczy losów matczynej
rodziny Stachowskich z Grodziska Wlkp.. Ten obszerny materiał wykorzystałem
opracowując „Wspomnienia...” o przodkach po kądzieli. Mam nadzieję, że
zapoznaliście się już (lub zapoznacie się) także i z tym dokumentem. Natomiast
Ojciec, w Środzie, będąc w wieku nieco
starszym niż Mama bo na rok przed śmiercią, a wię cmając 87-lat, swe
wspomnienia o przodkach po mieczu utrwalił (podyktował, a ja zapisałem ) w
szkolnym zeszycie formatu A 5. Ponadto
Mama podyktowała mi jeszcze uzupełnienia do swoich i Ojca wspomnień, które
także zapisałem w tym mniejszym zeszycie.
Do dyktanda przystąpiliśmy z Ojcem w Wielką Sobotę 2 kwietnia 1988r. Od owej pamiętnej Wielkanocy „posiadywaliśmy” po
kilka godzin dziennie, nieregularnie, przez lato aż do jesieni. Ojciec wkładał
w tę pracę dużo wysiłku. Dyktował mimo widocznego często zmęczenia. Ponadto nie
uchylał się od udziału w rodzinnych uroczystościach, urodzinach i imieninach.
Mam nadzieję, że zapamiętaliście jak na propozycję nałożenia na talerz większej
lub kolejnej porcji jakiegoś specjału odmawiał, z łagodnym uśmiechem dziękując:
„miarką kotku, miarką”. Niestety nie zdołaliśmy utrwalić wszystkich wspomnień
Ojca. Bowiem rozwijający się tętniak brzuszny, wykryty za pomocą USG dopiero w
szpitalu w Środzie – niestety w zbyt późnym wieku dla w miarę bezpiecznego
wykonania operacji - powodował stopniową utratę sił, a w końcu pękł i Ojciec
łagodnie zmarł
.Zakończył swe ziemskie życie Człowiek wielkiego i gołębiego serca, pełen dobroci, wielki romantyk kochający
ludzi, zwierzęta i kwiaty. Z każdego letniego spaceru przynosił do domu
bukiecik kwiatów polnych, a w szczególności najmilszych Mu modraków - chabrów.
Na kupowanie kwiatów stać Go niestety nie było. Ulubioną Jego lekturą był „Dewajtis”, „Trylogia” i podobne, a
melodią aria z „Ptasznika z Tyrolu” zaczynająca się od słów: „ Lat dwadzieścia
miał mój dziad...”. Zmarł Człowiek głębokiej wiary i pobożności.
Przyjazny ludziom i zwierzętom, miłośnik psów, które mu
ufały. Żaden wzbudzający strach, agresywny brytan atakujący każdego, nigdy Ojca
nie ugryzł, często podchodził łasząc
się, a potem okazywał radość, że został pogłaskany. Myślę, że psy instynktownie
wyczuwały ciepło i dobroć, które miał Ojciec w sobie i którymi nas i wielu
wokół obdzielał. Był przy tym Człowiekiem skromnym i - jak się to teraz określa
- aż do bólu prostolinijnym. Tę znamienną Jego cechę zilustruje najlepiej takie
oto wydarzenie, o którym opowiedział mi
ongiś wskazując na wysoką kulturę pewnego hrabiego (wymieniał nazwisko –
uleciało mi z pamięci), właściciela
majątku ziemskiego bodaj w Dzięczynie k/ Ponieca. Ojciec przyjechał tam na
kontrolę wydelegowany przez gostyński Powiatowy Urząd Skarbowy. Gdy przyszła
pora obiadu zaproszono Ojca do stołu. Podano pieczonego kurczaka z dodatkami.
Pan hrabia zabrał się do niego nożem i widelcem. Na to Ojciec: „Panie Hrabio ja nie umiem się tym posługiwać” (bo
nie umiał, bo nikt Go tego nie nauczył, bo był sierotą na łasce Babci, potem
obcych ludzi !). A hrabia: „Panie Formanowicz odłóżmy
to wszystko i zabierzmy się do jedzenia rękami – ja też wolę kurczaka w taki
sposób jeść”. Zapamiętałem tę historyjkę nie z uwagi na owego hrabiego - trzeba
przyznać kulturalnego pana - ale ze względu na zachowanie Ojca, który nigdy nie
grał jakiejś roli, nie przybierał pozy, nie udawał innego aniżeli był; w
myślach i czynach. Zawsze przyznał się do niewiedzy w jakiejś sprawie, przyznał
się do błędu jeśli go popełnił, zawsze przeprosił gdy zaistniał cień
podejrzenia, że kogoś uraził. To była prawdziwa wielkość w skromności i
skromność w prawdziwej a cichej wielkości.
A teraz kilka zdań o Mamie - dla równowagi zasług i pamięci. W kolejnych częściach
niniejszego opracowania będzie tych zdań oczywiście więcej. Zacznę od tego, że
Mama była bardzo dumna z pochodzenia z rodziny Stachowskich. Stale podkreślała,
że z domu jest Stachowska. Swego ojca –
Antoniego [Fot.obok ] – uważała za człowieka wielkiej miary, godnego
najwyższego szacunku i uznania. Znamienne, że przez wiele lat nosiła na szyi, w
małym futeraliku – puzderku, zdjęcie dziadka Antoniego. Z matką – Władysławą z
Wiśniewskich – miewała różnice zdań, bowiem miały
podobne charaktery. Warunki, w jakich przyszło Im żyć,
uformowały Ich siłę duchową, stanowczość, konsekwencję w postępowaniu i dążeniu
do celu oraz wielką - aż do samozaparcia - pracowitość i oszczędność. Lecz co
za tym idzie - także apodyktyczność. Na
ogół stosowały radykalne metody wychowawcze w stosunku do swych dzieci i
wnuków. W dzieciństwie tak brat Marian jak i ja byliśmy z nimi „zapoznawani”.
Sądzę, że obecnie niektórym dzieciom przydałby się choćby krótki „kurs”
prowadzony zbliżonymi metodami. Mama miała znakomity, absolutny – jak wszyscy
Stachowscy - słuch muzyczny. Lubiła śpiewać - znała wielką liczbę pieśni i piosenek
ze „Śpiewnikiem Domowym” Stanisława Moniuszki na czele. Gdy miałem 14-16 lat
często śpiewaliśmy z Mamą w duecie różne piosenki. Ja – jeszcze przed mutacją – sopranem, Mama - altem – śpiewała
drugi głos.. Szczególnie lubiła wenecką barkarolę o św. Łucji: „Płyń barko
moja, pogoda ci sprzyja, niech cię prowadzi santa Lucija ...”.Lubiła także „O
sole mio” i inne włoskie piosenki z kanonu belkanta. W młodości uczyła się gry
na skrzypcach. Kochała kwiaty. Na ogródku miała ich zawsze b. dużo. I stale
wyszywała ich mnóstwo na obrusach, firankach, bieżnikach itp. o przeróżnych,
fantastycznych kształtach i pięknie, harmonijnie dobranych kolorach. To było
Jej hobby i sposób na realizację zamiłowania do piękna. Mama była typowym
ekstrawertykiem - zawsze cała na zewnątrz, żywo reagowała na wszelkie
wydarzenia wokół Niej. Lubiła dużo mówić, komentować, okazywać swój stosunek do
każdej sprawy. Babcia Władysława (a przed nią jej matka Józefa Wiśniewska z
Bardzinskich, a także w rodzinie Formanowiczów - prababcia Marianna z
Dybizbańskich) i nasza Mama, były tymi wspaniałymi kobietami, które szczęśliwie
miały decydujący wpływ na losy rodziny. Mam święty obowiązek tutaj wyraźnie
stwierdzić i utrwalić, że to Mama, za przyzwoleniem Ojca, wytyczyła bratu i
mnie cel w życiu aby za wszelką cenę zdobyć średnie a potem wyższe
wykształcenie. Przewidywała – proroczo, jak się później okazało – że w nowych
czasach nie wystarczy zakończyć naukę na średniej szkole. Że sama matura nie
wystarczy do zajęcia godnego miejsca w społeczeństwie. Dlatego, dzięki Mamie,
przeszliśmy z bratem przez dwa etapy w rozwoju edukacyjnym, oprócz średniego zdobyliśmy także wyższe
wykształcenie. W rodzinach Formanowiczów i Stachowskich był to ewenement. Mama
marzyła w młodości o karierze
prawniczej i jestem głęboko przekonany, że byłaby znakomita w tym zawodzie.
Miała właściwe predyspozycje: dociekliwość, szybką orientację i ripostę, była
„wygadana”, bystra, pracowita, staranna, miała dobrą pamięć, szybko - na trwale
– uczyła się, świetnie pisała po polsku ( a była samoukiem ! ), łatwo
nawiązywała kontakty. Niestety Jej marzenie nie mogło się spełnić w latach zaboru pruskiego, a potem w
biednej, porozbiorowej Polsce,.
Postanowiła więc, że Jej synowie ukończą średnie szkoły, a potem będą
studiowali; nawet gdyby odbywało się to kosztem niewiarygodnych wyrzeczeń.
Szczególnie po II-wojnie żyli z Ojcem w biedzie, ograniczali swe potrzeby
poniżej wszelkich standardów, oszczędzali na wszystkim. Naszym zadaniem było
uczyć się, a obaj, wskutek gehenny okupacyjnej Marysia, studiowaliśmy prawie
równocześnie. Problemy materialne były więc zdwojone i ich rozwiązywanie
graniczyło z czynieniem cudów. Ponad wszelką wątpliwość nasze wykształcenie
zawdzięczamy heroizmowi naszych Rodziców. Dziękuję Wam moi kochani – Mamo i Tato
- za to poświęcenie dla nas !. Oby dobry Bóg miejscem w niebie zechciał Wam
wynagrodzić tę ofiarę z Waszego życia, a mnie dał szansę na spłacenie
zaciągniętych u Was długów wdzięczności na rzecz innych potrzebujących, w tym
także moich następców.
Co do porządku rzeczy. Otóż całość zebranych i opracowanych
materiałów podzielę na
rozdziały. W pierwszym zamieszczę wspomnienia o najstarszych pokoleniach naszej
rodziny znanych Ojcu z opowiadań, najpewniej Jego Babci - Marianny z
Dybizbańskich Formanowiczowej. W uwagach i uzupełnieniach podam informacje
pochodzące z innych źródeł. W drugim
rozdziale umieszczę wspomnienia o pokoleniu rodziców Ojca, trochę informacji o
Jego rodzeństwie (w części opartych na wiadomościach zapamiętanych z opowiadań
moich Rodziców lub uzyskanych od krewnych ) i o Nim samym. Podobnie jak
poprzedni i ten rozdział uzupełnię dodatkowymi informacjami. Dla jasności
sprawy muszę wspomnieć, że źródłowe teksty Ojca i Mamy poddam niewielkiej
obróbce redakcyjnej. Na ogół będzie ona polegała na uporządkowaniu faktów w
jednolite wątki oraz na niewielkich korektach gramatycznych dla zachowania
stałego trybu narracji. Ponadto do treści już zapisanych dodam kilka informacji
– bez zaznaczania ich odrębności - zapamiętanych z wcześniejszych opowiadań
Ojca lub Mamy. Natomiast wtrącenia pisane
kursywą z różnymi uwagami, komentarzami i uzupełnieniami, które zamieszczę
w tekstach Mamy i Ojca, będą naświetlały lub prostowały niektóre treści czy
wydarzenia, zmienione w pamięciach Rodziców wskutek upływa czasu. Wydaje się, że takie wstawki „na gorąco”
ułatwią zrozumienie niektórych
spraw, szczególnie przez tych z Was, którzy jesteście mniej zorientowani w
poruszanych tutaj zagadnieniach. Co do
błędów to trzeba pamiętać, że głównym źródłem informacji dla mego Ojca o
przeszłości rodziny była Jego babcia Marianna, której opowieści mógł
wysłuchiwać będąc w dziecięcym wieku
(7-14 lat), kiedy nie przywiązuje się jeszcze dużej wagi do szczegółów. A i tak
zdumienie budzi jak wiele utrwaliło się w Jego dziecięcej pamięci i zachowało
przez dziesiątki lat !. W trzecim rozdziale opiszę dzieje moich śp. Rodziców z
podrozdziałem relacjonującym losy mego brata Mariana i Jego rodziny. W czwartym
opiszę wydarzenia współczesne – nasze dzieje aż do bieżących dni.
Na koniec tej części dodaję, że napisane już Wspomnienia o rodzinie Stachowskich
zamierzam w niniejszym opracowaniu uzupełnić faktami, których celowo nie
zamieściłem w tamtym tekście; w niektórych przypadkach aby nie ranić uczuć
żyjących osób.
Źródła pomocnicze
Poniżej wymienię wybrane
dzieła, z których korzystałem dla naświetlenia
poszczególnych zagadnień, opisywanych w niniejszym opracowaniu. W przeważającej
części pochodzą one ze zbiorów bibliotecznych moich Rodziców. Proponuję Wam
kochani abyście potraktowali te prace jako
zestaw wybranych lektur, dzięki którym możecie wejść w atmosferę epoki,
w której żyli nasi antenaci. Oto podstawowe pozycje monograficzne w
alfabetycznym porządku nazwisk autorów:
¨
Bandrowski Jerzy: O małem
miasteczku – listy z Gostynia. Bibljoteka Wici Wielkopolskich Tom VII Rok 1934
¨
Bauer Piotr i Polak
Bogusław: 55 Poznański Pułk Piechoty w Obronie Ojczyzny we Wrześniu 1939 roku.
Leszno 1979 ( załączam odbitkę
kserograficzną stron 17 – 25, które
zawierają genezę I– Pułku Strzelców Wlkp., w którego 6-kompanii walczył mój
Ojciec )
¨
Gizella Zygmunt: Niemiecki nalot.
Część I. Wysiedlenie. P-ń 1946. Nakł. Zw-ku Emer. i Emer. Państ. i Sierot w
P-niu.
¨
Jankowiak Stefan: Kasyno
Gostyńskie 1835 – 1846. U początków pracy organicznej w Wielkopolsce. Muzeum w Gostyniu. Gostyńskie Tow. Kulturalne.
Gostyń 1996.( nieżyjący już Autor był w
gostyńskim Liceum moim kolegą klasowym a ostatnio dyrektorem tamtejszego Muzeum
)
¨
Janowicz Leon: Przystanek niepodległość. Nasza Księgarnia
W-wa 1975
¨
Kossak Tadeusz: Wspomnienia
wojenne ( 1918 – 1920 ) Kraków 1925. Nakład. Krakowsk. Spółki Wydawn.
¨
Kowalczyk Andrzej: Buk.
Zarys dziejów miasta. Kantor Wydawniczy
SAWW P-ń 1989 str.180. ( liczne odsyłacze
do tej książeczki będę opatrywał literami A.K. i numerem strony )
¨
Papée Stefan: Wielkopolska wczoraj i dziś Państw. Wyd. Książek Szkoln. Lwów 1933
¨
Raszewski Kazimierz
-generał broni w st. sp.: Wspomnienia - z własnych przeżyć do końca roku 1920. P-ń Księgarnia Wysyłkowa i Wydawnicza
Józef Liczbiński ( bez rocznika ).
¨
Stachowski Władysław ( kuzyn mej śp. Matki ) broszura: Rok
1848 w dawn. powiecie bukowskim ( odbitkę kserograficzną tej broszury
załączyłem do Wspomnień o rodzinie
Stachowskich z Grodziska Wlkp.)
¨
Trzeciakowski Lech : Pod
pruskim zaborem 1850-1918.P.W.”Wiedza Powszechna” W-wa 1973
¨
Trzeciakowscy Maria i Lech:
W dziewiętnastowiecznym Poznaniu. Wyd. Poznańskie. P-ń 1982
¨
Wróblewski Kazimierz: Ze
wspomnień lekarza. Poznań – Buk 1989. (
odsyłacze do tej książeczki będę opatrywał literami K.W. i nr. strony )
¨
Zielińsk Ryszard: Powstanie
Wielkopolskie 1918-1919 Wyd. Minist. Obr. Nar. W-wa 1968
Ponadto korzystałem z prac
zbiorowych:
¨ Rocznik Dziejów Powstania Wielkopolskiego 1918/19. Red.
A. Cwojdziński Z. Grot. P-ń 1947 Nakł. Związku Powst. Wlkp. 1918/19.
¨ Wspomnienia Powstańców Wielkopolskich Zebr. i oprac. przez Lesława Tokarskiego i
Jerzego Ziołka Wyd. Poznańskie 1970
¨ Powstanie Wielkopolskie. Miejsca pamięci narodowej. Wyd.
Centr. Ośr. Inform. Turyst. Oddz. w
P-niu 1988
¨ Rok 1920. Wojna polsko-radziecka we wspomnieniach i innych
dokumentach. Wybrał i opracował Jan Borkowski. PIW W-wa 1990
¨ Studia i materiały do dziejów Wielkopolski i Pomorza. Tom
V – zeszyt 2. Za rok 1959. Wyd. Polskie Tow. Hist. Oddz. w Poznaniu 1960r
Oprócz tego zachęcam Was do
przeczytania także następujących powieści:
¨
Stanisław Helsztyński (
właściwie Stanisław Skorupka ):
Pluton kosynierów. Ludowa Sp-nia Wyd. W-wa 1970. Opowieść o „Wiośnie Ludów”
1848 w Wielkopolsce
¨ Stanisław
Helsztyński : Feliks i
Lucyna. Historia z
życia Gostynia i Rydzyny w XVIII wieku. Instytut Wydawn. PAX
W -wa 1979 ( jest to romantyczna opowieść m.in. o polonizowaniu się imigrantów z
Niemiec na tle losów klasztoru gostyńskiego )
a także do przeczytania
opracowań o charakterze pamiętnikarskim:
¨
Zofia Hejnowicz-Naglerowa:
Chmury nad domem. Wspomnienia łączniczki. Wyd. Poznańskie 1971.
¨
Stanisław Helsztyński: Kronika rodzinna. Autobiografia. Ludowa
Sp-nia Wyd. W-wa 1986
( w tej i poprzedniej pozycji, autorstwa Z.
Hejnowiczówny, znajdują się wstrząsające
opisy rozstrzeliwania Polaków przez Niemców w Gostyniu w
październiku 1939r. )
Dla poznania warunków życia
i kultury wielkopolskiej, w szczególności gostyńskiej wsi, warto przeczytać także pamiętniki Skorupków
– Tomasza: „Kto przy Obrze temu dobrze”. Wyd.
Poz. 1974 oraz jego syna -
Wawrzyńca: „Moje morgi i katorgi”. Wyd. Pozn. 1970 ( Uwaga: na cmentarzu w Starym Gostyniu jest grób z
tablicą, na której wykuto napis: „Tu spoczywają małżonkowie Tomasz Skorupka,
rolnik z Kosowa 13.XII.1862-9.VIII.1935, Zuzanna z Klupsiów Skorupkowa
10.VIII.1867-10.XI.1935. Przeżyli wspólnie lat 50 otoczeni dziećmi i wnukami,
którzy im w miłości grób ten poświęcili” ).
Polecam Wam także
przewodnik wydany w Gostyniu Św. Górze w 1971 przez Kongregację Oratorium św.
Filipa Neri: „Bazylika i klasztor księży
Filipinów na Świętej Górze k. Gostynia”.
Rozdział I
Najstarsze dane o naszej rodzinie
kilka zdań o Buku. Na podstawie danych z 1458
r wiadomo ( A.K. s. 20 ), że w okresie walk z Zakonem Krzyżackim o wyzwolenie
Pomorza Gdańskiego, Buk wystawiał b. dużo wojów; więcej niż inne, obecnie
znacznie większe miasta polskie. A w następnym, XVI-wieku, Buk należał do miast
II - kategorii w ustaleniach ustawy o poborze podatku pogłównego (zależnego od
liczby mieszkańców) takich jak Gniezno, Giecz, Lublin, Radom, Sandomierz i inne
- wtedy znacznych. Miasto przez kilka wieków odgrywało istotną rolę w
strukturze administracyjnej Polski. Było siedzibą władz powiatowych, było
miastem biskupów poznańskich. Pogląd o wielkości Buku w czasach jego świetnośc
- gdy był on obwarowany - można obecnie wyrobić sobie idąc dookólną ulicą Mury.
Kształt obszaru opasanego ongiś murami przypomina elipsę o osiach: krótszej
ok.300- 350 m, dłuższej ok.400 m, a więc powierzchnia wewnętrzna ma wielkość ca
9,5 hektara. Obszar podobnej wielkości zajmowała Środa Wlkp.. Jej mury obronne
tworzyły okrąg opasany obecnymi ulicami: Dolną, Kościuszki, Szpitalną, ks.
Kegla, Wiosny Ludów, Wałową, które znajdują się poza murami i fosą, podczas gdy
w Buku ul. Mury znajdowała się wewnątrz obwarowań miejskich. Znaczenie Buku –
jak i innych miast – stopniowo podupadało wskutek rozbiorów Polski. W „Głosie
Wlkp.” z lat 70-tych Zbigniew Kościelak pisze: „Mieszkańcy Buku od wieków
wyróżniali się patriotyzmem. Brali udział w konfederacji barskiej,..., w
insurekcji kościuszkowskiej, w kampanii napoleońskiej, w powstaniu listopadowym
i w Wiośnie Ludów.... W drugiej połowie XIX w. dla obrony polskości powstały
tutaj Towarzystwo Przemysłowe (z własną polską biblioteką ) i Polskie
Towarzystwo Pożyczkowe, a z celem krzewienia polskiej kultury – Towarzystwo
Obywatelskie, Towarzystwo Pedagogiczne, filia Towarzystwa Czytelni Ludowych.
25.IX.1906r. bukowskie dzieci strajkowały w obronie ojczystego języka. W
Powstaniu Wielkopolskim uczestniczyły dwie kompanie bukowskie, które walczyły
pod Zbąszyniem”. W czasie Powstania Styczniowego bukowianie walczyli i ginęli
pod Ignacewem, Brdowem, Olszakiem i Ślesinem. Tyle zamiast wprowadzenia.
Zanim zacznę cytować mego
śp. Ojca muszę wpierw poinformować Was moi kochani o wynikach poszukiwań
przodków. Kwerenda w aktach zdeponowanych w Archiwum Archidiecezjalnym w
Poznaniu dała istotne wyniki. Udało się ustalić, że najstarsze zapisy dotyczące
naszych bukowskich antenatów zostały zamieszczone w najwcześniejszych księgach
parafialnych pochodzących z XVIII wieku, a więc w okresie gdy one powstawały.
Wyłoniły się z nich pokolenia poprzedzające dotąd znanych nam Formanowiczów,
wspominanych przez mego Ojca. Wiedział On coś o swym dziadku Jakubie, który de
facto na chrzcie otrzymał imię Antoni. Być może w rodzinie używano
drugiego Jego imienia?. Lub też pamiętano, że nasza rodzina pochodzi od przodka o imieniu Jakub, jak ludzkość
od biblijnego praojca Adama?. A te wcześniejsze pokolenia, ustalone na podstawie dokumentów kościelnych, to: Andrzej
- pradziadek mego Ojca - czyli ojciec Antoniego (Jakuba ), urodzony w Buku
w 1803r i zmarły 27 lipca1848 (trochę za wcześnie jak na śmierć naturalną, miał
bowiem zaledwie 45-lat; fakt ten jakoś samorzutnie kojarzy się z wielkimi
prześladowaniami: z maltretowaniem, okaleczaniem, z rabowaniem majątku, biciem,
a nawet mordowaniem bukowian przez pruskie wojsko, miejscowych Niemców i Żydów,
po zrywie niepodległościowym zwanym „kosynierką” w okresie od kwietnia do
czerwca 1848r. Czyżby to był więc ten czcigodny przodek, który, być może,
doznał istotnego uszczerbku na zdrowiu w czasie kosynierki lub w związku z nią,
wskutek czego zmarł, i o którym pamiętano w rodzinie jako o powstańcu?), przed
nim był ojciec tego Andrzeja - także Andrzej - urodzony w 1775r, a
wcześniej jego ojciec - Jan urodzony w 1735r oraz – jak dotąd - stojący
na czele drzewa genealogicznego bukowskiej rodziny Formanowiczów Walenty
ur. w 1715r. Poszukiwania trwają i jest nadzieja, że z ksiąg wyłonią się
jeszcze wcześniejsi przodkowie. Do połowy marca 2006r gdy ten tekst piszę,
udało się – głównie Mariuszowi – ustalić następstwo dziesięciu
pokoleń naszej familii. Szczegóły zawarte są w tablicach genealogicznych
aktualizowanych w miarę napływu nowych informacji
.
Teraz oddaję głos memu Ojcu. Oto co powiedział o
korzeniach naszej rodziny.
Nasza rodzina pochodzi z Buku. Skąd tutaj
przybyli - względnie czy od
dawna byli miejscowi - nie wiem. Dziadek Jakub Fórmanowicz (
prawidłowo Antoni – patrz uwagi do rozdz. pierwszego; pisał się
przez „ó”, natomiast Jego syn, a mój stryj Zygmunt, pisał się przez „o” – bez
kreski) ożenił się (w 1857r ) z córką
młynarza i piekarza
Marianną Dybizbańską (Jej rodzice: Józef i Tekla z d. Gronkowska)
i miał z Nią dwóch synów: Szczepana (w metryce urodzenia Jego syna, a mego Ojca,
wydanej w Neukölln, urzędnik niemiecki
napisał, że zarówno nowo narodzony syn jak i jego ojciec noszą imię Stephan; być może nie mógł poradzić
sobie z zapisem dwóch syczących dźwięków „-szcz-”, a może tylko wołano na niego
„Szczepan”, bowiem – jak wiadomo - imię Stefan pochodzi wprost od pierwszego
chrześcijańskiego męczennika Szczepana ?. Istnieje też druga możliwość, że na
terenie Prus nie wolno było nadawać
dzieciom imion nieniemieckich; takie prawo wprowadzili Niemcy w czasie okupacji
na terenie Śląska - być może miało ono
wcześniejszą proweniencję
?.) i drugiego -
Zygmunta. Dziadek Jakub
(Antoni), jako młody
człowiek, brał udział
w powstaniu 1848 r („Kosynierce”, później
nazwanej „Wiosną Ludów”
) oraz w
następnym, które wybuchło
w 1863r (Powstanie Styczniowe). Między tymi
powstaniami ożenił się i
narodzili się obaj Jego synowie. (Antoni urodził się w styczniu 1835, a więc
w 1848r miał 13-lat i jest mało prawdopodobne aby już walczył; Marianna była o
pół roku starsza - urodziła się w sierpniu.1834r ). Po pierwszym powstaniu Prusacy nie prześladowali Go (jednak podpalali domy w Buku i mordowali
uczestników powstania, wskazywanych przez miejscowych Niemców i Żydów –patrz W.
Stachowski oraz A.K.s 7 ). Po
upadku Powstania Styczniowego dziadek Jakub ( Antoni ) bardzo chory
wrócił z za kordonu do Buku i wkrótce zmarł (nie było to jednak wkrótce lecz
po ok. 14-15 latach od powrotu do Buku, a zgon nastąpił w I-święto Bożego
Narodzenia 1879r, w 44-roku życia ). Prusacy za udział w tym powstaniu
zabrali mu dom i grunt położony tuż za miastem w stronę wioski Otusz przy
drodze Buk – Poznań, która ongiś biegła inaczej niż dzisiaj. Później w tych
okolicach została zbudowana szkoła niemiecka. Być może, że na gruncie dziadka
Jakuba (po okupacji, w tej poniemieckiej szkole – ja, prawnuk Antoniego (
Jakuba ) –rozpoczynałem w 1945r edukację od 5-klasy; tak to historia zatoczyła
koło. Razem ze mną, w tej samej klasie, zaczynał naukę potomek starej rodziny
bukowskiej - Wojciech Sobiech, który, po upływie wielu lat, został doktorem,
docentem i promotorem pracy magisterskiej naszego syna Mariusza. Oto i następne
koło w historii rodziny !). W czasie gdy dziadek Jakub za kordonem
uczestniczył w powstaniu, rodziny powstańców były prześladowane przez Prusaków.
Babcia opowiadała mi, że jak w Buku były z tego tytułu rozruchy to Prusacy
podpalili domy na rynku. Od gorączki stojąca na rynku figura św. Jana (prawidłowo powinno być: Św. Stanisława
biskupa; patrz A.K. 60) – odlana z brązu - rozgrzała się do czerwoności. Przed tymi prześladowaniami babcia
Marianna z obu synami Szczepanem i Zygmuntem uciekła przez cmentarz - w
pobliżu którego miała
dom - na łąki w
stronę Opalenicy (Aliści A.K.76 pisze, że największe
prześladowania miały miejsce po 1848 r. Potwierdza to W. Stachowski. Lecz w tym
roku Prababcia nie mogła jeszcze mieć dzieci. Wydaje się więc, że Jej ucieczka
odbyła się raczej w czasie wielkiego pożaru Buku, który wybuchnął 8.06.1858r i strawił drewnianą w większości zabudowę rynku i sąsiednich ulic- patrz A.K.59. Pisze o tym K.W. 53. „ W roku 1858 nawiedził miasto straszny
pożar, dnia 8 - go czerwca, który
wszystkie budynki w
rynku (oprócz apteki i domu Degórskich) jako też domy sąsiednich ulic w
perzynę zamienił... Kilka lat trwała restauracja miasta.Rynek nabrał przez to
stylu nowoczesnego, gdyż wybudowano kamienice murowane w miejsce domów,
szczytem do rynku zwróconych. Zato zginął piękny charakter miasta, z dworkami
na wpół wiejskimi, z gankami na słupach, z owymi starymi gankami, w których
wszelkie schadzki rodzinne i narady gminne się odbywały”. Jak to ongiś bywało
domy na ogół zwrócone były szczytami – czyli swymi węższymi częściami - do
ulic, rynków itd. bowiem od liczby okien wychodzących na ulicę, a także od
liczby kominów, zależała wysokość podatku. Takie domy w rynku zahowały się
dotąd w Rakoniewicach, w Poniecu, w Kazimierzu Dolnym n/Wisłą. Prababci dom –
jak wskazał mi Ojciec - stał przy obecnej ul. Boh. Bukowskich, po prawej
stronie idąc od rynku, w połowie drogi między rynkiem a kościołem św. Krzyża -
do obu po ok. 100 - 150 m.[ Patrz plan Buku ]. Na podstawie danych zebranych w
Archiwum Archidiecezjalnym w Poznaniu łatwo można stwierdzić, że w owym
tragicznym dla Buku czerwcu 1858r Marianna była w 2-m-cu ciąży ze Stefanem, a 6
m-cy po pogrzebie pierwszego swego dziecka – rocznej Agnieszki. Ojciec mówił, że uciekała przed pożarem przez
cmentarz, na łąki w stronę Opalenicy i że dźwigała na ręku dwóch osesków:
Stefana i Zygmunta. Jednak daty ich urodzeń: pierwszego w I-Św. Bożego
Narodzenia 1958r, drugiego w kwietniu 1866r -
wykluczają taką wersję. Można przypuszczać, że opowiadania Babci,
których Ojciec wysłuchiwał w dziecięcych latach, zlały się w Jego wyobraźni -
lub w starczej, „ścieśniającej czas”, pamięci Babci - w jeden emocjonalny i
barwny wątek wielkiego pożaru Buku, którego przyczyna została przeniesiona w czasy bardziej
odległe niż te rzeczywiste i
powiązana z pruskimi prześladowaniami z 1848r ). Następnie Babcia
przedostała się do
Warszawy i urządziła się tam u jakiegoś Państwa
za gospodynię. Tam, przy robieniu zakupów na targu,
spotkała swego męża Jakuba
rozmawiającego wesoło z jakąś panią. Rozłościła się i pobiła tę kobietę.
Dziadek uciekł ze wstydu. Po pewnym czasie Babcia wróciła z dziećmi
do Buku. Po upadku powstania dziadek Jakub też wrócił do Buku ale już schorowany.
Zmarł stosunkowo młodo, nie wiem na co. Przypuszczam, że z przeziębienia i
wymęczenia na powstaniu. Ranny nie był. Na cmentarzu przy kościele Św. Ducha (prawidłowo powinno być:
Św. Krzyża; w czasach Pradziadków nie istniał już kościół pod wezwaniem Św.
Ducha. Na miejscu tego ostatniego Niemcy zbudowali kościół ewangelicki,
przerobiony po 1945 r najpierw na kino a potem na dom kultury; i tak pozostało
do dzisiaj ) pochowani są babcia Marianna i dziadek Jakub. Babcia leżała na
miejscu honorowym, przy krótkiej alejce prowadzącej od ulicy do kościoła (
Być może została pochowana na miejscu swoich rodziców ?. Po tak wielu latach
śladu grobu Prababci, a tym bardziej Jej rodziców, już nie ma. Janka Laufer
powiedziała mi, że ze swą matką chodziła na grób babci Marianny, który
znajdował się na starym cmentarzu, zaraz na początku, po lewej stronie głównej
alejki prowadzącej od ulicy do drewnianego kościoła Św. Krzyża. Potwierdza to w
pełni wskazanie mego Ojca. Dlatego blisko tego miejsca, na środku alejki, gdzie
stoi kamienny słup w kształcie wysokiego graniastosłupa kładę zapalony znicz gdy jestem w
Buku. Wygląd słupa stojącego z lewej strony drzewa pokazuje fotografia [Fot.obok]; opis całej figury zamieszczam w uwagach i uzupełnieniach do tego
rozdziału). W którym
miejscu Dziadek był pochowany –
nie wiem (gdy byliśmy w latach
80-tych na tym cmentarzu to Ojciec bez większego wahania – mimo, że nie był na
pogrzebie - wskazał przybliżone miejsce
pochówku prababci Marianny, a potem poszedł główną alejką i od kościoła skierował się w lewo w głąb
cmentarza, w kierunku ogrodzenia. Chwilę rozglądał się w tej okolicy i w końcu
powiedział, że nie pamięta gdzie Dziadek leży. Być może podświadomie skierował
się w tę stronę, w którą kiedyś ze swą Babcią, jako dziecko, chodził na Jego
mogiłę ?. Wprawdzie ongiś nie nawiedzano tak często cmentarzy jak dzisiaj lecz
chyba istniał taki zwyczaj, szczególnie na Wszystkich Św.? ). Jak wyglądał
dziadek Jakub, kim był z zawodu, jaki miał charakter – nie wiem.
Brat babci Marianny był księdzem [Fot.obok].Ów
ksiądz Dybizbański za udział w powstaniu 1863 został przez Rosjan zaaresztowany
i osadzony w więzieniu. Ponieważ znał się dobrze z burmistrzem tego ( ? )
miasta, to Ten wypuścił go z więzienia. Jednak
za karę musiał iść dobrowolnie do Rzymu aby odbyć pokutę i tam później
zmarł. (Trzeba zaraz wyjaśnić sprawę owej
„pokuty”. Otóż
w okresie Powstania
Styczniowego, Car Wszechrusi Aleksander II, panujący nad lwią częścią
rozszarpanej Polski, prowadził z Watykanem, za pośrednictwem swych dyplomatów,
oszukańczą, podłą grę mamiąc, że skłoni on rosyjskie prawosławie do uznania
zwierzchnictwa Papieża. To spowodowało, że Watykan (być może nieświadom
ruskiego fałszu) zaakceptował porządek porozbiorowy a skutkowało tym, że nasi
księża, w tym kapelani oddziałów powstańczych lub udzielający pomocy
powstańcom, zostali uznani za buntowników przeciwko „prawowitej” władzy
zaborcy. Watykan nie stawał więc w obronie polskich księży ( lub czynił to „w
rękawiczkach” w więc – jak zawsze - nieskutecznie w odniesieniu do Rosji ) gdy
skazywano ich na zsyłkę na Sybir i katorgę, a bywało, że na śmieć. Na tych,
którym udało się ujść przed ruskimi siepaczami, nakładano kary kościelne.
Prawdopodobnie taką karę nałożono też na księdza Dybizbańskiego. Na taki stosunek
Piusa IX do Powstania wpływ wywarło też przeświadczenie, że jest ono
sprzymierzone z Garibaldim i innymi wrogami ziemskiej władzy papieży. Chociaż
dla równowagi muszę dodać, że zetknęłem się także z opinią, iż ów papież
sprzyjał temu zrywowi niepodległościowemu Polaków. A współcześnie jesteśmy
świadkami, że historia kołem się toczy albowiem prezydent Wladimir
Wladimirowicz Putin i jego dyplomaci
„pielgrzymują” do Jana Pawła II próbując stwarzać iluzję, że może być
zaproszony do Rosji –czego Ojciec Św. podobno b. pragnie. Ufam jednak, że
„nasz” Ojciec Święty doskonale zna historię Polski i papiestwa, że pamięta co
„zawdzięczamy” Rosji z jej morderczą emanacją ZSSR, że zna fałsz i obłudę
immanentne dla mentalności ruskich polityków i chyba wie o co tym razem im
chodzi ?. Uwaga: powyższą notkę
napisałem na rok przed śmiercią Jana Pawła II i przez cześć dla Jego pamięci
postanowiłem pozostawić ją w niezmienionym stanie). Po śmierci
brata-księdza Babcia otrzymała z Rzymu przesyłkę z jego osobistymi rzeczami
m.in. z sutanną, brewiarzem, różańcem i krzyżem o wysokości ok. jednego metra z
egzotycznego drewna. Na nim była umocowana figurka Chrystusa ukrzyżowanego
wykonana z naturalnej kości słoniowej.
Krucyfiks ten pochodził prawdopodobnie z Ziemi Świętej (Ojciec wspomniał kiedyś, że prawdopodobne
ów ksiądz tam pielgrzymował; bodaj był
to jeden z warunków pokuty za udział w powstaniu ) i z tej racji - oraz z
uwagi na fakt, iż pierwotnie był własnością księdza o chwalebnej, patriotycznej
przeszłości, a także dlatego, że krzyżowi temu przypisywano cudowną moc
sprawczą - stał się relikwią rodzinną.
Przed opowieścią o następnym fragmencie dziejów rodziny konieczne jest krótkie
wprowadzenie. Oto w pamięci zbiorowej wielu poprzednich pokoleń zachowały się
mroczne wspomnienia z czasów wielu fal „morowego powietrza” nawiedzającego
ziemie polskie. Np. po wojnie trzydziestoletniej szalała zaraza (kaplica
czaszek w Czermniej k/ Kudowy), także
po „Potopie” szwedzkim. Bywały
takie tragiczne okresy, w których – jak np. w latach 1703-1710r gdy dżuma
trzykrotnie, na szczęście ostatni raz, atakowała Europę. Zmarłych było tak
wielu, że (jak w Buku – A.K. 25) zaprzestano zapisywać ich nazwiska w
księgach parafialnych. Przy życiu pozostało zaledwie ok. 40% pierwotnego stanu
ludności. Potem ta pandemia już nie występowała, bo przestały pojawiać się
czarne szczury wędrowne, które, przez żerujące na nich pchły i wszy, roznosiły
bakterie – pałeczki dżumy. Później, w końcowych dziesięcioleciach XIX- wieku,
bodaj także trzykrotnie, z różnym nasileniem, ziemie polskie atakowała epidemia
cholery (przecinkowiec cholery). Spowodowała wyludnienie ogromnych połaci
kraju. W następstwie ubytku ludności władze ułatwiały osadnictwo lub wręcz
sprowadzały osadników np. „Bambrów” z Bambergu do Poznania, Holendrów w
kaliskie (m.in. Olendry i Polskie Olendry k/ Dobrzycy, między Koźminem a
Pleszewem), Flamandów w okolice Oświęcimia (Wilamowice), niemieckich rzemieślników z Łużyc w okolice Gostynia,
Rydzyny k/ Leszna (patrz St. Helsztyński „Feliks i Lucyna”)itp.Trwałym skutkiem
tego osadnictwa było m.in. znaczne zwiększenie liczby niemieckich nazwisk na
ziemiach polskich. Poprzednio nazwiska takie też występowały, głównie wśród
mieszczaństwa (także szkockie- patrz „Kronika Gostyńska” 1932.04.01 ) lecz nie
były tak liczne jak w następstwie tego osadnictwa. Zaś materialnymi śladami po
pamiętnych, strasznych czasach zarazy, są zbiorowe mogiły poza ogrodzeniami
cmentarnymi oraz trzy krzyże w wielu miastach i wioskach. Przykładem jest taka
mogiła w Koźminie Wlkp. na rozdrożu przy trzech cmentarzach, a krzyże stoją do tej pory m. in. w centrum wsi Gumienice k/
Pępowa w powiecie
gostyńskim (droga z Pępowa do Pogorzeli) i najlepiej znane - w
Kazimierzu Dolnym na Lubelszczyźnie, na wzgórzu ponad miastem. Przyczyny zarazy
zawsze te same: brudna, zakażona woda pobierana z otwartych studzien lub
strumieni i rzek – nieprzegotowana - brak higieny osobistej oraz higieny naczyń
i sprzętów kuchennych, nędza, głód, zniszczenia, wielkie ruchy ludności.
W czasie epidemii - wspomina Ojciec - był zwyczaj, że całe rodziny
z danej miejscowości szły na pieszą pielgrzymkę do Gniezna błagać św. Wojciecha
o odwrócenie zarazy. Rodzina Babci też tam chodziła. Domyślam się, że
energiczna Babcia te wyprawy organizowała.
Po pielgrzymkach ów krzyż po bracie
pozostał u Babci już na stałe mimo, że byli w Buku inni, liczni Dybizbańscy. Po
śmierci Babci krzyż przeszedł na własność najstarszej wnuczki Marii z
Formanowiczów - Łukaszewskiej, a po Jej zgonie został przekazany do kościoła
parafialnego w Buku i wisi w zakrystii (wisiał jeszcze w
latach 70-tych i wczesnych 80-tych XX- wieku. Później zagiął bez śladu.
Sprawę opiszę). Innym, wówczas praktykowanym sposobem ucieczki przed morową
zarazą, było zanurzanie się w wodach jeziora w Niepruszewie (7 km od Buku w kierunku Poznania).
Kuzyn babci Marianny, podobnie jak wielu innych ludzi z Buku i okolic, właśnie
w taki sposób próbował się ratować.
Mówiono bowiem, że woda w tym jeziorze „wyciąga” tę chorobę. Chociaż się w niej pławił to
zmarł w czasie epidemii i
jest pochowany w
Buku na małym cmentarzu koło drewnianego kościoła
Św. Ducha (vel Św. Krzyża) w
zbiorowym grobie znajdującym się obecnie
pod dzwonnicą. Poprzednio stała ona w innym miejscu lecz w późniejszych latach
została nad tę mogiłę przesunięta.
Majątek Ojca babci Marianny został „zbity” w czasie epidemii
cholery. Ten mój Pradziadek (w stosownym czasie trzeba
będzie zajrzeć do ksiąg cechowych Buku znajdujących się w Archiwum Państwowym w
P-niu, Księga cechu młynarzy – sygnatura akt.35 lub Księgi piekarzy)
był właścicielem trzech wiatraków,
skupu zboża i piekarni. Zatrudniał czeladnika, który zwiedził świat.Ten
poradził mu aby chował mąkę bo przyjdzie bieda. Skupowali więc zboże, mielili
na mąkę, ubijali ją w beczkach. Jak nastał głód to piekli z niej chleb i
sprzedawali go za wielkie pieniądze. Także za grunty. (Piekarnia Józefa Dybizbańskiego znajdowała się prawdopodobnie przy ul.
Poznańskiej, po prawej stronie idąc od Rynku w stronę pl. Reszki. Patrząc zaś z
późniejszego sklepu Marii Łukaszewskiej, widziało się ją prawie naprzeciwko,
trochę po lewej ręce. Informacja ta pochodzi od rozmówcy z Buku, który ciepło mówił o Marii, o czym napiszę w
dalszej części).Niżej widzicie podpis Prababci umieszczony na śpiewniku
“PASTORAŁKI i KOLENDY w czasie świąt BOŻEGO NARODZENIA w domach śpiewane. Skład
główny u M.Jarosińskiego 1888”. Wydrukowany przez Kohna i Oderfelda w
Częstochowie. Z rosyjską adnotacją napisaą cyrylicą: “Dozwoleno Cenzuroju.
Warszawa 31 Marca 1888”. Ten śpiewnik to materialny ślad po Prababci i
prawdopodobnie po Jej bracie, który, być może, kupił go dla Niej w Warszawie.
Teraz, jako relikwia rodzinna, znajduje się w rękach Darii – praprawnuczki
Marianny.
Babcia Marianna nie miała zawodu. Pochodziła
- jak już wspomniałem - z bogatej
rodziny, bo Jej Ojciec był człowiekiem zaradnym i przez to była wychowana w
dobrobycie. Po jak śmieci rodziców otrzymała duży spadek. Potem sprzedała
wiatrak, piekarnię i jeden,
lepszy z dwóch
domów. W gorszym
zamieszkała sama. Jeszcze w
okresie wdowieństwa miała sporo
pieniędzy w Banku Ludowym. (Jako memento
Prababcia opowiadała Ojcu, a On mnie, o
jednym z krewnych, dziedzicu części spadku po rodzicach, który przehulał pieniądze
za wiatrak, za grunty i inne dobra. Nie wiem tylko czy był to Dybizbański czy
Formanowicz)
Przed I - Wojną Światową, w latach 1907 - 1910
Babcia, jak Ją pamiętam, miała ok. 70 – lat (potwierdza to zapis w Księdze
Zgonów, z którego wynika, że zmarła w 1917r w wieku 83- lat , a więc urodziła
się w 1834r, czyli dokładnie sto lat przede mną –Edwardem - Jej prawnukiem ).
Była wyższa o głowę ode mnie, gdy byłem chłopcem. Była wyższa od innych, przeciętnych kobiet. Była
ładną, dystyngowaną kobietą. Miała okrągłą, miłą twarz, siwe włosy, niebieskie
oczy, normalny głos, była rozmowna i pogodna,. Mówiła też po niemiecku i po
rosyjsku. Miała szybką reakcję. Synowie ani wnukowie i wnuczki nie byli do Niej
podobni. Zdjęcia Babci nie mam. Było u mej siostry Marii – najstarszej z
rodzeństwa. Babcia ubierała się jak ówczesne starsze mieszczanki: w ciemny
czepek heklowany (tj. robiony na drutach
lub szydełku) chustę turecką i drugą czarną. Na zimę miała siwy kożuch
prawdopodobnie z piżmaków, szal ze
skórki tchórza i czapkę futrzaną. Sądzę, że te futrzane rzeczy pochodziły od
brata księdza, z którym bardzo się kochali. W zaborze rosyjskim, w którym
posługę pełnił ksiądz Dybizbański, skórki na futra były tanie.
W czasach, gdy ja u Babci przebywałem, przychodził do Niej nieraz p. Dotkiewicz,
wieloletni Jej znajomy (staruszek o lasce) i opowiadali sobie stare
dzieje. Dotkiewicz pracował w
młodości w piekarni Jej ojca, gdzie nosił wodę i opał, za co dostawał jeść – chleba, strucli. Babcia miała też przyjaciółkę w Toruniu (czy
to ślad prowadzący do Formanowiczów z Szubina?), która od czasu do czasu
przysyłała Jej paczkę z cukierkami, pomarańczami. Musiała to być serdeczna
przyjaciółka, z którą Babcia korespondowała. W Buku przyjaciółką Babci była
Zengtelerowa. Zengtelerowie była to zacna, najbogatsza rodzina w Buku. Mieli
skup zboża (Kazimierz Zenkteler, kapitan,
na końcu podpułkownik, ur. w Wojnowicach
k/ Buku w rodzinie ziemiańskiej, w okresie Powstania Wlkp. był dowódcą
oddziałów w rejonie Buku, potem pomagał powstańcom na Śląsku– A.K.90 ). Babcia
była bardzo pobożna (Tato opowiadał, że Prababcia należała do
III-zakonu Św. Franciszka i nosiła pokutną włosiennicę na gołym ciele, a
przepasywała się sznurem z węzłami).Jak ciężko zachorowałem to leżała
rozkrzyżowana na podłodze przed tym „pielgrzymkowym” krzyżem i wierzę, że tym
sposobem wymodliła mój powrót do zdrowia. Jednak po chorobie byłem bardzo
słaby. Sprowadziła więc żonę żydowskiego
rzezaka (rytualnego rzeźnika), która była starszą, już nie praktykującą pielęgniarką.
Ta dawała mi bułki maczane w czerwonym winie i tym sposobem przywróciła mnie do
sił. Babcia też srogo karała. Poszedłem kiedyś do cyrku bez Jej wiedzy. Po
powrocie zbiła mnie
porządnie powrozem moczonym
w wodzie (jeszcze
za moich czasów pobożność nie kłóciła się z surowością wobec dzieci). Często
przysparzałem Jej kłopotów. Kiedyś wylałem na siebie wrzącą wodę z garnka
stojącego na piecu. Na nodze miałem oparzenie 3- stopnia. Do dzisiaj mam ślady.
Znów sprowadziła ową żydówkę, która mnie leczyła. Z tą żydówką była w dobrej
komitywie. Babcia hodowała gęsi, które przed Świętami sprzedawała różnym
paniom. Była bardzo zapobiegliwa. Mimo, że miała pieniądze w Banku to starannie
obrabiała ogródek ok. 600 m. kw.. Pamiętam, że na nim uprawiała m.in. „ziele czyśćcowe” , które służyło do mycia
głowy przy uporczywych jej bólach. Jeśli po umyciu powstawały w wodzie takie
ciągnące się zanieczyszczenia („fafoły”) to mówiło się, że ziele ściągnęło
czary lub urok rzucony przez nieżyczliwego człowieka. Hodowała też kozę i
świnie. Kawałek własnej ziemi miała przy rzece Turpinie. Tam od czasu do czasu
pasłem tę kozę. Nieraz jeździłem na niej jak na wierzchowcu. W tych czasach
kozy miało wielu nawet bogatych obywateli Buku. Ponadto dzierżawiła grunt od proboszcza.
Siała na nim żyto i sadziła ziemniaki. Żyta musiało być dużo, bo po żniwach
młócił je maszyną jakiś zaprzyjaźniony gospodarz z Wielkiej Wsi (przedmieścia
Buku), który za to nie pobierał żadnej zapłaty. Widocznie Babcia oddała mu
kiedyś jakąś istotną przysługę, skoro bezpłatnie wykonywał dla Niej tę pracę.
Jak ziemniaki obrodziły to Babcia mogła wyhodować świnię, którą potem zabijali
rzeźnicy, a Ona kiszki i kiełbasy robiła sama. Te wyroby wieszała w alkierzu (Ojciec tą nazwą określa rodzaj spiżarni;
chociaż ongiś oznaczało to sypialnię). Pamiętam, że kiedyś tam poszedłem,
obciąłem i zjadłem kawałek kiełbasy. Babcia musiała to zauważyć ale nic nie
powiedziała.
Po śmierci dziadka Jakuba (Antoniego) Babcia miała już tylko jeden dom. Zanim go
sprzedała wymówiła sobie (zagwarantowała) w nim pokój z alkierzem, pod którym
znajdowała się piwniczka na ziemniaki. Osobnej kuchni nie miała. W tej jednej
izbie odbywało się wszystko: gotowanie, mycie, pranie i spanie. Dom, w którym
mieszkała razem ze mną, a potem z Teklą, sprzedała Dybizbańskiemu, który był
szewcem i za dużo pił. Niestety oszukał Babcię i nie wywiązał się ze
zobowiązania zapłaty gotówką. Babcia nie miała pieniędzy na złożenie skargi
sądowej. W miarę upływu czasu wartość pieniądza bardzo malała, szczególnie
przed wybuchem I-wojny światowej. Pieniądz ulokowany w Banku też mocno tracił
na wartości. Przez tę krzywdę, spowodowaną oszustwem, Babcia nie rozmawiała już
potem z Dybizbańskimi (po sprzedaży
mieszkali chyba pod jednym dachem tego samego domu?).
Babcia zmarła w czasie I - Wojny Światowej. Zmarła z głodu - jestem
tego pewny. Trudno mi powiedzieć dlaczego ale to przekonanie tkwi we mnie
głęboko (Prababcia mogła być w swych
ostatnich dniach niesprawna, może chora i wymagała nakarmienia, opieki ?. Może miejscowe wnuczki nie zapewniały Jej
tej elementarnej posługi ?. Być może ten stosunek do Babci wpływał później na
związki między rodzeństwem.). Jest to straszna rzecz, bo przecież w tym
czasie były w Buku wszystkie trzy moje siostry, które wszystko Babci
zawdzięczały. Dla nas wnuków stopniowo wszystkiego się wyzbywała. Pieniądze
Babcia musiała jeszcze mieć ukryte, bo moja
siostra Maria przyznała
się później, że
za nie założyła największy sklep
kolonialny (spożywczy) w Buku.
Musiały więc być to kwoty pokaźne. (Wydaje
się, że rodzeństwo miało do Marii pretensje, że zawłaszczyła lwią część spadku
po ich Babci. To i przyczyna śmierci Babci mogły skutkować ograniczeniem
kontaktów między nimi. O ile zapamiętałem z okresu naszego zamieszkania w Buku w
czasie okupacji niemieckiej, to jakieś kontakty istniały tylko między siostrami
Marią i Zofią oraz mym Ojcem i Zofią. Wcześniej, w latach 20-tych, bywali u mych Rodziców Minscy, a Stanisław
przysyłał zdjęcia rodzinne. Po wojnie utrzymywały się dobre kontakty ze
stryjostwem Feliksem i Władysławą. Na koniec trzeba wskazać, że prababcia
Marianna – pochodząca z bukowskiej elity mieszczańskiej – poślubiając
Antoniego-Jakuba popełniła prawdopodobnie mezalians. Można przypuszczać, że
była to wielka miłość z Jej strony, że się uparła i, że rodzice ulegli
zgadzając się na ten związek. Mając ok. 45- lat, Marianna została wdową.
Mężatką była więc 18-lat. Po śmierci Antoniego nie wyszła ponownie za mąż i
żyła jeszcze przez 38-lat poświęcając się najpierw wychowaniu własnych dzieci,
a potem – po przedwczesnej śmierci syna Szczepana - oddała wszystkie swe siły i
zasoby wnukom, rezygnując z zabezpieczenia na starość; wówczas nie było przecież rent ani emerytur.
Prababcia Marianna to w dziejach naszej rodziny postać wielka i
chwalebna. Gdyby taką nie była to z pewnością najmłodsze wnuki nie byłyby
Polakami - zostałyby zniemczone w domach sierot. Nie byłoby także i nas
wszystkich, bo koleje losów mego Ojca potoczyłyby się inaczej. Ze wspomnień
Ojca wyłania się postać Jego Babci jako
osoby wielkiej miary, energicznej, stanowczej, pełnej życia, ładnej,
dystyngowanej kobiety, ogromnie wymagającej w stosunku do siebie, niezwykle
pracowitej i gospodarnej, systematycznej i upartej, głęboko wierzącej,
religijnej osoby, wiernie utrzymującej przyjaźnie, ciepłej i ofiarnej w miłości
aż do samozatraty ( najpierw „przywołującej do porządku” męża i sprowadzającej
go z Warszawy, potem ofiarnie opiekującej się tyloma wnukami !), mądrej, choć
czasami naiwnej wskutek nadmiernej ufności do ludzi, entuzjastki i choleryczki,
chwilami w gorącej wodzie kąpanej. Godnej najwyższego podziwu i szacunku, a
szczególnie naszej nieustannej wdzięczności i modlitewnej pamięci.
Postaci wybitnejj i bardzo dramatycznej, mentalnie przerastającej otoczenie,
godnej serdecznego współczucia, tragicznie osamotnionej u końca żywota,
opuszczonej przez najbliższych, którzy Jej winni byli cześć i wdzięczność
najwyższą. Być może jakiś utalentowany następca na kanwie tych autentycznych
wydarzeń napisze powieść, dramat, lub scenariusz filmowy czy radiowy,
poruszający serca i umysły czytelników,
widzów czy słuchaczy ? ).
Stryj Zygmunt wyuczył się na szewca. Nie ożenił się - był starym
kawalerem. Nie miał własnego warsztatu, więc zatrudniał się jako czeladnik u
majstrów. Pracował stale w Grodzisku, ostatnio u wdowy po szewcu Niezielińskim,
gdzie zmarł. Został pochowany w Grodzisku
Wlkp. na nowym cmentarzu przy obecnej ul. Staszica. Nie znam dokładnego
miejsca Jego pochówku. (Niestety bez
odpowiedzi pozostaną pytania: czy Zygmunt utrzymywał kontakt z matką w Buku
? Czy mógł mieć żal do niej, że jemu
nie pomagała tak jak Szczepanowi wskutek czego nie miał własnego warsztatu ?.
).
Uwagi i uzupełnienia do I - rozdziału . Dane
1.
Antynomia Jakub-Antoni. Mój śp. Ojciec kilkakrotnie
wymieniał imię Jakub jako imię swego dziadka. Jednak informacje
genealogiczne zebrane dotąd nie zawierają żadnego przodka w prostej linii o tym
imieniu. Antenaci z Buku nosili imiona Antoni, Andrzej i Jan. Z powiązania dat urodzeń, śmierci, ślubów i innych
elementów, w spójne, logiczne szeregi udało się dotąd ustalić (tę „mrówczą”
pracę wykonał głównie Mariusz), że dziadek mego Ojca otrzymał na chrzcie imię Antoni. Zostało to potwierdzone przez kilka zbieżnych faktów
odnotowanych w dokumentach. Aby jednak pozostawić furtkę do ewentualnej korekty
w przyszłości tej konstatacji – gdyby pojawiły się inne, obecnie nieznane
dokumenty - nie rozstrzygam arbitralnie
owej dwoistości imienia mego pradziadka i będę je pisał i traktował jako synonimy.
2.
Pochodzenie rodziny i nazwiska. Mój śp. Ojciec
uważał, że końcówka nazwiska „-owicz”
wskazuje na pochodzenie rodziny ze wschodnich obszarów Polski. Być może
istnieją jakieś historyczne przesłanki do sformułowania tezy, że w dawnych
czasach występowała mocno zaznaczona regionalizacja nazwisk. Nie wdając się w
szersze rozważanie tego tematu (może zrobi to któryś z następców ?) mogę
tylko zaznaczyć, że zapis nazwiska z końcówką „-owicz” jest chyba pozostałością z czasów gdy nazwisko syna było pochodną
imienia ojca (jeśli ojciec Stefan to syn był Stefanowicz; jednak w innym
miejscu Polski pisano także: Stefański, Stefaniak, Stefaniuk, Stefanów itd.
Patrz uwagi dot. tej sprawy zamieszczone przy wspomnieniach o rodzinie
Stachowskich z Grodziska), która stanowi wspólną cechę języków słowiańskich, w
których nazwiska podlegają fleksji. W
kilku pobratymczych, południowych językach, końcówka „-wič” jak np. Milosewič, jest
bardzo częsta. Ponadto trzeba pamiętać, że dotąd w rosyjskim, serbskim,
bułgarskim, ceremonialnie wymienia się „ocziestwo” np. Feliks Edwardowicz Dzierżyński ( Bogna Białecka w
„Przewodniku Katolickim” nr.1 z 2.01.2005 na str. 43 pisze :„Dość powszechne jest przekonanie, że na
„-ski” kończą się polskie nazwiska szlacheckiego pochodzenia”. W przypadku Dzierżyńskiego - tego psychopatyczego mordercy, polskiego
niestety pochodzenia – to prawda; co do innych - wątpliwe. Mamy bowiem wiele
nazwisk odzawodowych jak: Kowalski, Ciesielski i in. z pewnością
nieszlacheckich. W “Kronice Gostyńskiej” z 1932.10.01 A.Szyperski - powołujący się także
na innych badaczy problemu pochodzenia i pisowni nazwisk polskich – uznaje za
“pogląd zresztą fałszywy”, iż sufiks –ski mają nazwiska pochodzenia
szlacheckiego). W innych językach jest podobnie, chociaż
bez fleksji, np. Johannson – syn Jana, Bin Laden – syn Ladena itp.. Co do regionalizacji to faktem jest,
że są w Polsce dzielnice, w których, częściej niż w innych, występują
charakterystyczne nazwiska np. na Śląsku: Hantulik, Świetlik, Nocoń, Dżwigoń itp.,
a na wschodzie: Jakuszko, Wołłejko, Popiełuszko oraz Lewków, Jacków, Błaszków
itd. Lecz we wschodnich regionach Polski dawnej i współcześnie występują także:
Mickiewiczowie, Bohatyrowiczowie („Nad Niemnem”), Kniaziewiczowie,
Szuniewiczowie (Klotylda – moja bratowa z domu) itp. Być może ongiś (?)
analogiczna sytuacja występowała w innych dzielnicach Polski, w których, przy
spisach ludności, w jednych zapisywano nazwisko syna z końcówką „-owicz”,
„-ów”, „-uk”, zaś w innych „-cki”, lub „-ak” – jak w rejonie Gostynia – o czym pisze wspomniany już A.
Szyperski. Albo swoiste brzmienie
nazwisk ma jeszcze starszy, bo plemienny rodowód ?. Jednak obecnie nastąpiło
już tak znaczne wymieszanie ludności, m.in. w wyniku masowych przesiedleń po
II-wojnie św., że nazwiska z powyższymi końcówkami, tak na zachodzie jak i na
wschodzie Polski, występują ze zbliżoną częstotliwością.
3.
Pisownia nazwiska. W staropolszczyźnie funkcjonowały, w różnych wyrazach,
krótkie i długie samogłoski, a wśród nich “oo”-długie. Gdy wynaleziono
druk pojawił się problem zapisu tej zgłoski. Chodziło o to aby zmniejszyć
liczbę powtarzających się liter ( a więc potrzebnych w kaszcie czcionek) i na
drogim papierze zaoszczędzić miejsca w tekście. Wskutek tego
zapotrzebowania polscy drukarze
wymyślili równoważnik i długi dźwięk “o” zaczęli zaznaczać przez dodanie
kreski ponad tą czcionką jak np. w słowie ”Bóg”. Tak zmodyfikowaną literę odczytywano oczywiście nadal jako długą
samogłoską “oo”. Atoli od połowy XV wieku ( w/g prof. Miodka TV 02.04.2006 )
rozpoczął się proces ewolucyjny trwający do początków XVII wieku, a więc ponad
200 lat, w trakcie którego zaprzestano rozróżniać krótkie od długich
samogłosek, a wymawianie tych drugich stopniowo skracano. A później, powoli,
wymowa “ó” twardniała i zapisaną literę zaczęto wymawiać jak “u”. Skutkiem tego
nazwisko Formanowicz, pierwotnie z długą samogłoską “oo”, zaczęto
zapisywać (“za drukarskim przewodem”) jako Fórmanowicz, później to polskie “ó”-
też czytane jak “oo”- zaczęto ( pod
prusko-niemieckim panowaniem) pisać fonetycznie jako Furmanowicz. W efekcie
mamy współcześnie trzy formy zapisu tego samego nazwiska. W zależności od
stopnia “oporu materii” przetrwała w różnych gałęziach rodziny pierwsza, druga
czy też trzecia jego wersja. Aliści długotrwałość tego procesu i przetrwanie do
naszych czasów kolejnych form ewolucyjnych, wskazuje, że nazwisko pochodzi z
jednego żródłosłowu, z bardzo dawnych czasów.
4. Źródło nazwiska. Nasze nazwisko
utworzone zostało prawdopodobnie od
nazwy zawodu. Podobnie jak: Borowicz, Wójtowicz, Kołodziejski, Bartnicki,
Polowczyk, Mularczyk, itp. Można postawić dwie hipotezy co do jego genezy: pierwszą,
opartą na przesłankach etymologicznych, w szczególności zawartych w p-cie 3 o
pisowni nazwiska oraz drugą, opartą na analogiach historycznych.
Rozważając pierwszą hipotezę nie można nie zauważyć, że bardzo duże
prawdopodobieństwo pierwotnego brzmienia nazwiska z długą samogłoską “oo”,
lokuje jego genezę przed połową XV-wieku gdy taka wymowa wielu polskich słów
była powszechna. Ponieważ rdzeń nazwiska Formanowicz niewątpliwie nie pochodzi
z języka polskiego można przypuszczać z dużym prawdopodobieństwem, że wywodzi
się z łaciny, znanej wówczas szeroko, a w szczególności od słowa forma- znaczącego
to co dzisiaj. Można wyobrazić sobie, że ów hipotetyczny praprzodek działał w
zespole ludwisarzy, tj. odlewników dzwonów kościelnych, analogicznym do
wędrownego zespołu - potem cechu - mularzy ( nie murarzy ), który
wyspecjalizował się w niezwykle trudnej sztuce wykonywania podziemnych form do
jednostkowej produkcji dzwonów metodą traconego wosku, zawsze mających ozdoby i
napisy na swej powierzchni. Na tego specjalistę wołano “Forma” i tak to
mogło się zacząć. Analizując drugą hipotezę można przypuścić - jeśli
abstrahujemy od poprzedniego rozumowania - że źródła naszego nazwiska można
szukać w epoce saskiej, a może i wcześniejszej, gdy do Polski zaczęła przenikać
dworska obyczajowość niemiecka. Wówczas to pojawiły się zawody dawniej
nieznane, nie mające polskich nazw.
Rdzenia naszego nazwiska możnaby np. poszukiwać w obcej nazwie bardzo
zaszczytnego, wyłącznie męskiego zawodu woźnicy, do wykonywania którego
jest konieczna duża siła aby panować nad końmi, nałożyć koło na oś itp zwanego z niemiecka F o r m a n n’ em. Kierował on najczęściej wielokonnym
zaprzęgiem, na ogół dworskiego, reprezentacyjnego pojazdu osobowego jak: powóz,
lando, kareta i in. (to coś takiego jak teraz elegancka, długa, amerykańska
limuzyna), na który stać było tylko najbogatszych. Tenże, często z forysiem, siedział na koźle (Formann – człowiek
z przodu, powożący; for - przedrostek wielu rzeczowników obcego pochodzenia jak z
łaciny forma, fortuna czy formularz, z włoskiego forteca, z niemieckiego
forpoczta - czyli szpica, itp. oraz czasowników: formować, forsować,
formułować, forytować i in.; ponadto w użyciu było także słowo forspan (od
Vorspann – koń przyprzężony, doprzęg),
w wielkopolskiej gwarze funkcjonujące jako „fuszpan”. To ostatnie być
może związane z niemieckim „zu Fuâ”-
pieszo, bowiem bywało kiedyś, że przed zaprzęgiem biegł jeszcze tzw. „laufer”.
W „Kronice Gostyńskiej” znajduje się artykuł o powinnościach rujnujących
gospodarkę i włościan w czasach porozbiorowych,
gdzie wymienia się m.in. pruskiego
urzędnika „Forspann besteller” – wykonującego zamówienia wojska i
urzędników na podwody). Obce słowo formann stopniowo ulegało
spolszczeniu przez skrócenie zdwojonego „n”
i zmiany samogłoski „o” (gdzieniegdzie)
na „ó” czy “u”. Wszakże w pisowni mógł
przetrwać znamienny ślad, że nazwę zawodu i pochodne nazwisko, należy pisać
przez „o”. Stąd przy spisach ludności (na ogół XVII wiek) wnuk formanna,
a syn Formana mógł być zapisany jako Formanowicz. Aliści wywód
ten nie przeczy przekonaniu mego Ojca, że rodzina mogła przywędrować do Buku ze
wschodnich obszarów Polski. Być może jakieś odległe echo tego wydarzenia
przetrwało w pamięci prababci Marianny, która napomknęła o nich memu Ojcu ?.
Trzeba jednak zauważyć, że fakt posiadania ziemi i domu – później przez
Prusaków skonfiskowanych - świadczy o zasiedziałości Formanowiczów w Buku,
bowiem w tamtych czasach majątku dorabiano się przez pokolenia. Na koniec tego
punktu powinienem także odnotować spostrzeżenie mej śp. Mamy, że
Formanowiczowie mieli inklinację do
panien ze wschodniej Polski. I tak: pradziadek Antoni-Jakub „romansował”
z warszawianką, stryj Feliks ożenił się najpierw z Władysławą, a po jej śmierci
z Aleksandrą ( Olą )– obiema z Białegostoku,
Maryś–mój brat–ożenił się z Klotyldą z Szuniewiczów urodzoną w Oszmianie
(Wileńszczyzna ?), Tomek – Ich syn – pojął Alicję z Gołdapi, a Mariusz, nasz
syn -Teresę z Jasienowiczów osiadłych po wojnie w Lubsku lecz pochodzących z
Zamojszczyzny. Prawda, że coś w tym jest – niemal reguła?. Wypada nadmienić, że
wymieszanie genów rodziców pochodzących z odległych rejonów, sprzyja ponoć
zdrowiu i urodzie potomstwa.
3.
Forman – kowal.
Władysław Stachowski, kuzyn mej Mamy – dyrektor Banku w
Gostyniu i autor wielu monografii o
tematyce historycznej - poinformował
Marysia, mego brata, a ten mnie, że w starych aktach gostyńskich z
czasów po „Potopie”, znalazł informację o jakimś Szwedzie, kowalu Formanie,
który spolszczył swe nazwisko przez dodanie końcówki „–owicz” i z Gostynia
przeniósł się do Grodziska czy Buku. Nie można wykluczyć, że był to nasz
odległy przodek, jednak informacja ta, aby uznać ją za udokumentowaną i ważną
dla rodziny, powinna być zweryfikowana z podaniem i zacytowaniem źródła.
Niestety zbiory W. Stachowskiego rozproszyły się po jego śmierci. Natomiast na
bardzo ciekawą i konkretną informację dotyczącą naszego nazwiska natrafił
Mariusz w Internecie. Oto w opublikowanej tam genealogii rodziny
Worsztynowiczów (nazwisko znane mi z Borku w pow. gostyńskim ), która z Janem
Amosem Komenskim w 1628r przybyła do Wielkopolski z Czech ( „Bracia czescy”-
uciekali przed wojną 30-letnią; potem zostali wygnani np. z Leszna za
współpracę ze Szwedami w okresie
„Potopu”), znajduje się informacja, że matką chrzestną Macieja Worsztynowicza
ur. 20.02.1753 w Gostyniu była Regina Formanowicz, która ponownie
„matkowała” przy chrzcie Franciszka W. ur. 01.10.1755 w Starym Gostyniu.
Następnie Mariusz, drążąc sprawę pochodzenia naszej rodziny, znalazł w tym
samym żródle kolejną b. ciekawą informację. Oto w anonimowym opracowaniu „Uroki
życia w ( osiemnastowiecznym ) Gostyniu”, na 3-stronie znajduje się wzmianka o Jakubie
Formanowiczu, który w 1793r – po drugim rozbiorze Polski – był jednym z
trzech radnych miejskich. Zajmował więc pozycję znaczącą w hierarchii
miejskiej. Oceniając wstępnie powyższe informacje nasuwa się wniosek, że należy
zweryfikować i porównać personalia wskazanych osób i ich następców w oparciu o
księgi parafialne i miejskie Gostynia, zbadać do jakich miejscowości przeprowadzili
się, ułożyć wszystko chronologicznie i ocenić pod względem ewentualnych
związków z naszą, bukowską rodziną. Drugim celem tej kwerendy winna być
weryfikacja ( jeśli będzie to jeszcze możliwe ? ) informacji Wł. Stachowskiego
o Formanie – kowalu, dla odszukania najodleglejszych przodków. A wszystko ma
związek z informacją z Rawicza, od p. Macieja Formanowicza ( ul. Piłsudzkiego
1/3 ), który poinformował mnie, że posiada dane o Jego przodkach żyjących ( co
najmniej 3-4 pokolenia ) w XVIII- i XIX-wieku w Gostyniu. Następni, już
XX-wieczni Jego przodkowie, to pokolenia żyjące najpierw w Krobii, a ze
współczesnych: jedno mieszkające w Sarnowie, drugie w Rawiczu. Łącznie 6 –
pokoleń. Na dowód przesłał mi drzewo genealogiczne swej rodziny. W Gostyniu miał
za przodków kolejno trzech kołodziejów (rotharius ) i szewca, w Krobi rzeźnika,
a dwaj współcześni to handlowcy. W Gostyniu – przez żony – spokrewnieni byli ze
znanymi do dziś rodzinami Kapskich, Niestrawskich (znana rodzina rzeżników ),
Urbańskich, Smektałów ( z Alicją Smektałówną chodziłem do tej samej klasy
szkoły podstawowej; Jej ojciec handlował trzodą), a w Krobi z Ziemlińskimi.
Wszystkie te nazwiska znane są do dzisiaj w obu bliskich nam miastach. Kontakty
z p. Maciejem F. z Rawicza będziemy
kontynuować.
4.
Sprawa Marcina Formankiewicza. Zacytuję A.K. s. 76: „...o udziale w powstaniu
listopadowym szewca bukowskiego Marcina Formankiewicza dowiedzieć można się
dzięki ciekawym okolicznościom, związanym z jego osobą. Po wzięciu do niewoli,
został on wcielony do carskiej gwardii pieszej. Władze pruskie zabiegały o jego
powrót. Rząd rosyjski uzależniał zgodę warunkiem zwolnienia przez rząd pruski
wszystkich dezerterów z wojska rosyjskiego, służących w armii pruskiej.
Ostatecznie car zgodził się na zwolnienie Formankiewicza dopiero w połowie 1841
r”. W korespondencji między zaborcami (
przytoczonej w opracowaniu :„Polityczna działalność rzemiosła wielkopolskiego w
okresie zaborów”, P-ń 1963 i w aktach Archiwum Państwowego ) dotyczącej owego
szewca, używano być może niemieckiego i rosyjskiego, a tłumaczono z jednego
języka na drugi i odwrotnie, a w takiej sytuacji o pomyłki i przeinaczenia
nietrudno. Tym bardziej jeśli zaborcy mieli w pogardzie i tępili język polski.
Można więc ostrożnie dopuścić taką oto
wersję wydarzeń, że ów Formankiewicz w
rzeczywistości nazywał się Formanowicz, bo wśród pokrewnych tylko takie
nazwisko ( oprócz oczywiście innych lecz zupełnie odmiennych jak np. Reszka,
Dybizbański i in. ) znalazłem w bukowskiej Ksiedze cechu szewskiego w latach
1800-setnych. Tezę należałoby zweryfikować.
5. Inni Formanowiczowie. Np. w Książce telef. P-nia są tylko trzy osoby noszące
nasze nazwisko: Edmund F. syn Mariana – mego brata, Gerard F. i Mieczysław F.. W
Buku nie znalazłem już żadnego. W latach 90 - tych kontaktował się z Klosią p.
Gerard F., emerytowany nauczyciel z P-nia., piszący historię rodziny. Najpierw
dzwonił do Klosi, a ta odesłała Go do mnie. Jak się dowiedział, że nasza
rodzina pochodzi z Buku – podziękował i tyle.
Wśród osób o tym nazwisku należy wymienić księdza Leona F.. W dziele:
1000-lat Archidiecezji Gnieźnieńskiej - wyd. przez Prymasowskie Wydawnictwo
GAUDENIUM, znalazłem na str 452 odsyłacz do monografii pt. Biblioteka Kapitulna
w Gnieżnie, wyd. w P-niu w 1929r, której autorem był ów Leon F.. Tenże w 1936r
napisał też monografię pt. „Przyczynek do działalności rytowniczej Fryderyka
Wilhelma Belowa”. Leon F. urodzony
26.03.1878r, od 1927r był w Gnieżnie kanonikiem i do wybuchu II-wojny Archiwariuszem
Archidiecezjalnym. Piszą o Nim, że był wytrawnym bibliotekarzem, niestrudzenie
zabiegającym o powiększanie zbiorów. Został przez Niemców zamordowany
3.05.1942r w Dachau. Obszerniejsze informacje o Nim można znaleźć w Archiwum
Arch. w Gnieżnie ( tel. 4261909 ) gdzie znajduje się Jego teczka osobowa
obejmująca 163 str. dokumentacji. W Internecie, poprzez wyszukiwarkę Google, 07.06.2004 Mariusz
natrafił na kilku Formanowiczów ( przez „o” ): na Macieja
F. ur. 1950 absolwenta Wyższej Szkoły Rolniczej w P-niu, doktora inz. Piotra F.
w Politechnice Poznańskiej – Instytucie Informatyki oraz Instutucie Chemii
Bioorganicznej PAN ( później poinformowano mnie, że jest to syn p. Gerarda ),
na lekarkę Annę F. w Ostrowi Mazowieckiej ( 07-300 Ostrów Maz. ul. Ruszczyca
1 tel. 029/6442109 kom. 605496001) Przez Nią nawiązaliśmy kontakt z Jej mężem i Jego ojcem mgr inż.
Mieczysławem F. zamieszkałym w P-niu na Os. Bol. Śmiałego 21 m 28 tel 8236576,
z którym umówiłem się na spotkanie i wymianę informacji o rodzinie. Następnie
Mariusz natrafił w Interneciena na informację o Danie F. Associate Professor
and Graduate Advisor Dep. of biology the University of Texas at Arlington –
zajmującego się m. in. entomologią. Po kilku dniach znalazł Jego wnuczkę Ann F.
asystentkę dyrektora college’u, zamieszkałą w Nowym Jorku, która twierdzi, że
Ich rodzina przybyła do USA ok. 1900 - roku. Krzysiu F. prowadzi z Nią
korespondencję w j. angielskim. Poczekamy na dalsze informacje. W trakcie
poszukiwań Mariusz natrafił na ciekawą informację ze zdjęciem, że w Niles stan
Ilinois USA, na cmentarzu St. Adalbert ( św. Wojciecha ), na skraju nekropoli,
znajduje się kamienna tablica nagrobna z następującym napisem: „Tu spoczywa ś † p MARYANNA FÓRMANOWICZ ur. 7.czerwca 1834 um. 22 marca
1900. Prosi o zdrowaś Marya”. Zwraca uwagę fakt, że napis jest polski ( ! ), że
pisała się przez polskie „ó” oraz, że urodziła się w tym samym roku co moja
prababcia Marianna z Dybizbańskich. Wydaje się sensowne, aby zapytać
amerykańskich Formanowiczów, czy ta Maryanna z cmentarza w Niles należała do
Ich przodków ?. Następnie Mariusz znalazł Mike’a F. menager’a w SUNY’ID,
a ponadto informację, że 07.06.2004 o godz. 19,47 p.
Birgit Formanowicz z d. Merschhemke, urodziła w Klinice Prospera w Niemczech syna ważącego 3250 g,
któremu nadano imiona Falk, Pius. Później Mariusz natrafił w Niemczech na
dossier p. Giseli F. działaczki Partii Zielonych, obecnie 48-letniej,
niezamężnej matki 12-letniego syna. Następnie natrafił na informację o p.
Janinie F.- polonistce, autorce monografii p.t. „ Historia Teatru Miejskiego w
Bydgoszczy w latach 1920-1939” W-wa 1978. Bydg.Tow.Nauk. – Prace Wydz.Nauk Hum.
Ser.C nr 19, w której pisze m.in. o dyrektorze Ludwiku Dybizbańskim. Z kolei
Daria odszukała noty o kilku pracach tej Pani. Wynika z nich, że Janina F.
napisała ( wspólnie z p. M. K. Maciejewską,
Poznań ul. Szydłowska 29) obszerne
opracowanie ( maszynopis ok. 1800 str.) pt. „Teatralia w Echu Muzycznym,
Teatralnym i Artystycznym 1883–1907”. Janina F. była też współautorką
wielotomowego dzieła: „Polska Bibliografia Literacka” ( wyd. Ossolineum ). Redagowała tom obejmujący rok 1965. Darka ustaliła także, że Janina F. zajmowała
się literaturą czeską m.in. była recenzentką pracy Josefa Blahy i Jaroslava
Kunca pt. „Polsko. Bibliograficky ukazatel literatury” oraz autorką artykułu:
”Literatura czeska i słowacka w Polsce w latach 1945-1954” zamieszczonego w
Przegl. Zach. 1955 nr.9/12. Mariusz kontynuuje poszukiwania śladów Janiny F..
Ustalił już, że w 1945r była nauczycielką j. polskiego i historii w Liceum
Ogóln. im. Marii Curie - Skłodowskiej w Kazimierzy Wielkiej ( kod 28-500; woj.
świętokrzyskie ) ul. Partyzantów 3. Po kilku dniach otrzymał od p. Ewy
Szymborskiej – kier. Liter. Teatru Polskiego w Bydoszczy następującą Informację:”
Janina Formanowicz pochodziła z Pomorza, ale edukację na poziomie gimnazjalnym
odbywała w Bydgoszczy; jeszcze przed wojną ukończyła polonistykę na
uniwersytecie w Poznaniu; okupację spędziła w krakowskiem – prowadziła nawet
tajne komplety ucząc młodzież j. polskiego; po wojnie zamieszkała w Poznaniu;
za dzieje Teatru Polskiego w Bydgoszczy zdobyła tytuł doktora filologii
polskiej; zmarła dość nagle – na serce, które odezwało się podczas pielgrzymki
do Ziemi Świętej; nigdy nie założyła własnej rodziny. W Poznaniu mieszka brat
p. Janiny inż. Mieczysław Formanowicz ( tel. 61/8236576, Osiedle Bolesława
Śmiałego 21c/28 ); najmłodsza z rodzeństwa Krystyna ukończyła studia prawnicze,
jednak jej losów nie znam. Wszystkie te informacje przekazuje na podstawie rozmowy
z p. Zofią Pietrzak, emerytowaną kustosz Izby Grzymały Siedleckiego będącej
pracownią teatrologiczną Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w
Bydoszczy; to właśnie pani Zofia ( lat 86 + świetna pamięć ) do dziś przyjażni
się z bratem pani Janiny Mieczysławem, a ją samą także dość blisko znała”. Tego samego dnia Mariusz odszukał p.
Maksymiliana Formanowicza rocznik 1936, zam. w Jarocinie na Os. Kościuszki 4/17
tel 062/7478791, krótkofalowca SP3MY, którego ojciec – Stefan ( matka Rozalia )
był powstańcem wielkopolskim. Z Jego rodzeństwa żyje jeszcze jeden z dwóch
braci (także mieszka w Jarocinie ) i
siostra. Spokrewnieni są z p. Gerardem Formanowiczem.
6.
Pisownia nazwiska. Do czasu mej dorosłości
pisownia naszego nazwiska z literą „o”, „ó”, czy „u”, nie była ostatecznie ustalona. Różni członkowie naszej rodziny –
od Antoniego ( Jakuba )- pisali swe nazwisko w różny sposób. Do mego Ojca
adresowano pisma z nazwiskiem pisanym przez „ó” i przez „o”. Toteż gdy w 1945r.
poznałem stryja Feliksa, który swe nazwisko pisał przez „u” , byłem zaskoczony
i zdumiony. Ojciec, którego zapytałem o przyczynę tej różnicy wśród rodzeństwa, uznał sprawę za nieistotną i wyjaśnił,
że faktycznie nigdy jednej rodziny nie tworzyli. W końcu – już po mej maturze –
zdecydowaliśmy z moim bratem Marysiem i bratową Klosią, po konsultacji
z Rodzicami, że
trzeba położyć kres
temu zamieszaniu ( bo zdarzały
się pomyłki w dokumentach, a za każdym razem, przy zapisywaniu nazwiska przez obce osoby, trzeba było wskazywać właściwą
pisownię) i postanowiliśmy ostatecznie ustalić, że będziemy nasze nazwisko
pisać przez „o”. Sprawdzając to zagadnienie stwierdziłem, że w Buku, skąd
wywodzi się nasza rodzina, przodkowie - od początku dającego się wykryć w
dokumentach historycznych - pisali się przez „o” jako Formanowicz.
Dopiero Niemcy w okresie rozbiorów stopniowo zaczęli zniekształcać zapis
zamieniając „o” na „u”. Na dowód przytoczę wyniki kwerendy przeprowadzonej w
Archiwum Archidiecezjalnym w Poznaniu na Śródce w dawnym Kolegium Lubrańskiego,
w zmikrofilmowanych bukowskich księgach parafialnych. W Księdze Zgonów
z lat od 1859 do 1867 (
trzecie, w dniu 20.10.2004, poszukiwanie śladów Jakuba – niestety także
bezskuteczne ) na mikrofilmie nr 648 PM 29/28, w roku 1864 poz. 99, znalazłem
następujący zapis: „12 lipca ( mer. - merecredi – środa ? ) o godz 12-
zmarł na grużlicę ( phtisis ) i 14
- go został pochowany w Buku
Jan ( Joannes ) Formanowicz
lat 22- kawaler, syn Andrzeja Formanowicza –
szewca (sutor ) i Marianny Dotkiewicz,
legalnych małżonków od 45 lat; dane zebrano na podstawie relacji matki
zmarłego” (czy pamiętacie Dotkiewicza –
„staruszka o lasce..” ?). A po
wielu latach pojawia się w Księdze
Urodzeń i Chrztów z 1910r na str.134
poz. 162 następujący wpis:
„W dniu 6- maja o godz . 6 i Ľ
urodził się w Buku chłopiec, ochrzczony
8 - maja, któremu nadano
imię Władysław ( Ladislaus
) z ojca Antoniego (
Antonius ) Furmanowicza i matki Władysławy
( Ladislae ) Bryl. Rodzice chrzestni : Valentinus Furmanowicz i Veronica Bryl”. Wiadomo ponadto ( A.K. s.
169 poz. 31 ), że inny Władysław Furmanowicz walczył w Powstaniu Wlkp. w
kompanii bukowskiej. W tym czasie ów ochrzczony 8.05.1910 był dzieckiem, miał
ledwo 8- lat. Obszerniejsze dane dotyczące powyższego zagadnienia zrelacjonuję
w następnym punkcie. W Księgach parafialnych powtarzają się znane do dziś
nazwiska: Dybizbański, Zengteler, Kaczmarek, Skatarczak, Dolata, Jujka,
Tuliszka... Ponadto w Księdze zgonów zapisano w 1866r wiele nazwisk osób
zmarłych z powodu cholery; w niektórych miejscach zapełnione są nimi niemal
całe strony. Stwierdziłem także, że w interesujących mnie latach dziewczynkom
często nadawano imię Marianna.
7. Formanowiczowie w żródłach
. W dniu 26.01.2005 przewertowałem w Archiwum
Państwowym w Poznaniu ponad 800-stronicową Księgę bukowskiego cechu szewskiego
zawierającą dokumenty od późnych lat 1790- tych ( kiedy to w Buku było 33-
szewców A.K. 30 ) do 1850-tych. Ewentualnych „szperaczy” uprzedzam, że
dokumenty znajdujące się w tej księdze nie są ułożone chronologicznie. Np. po
kilkudziesięciu stronach z 40- lat
XIX-wieku, pojawiają się zapisy z 90-lat poprzedniego wieku, potem
następuje powrót do późniejszych lat i znów cofnięcie, a wśród dokumentów w
języku polskim przemieszane są protokóły niemieckie itp.. Takie przetasowania
stwierdzić można kilkakrotnie. Utrudnia to poszukiwania wymagające zachowania
następstwa dat i faktów. Mimo tych
trudności znalazłem wiele zapisów dot. osób o nazwiskach Formanowicz,
Dybizbański, Minski i in. Wśród najstarszych natrafiłem na dokument z 1797r
zawierający podpisy Antoniego Tuliszki, Tomasza Niezielinskiego i in.. Znajduje
się tam także niezwykły akt zaświadczający radość szewców bukowskich z powodu
odzyskania prawa do pisania protokółów cechowych po polsku. Dokument ten,
potwierdzający wkroczenie wojsk
napoleońskich do Buku, został zatytułowany: „Akt zaczynającej się Polski.
Działo się w Bractwie Szewskim Bukowskim dnia siódmego miesiąca lipca Roku 1807...”.
Wśród protokołów cechowych istotnych dla naszej rodziny znajduje się pod datą
04.04.1808r zapis na naukę zawodu „młodoletniego” Józefa Dybizbańskiego, który
zamiast podpisu nakreślił trzy krzyżyki. Wyzwolenie J. Dybizbańskiego
odnotowano po 4-latach w dniu 14.12.1812r.. Dalej wśród najstarszych dokumentów
znajduje się protokół stwierdzający, że 28.12.1808 sławetny Wawrzyniec Reszka (
być może potomek rodziny, która wydała w XVI-w Stanisława Reszkę z Buku,
sławnego w Europie uczonego, a w dwa wieki później innego Reszkę - znakomitego
lekarza - społecznika ) przyjął młodoletniego Teodora Englera do nauki zawodu
szewskiego. Zaś pod datą 10.12.1810 pojawia się nasze nazwisko kiedy to
odnotowano „Uwolnienie z Młodszeństwa Sławetnych 1-mo Stanisława Pawłowicza, 2-
Andrzeja Formanowicza, 3- Ignacego
Radomskiego. Akt ten potwierdzał tzw. „wyzwolenie” na czeladnika w zawodzie. W
latach 1810- i dalszych Mikołaj Minski był „cechmistrzem wtórym”. W 1812r do
nauki zawodu przyjęty został Jan Dybizbański „nieumiejący pisać”. Tenże
04.01.1814 został „uwolniony z Młodszeństwa”. Kolejny Dybizbański, tym razem
Łukasz, 17.04.1816r został zapisany na naukę zawodu. Kilka lat później asesor
Sroczyński ( pracownik sądowy lub prokuratorski po aplikacji ) napisał w
protokóle: „ Wstępne i zdanie Bractwa Andrzeja Formanowicza Senior. Działo się
w Buku 6 grudnia 1826. Gdy w roku 1807 Andrzej Formanowicz na całkiego
Maystra Bractwa Szewskiego dokupił się przecież z powodu wkroczenia Wojska
Francuskiego a zbyt powstałych zaburzeń w końcu niemógł być w księgę niniejszą
zapisany a zatem dopraszał się dziś przed obsadzeniem kto ten w przytomności
Asesora aby Protokuł w tem względzie zapisany został. Starsi Cechmistrze są
przekonani i słowami zważywszy wniosek za słuszny przychylili się do żądania
tegoż cechu do Andrzeja Formanowicza i przyimnie go zeznajeniem, że wszelkie
kondycje poprzednio uznane przyzwoitem wykonał – zezwalając mu według Prawa w
tym wszelkie poszanowanie jakie wszystkim innym służy – Również się tu przy tem
że na Jatke – za co złożył od Aleksandra Cwojdzinskiego okupiony – przyjęty
został. Na tem niniejszy Protokuł ukończony wgłos odczytany i
podpisany został ( podpisali
): Wawrzyn Suchorski, Tomasz Czwikinski, ( jeden podpis
nieczytelny ), Piotr Mizgalski , Sroczyński ( imię nieczytelne )
asesor. Wśród wielu dokumentów znajdują się także umowy i potwierdzenia
sprzedaży „jatki szewskiej” między członkami cechu. Wśród nietypowych znajduje
się dokument z 21.12.1827r, w którym odnotowano, że J. Dybizbański zostaje
uwolniony od usług brackich (emerytura ?). W tych czasach zdarzało się, że na
kilkunastu uczestników plenarnego
posiedzenia cechu blisko połowa stawiała na protokóle trzy krzyżyki. Następny ważny
dla nas zapis pochodzi z 25.04.1832r kiedy to Andrzeja Formanowicza wybrano
„wtórym Naczelnikiem Towarzyszów Zgromadzenia Szewskiego” W dniu 13.08.1832
majster Andrzej F. przyjął Józefa Tymkowskiego na ucznia. O stopniowym awansie
w hierarchii cechu Andrzeja F. świadczą dokumenty z 18.02.1835, 16.02.1836 i
14.02.1838 będące skwitowaniami recept ( przyjęć ) i expensów ( wydatków )
poniesione przez cech w poprzednim roku. Na wszystkich: poprzednich, powyższych
i następnych dokumentach, Andrzej F podpisuje się wyraźnie pojedynczymi,
równymi literami: A. Formanowicz.
Jego podpis jest prawie taki sam co do wielkości liter, ich wzajemnej
odległości i kształtu, jak ten oto wydrukowany przez komputer. Z kolei
16.11.1834r Andrzej F. był kandydatem na „4-go stołowego”. Przewagą głosów
wybrano Józefa Wąsowicza. Ponownie 12.12.1837 Andrzej F. kandydował na
3-stołowego i przegrał, bo wybrano Piotra Jedyneckiego. Tego samego dnia
wybierano także 4-stołowego; w obu protokółach w j. polskim nazwisko Andrzeja
F. przekręcono zapisując je przez „u”. Wśród nazwisk mających związek z naszą
rodziną pojawia się Dominik Minski, który 17.04.1838r został wyzwolony na
czeladnika szewskiego. Od 1841r część protokółów została napisana po niemiecku.
Wśród nich występują ważne dla dziejów naszego nazwiska dokumenty. Oto 16 Juli
1841 na protokóle wyraźny, jak wszystkie, podpis Andrzeja F. pisany z literą
„o”. Dalej 28 October 1841 podpis jak poprzedni lecz w niemieckiej treści
zniekształcono nazwisko i wśród obecnych napisano Furmanowicz przez „u”. Tam
gdzie nazwiska nie pisze niemiecki protokolant błędu nie ma jak np. na pisanym
po polsku dokumencie z 4.01.1842 poświadczającym wyzwolenie czeladnika, także
na innych datowanych 22.05.1842, 22.10,1843, 29.10.1846 itd.. Jednak zaznaczyć
należy, że kilka kolejnych dokumentów pisanych po niemiecku także takich
przeinaczeń nie zawiera m.in.: 17 January 1842, 7,11 i 12 February 1842, 26
April 1844, 14 February 1845, 8 April 1845, 1 October 1845, 22 January 1846, 23
January 1846 - kiedy to wyzwolono 4-
uczniów w tym, na pierwszym miejscu, Andrzeja Formanowicza – czyli kolejnego
Andrzeja tego samego nazwiska. Należy odnotować, że bardzo wyraźny podpis A.
Formanowicz na protokółach cechowych składany jest na coraz wyższym
miejscu, zaś od wyzwolenia owych 4-uczniów, w tym następnego Andrzeja F., już
na miejscu pierwszym. Jako ciekawostkę można zapisać, że 26.09.1848r miało
miejsce „wyzwolenie młodoletniego Andrzeja
Formanowicza z nauki
od cechmistrza pierwszego Andrzeja Formanowicza”. Postępujące
zniekształcanie nazwiska przez Niemców widoczne
jest na protokole z 28 October 1841, a w całej pełni na dokumencie ( patrz
kserokopia ) datowanym 26 September 1848r, w którym stwierdza się po niemiecku,
że zmarł starszy cechowy Andrzej Furmanowicz i wdowa po nim Marianna
Furmanowicz oddała za pokwitowaniem skrzynię cechową nowowybranemu starszemu
cechmistrzowi Jedleckiemu. Marianna podpisała się trzema krzyżykami, była więc
niepiśmienna. W protokole tym chodzi niewątpliwie o tego samego Andrzeja F,
który wyrażnie podpisywał się Formanowicz i przez kilka lat przewodził cechowi
szewskiemu w Buku. Jako kolejny dowód procesu stopniowego utrwalania się
przeinaczenia nazwiska najpierw zacytuję charakterystyczny dokument: „Działo
się dnia 22 września 1834 zapis Na
naukę i wyzwolenie szewskom młodoletniego Wincyntygo Formanowicza do
maystra Wincyntygo Zwierzyńskiego Na lat 3 wszystkie kundycyje Mayster Wincynty
Zwierzyński nasiebie przyniesie Jakoto przyodziewek w przeciągu terminu i na
wyzwolenie do Gospody oddać i wszystkie Kosztów Jakie wynikną obowiązuje się
ponieść tynże Wincynty Zwierzyński Jako Mayster” - podpisy. A następnie
przytoczę wstęp do pisanego po polsku protokołu: „Działo się to 23 kwietnia
1849 Przy zgromadzeniu dziesiejszym oświadczył J. Pan Wincenty Furmanowicz iż
życzeniem iego, aby mu nie było przyzwolonym ucznia swego itd...” podpis:
Winty Furmanowicz. Od 1834r, gdy ów Wincenty F. pisał swe nazwisko przez
„o”, do 1849r, gdy zgodził się na zapis przez „u” i sam się tak podpisał ( ! ),
minęło 15-lat. Przez ten czas sam ów majster zapomniał jak się zwał !. Co
ciekawe to w marcu 1857r na pisanym po niemiecku sprawozdaniu finansowym cechu
podpisało się 28-osób, natomiast przy nazwisku Vincent Furmanowicz zanotowano
„nicht Schreiber” – niepiszący i nakreślono trzy krzyżyki. Być może było dwóch
Wincentych F.: jeden piśmienny drugi nie, może ów Wincenty nie chciał podpisać
się na pisanym po niemiecku dokumencie, lub mamy przykład wtórnego
analfabetyzmu. Reasumując ten zbiór faktów można stwierdzić z
prawdopodobieństwem niemal bliskim pewności, że nasze nazwisko w Buku od
początku brzmiało FORMANOWICZ z wyraźnym zapisem przez „o”.
Późniejsze zmiany spowodowane były w okresie rozbiorów przez Niemców. Prawdopodobnym – lecz nie
pierwszym -protoplastą rodziny był Andrzej Formanowicz, nieformalnie (
wojny napoleońskie ) od roku 1807 mistrz szewski, którego uprawnienia
mistrzowskie cech potwierdził decyzją z 6.12.1826. Tenże 25.04.1832r wybrany
został drugim cechmistrzem, a około 1840 r. został pierwszym cechmistrzem
bukowskiego cechu szewskiego. Zmarł w 1848r. Datę Jego urodzenia można oszacować przyjmując, że mistrzem w
zawodzie mógł zostać czeladnik po cztero- pięcioletnim „terminowaniu” u
majstra. Jeśli więc w 1807r. oddał do
oceny wyznaczonych mistrzów cechowych tzw. „sztukę” ( co potwierdzono w
protokole ) tj. własnoręcznie, bezbłędnie wykonane buty, jeśli złożył stosowny
egzamin, to możemy obliczyć, że: miał co najmniej 14 do 15 lat gdy został
oddany do „terminu” na 3- 4 lata, następnie pracował jako czeladnik 4 do 5 lat
do „uwolnienia od młodszeństwa”, a na koniec musiał przez 4 do 5 lat prowadzić
pod nadzorem majstra cudzy lub własny ( jeśli miał taką możliwość ) warsztat do
egzaminu mistrzowskiego. Sumując lata stwierdzimy, że zdawał go w wieku od 25
do 28 lat. Odejmując te lata od 1807r
otrzymujemy, że A. Formanowicz urodził
się prawdopodobnie w przedziale lat 1779 – 1782. W tym okresie trzeba
więc szukać jego śladów w Księdze chrztów parafii bukowskiej. Bliskość czasowa ( ok.1841r - patrz wyżej
pkt. 3) opisanych poprzednio perypetii prusko-rosyjskich szewca Marcina F. zwiększa
prawdopodobieństwo istnienia związku rodzinnego. Warto też odnotować, że w
okresie ok. 50- lat występuje co
najmniej czterech szewców Andrzejów Formanowiczów ( I – senior, który
w 1807r: „wszystkie kondycje przyzwoitem wykonał”, II - 10.12.1810 uwolniony z
„młodszeństwa”, III – około 1826 występował też junior ( syn ? ) jeśli
zapisano, że był senior, IV - 23.01.1846 „wyzwolenie jednego z 4-ch
młodoletnich”, V - 26.09.1848 kolejne „wyzwolenie młodoletniego” ) wśród bukowskich
Formanowiczów było to więc imię bardzo popularne. Dodatkowo w tym czasie występuje także dwóch Wincentych F.
Ponadto stwierdziłem, że pośród sprawdzanych XIX-wiecznych dokumentów nie ma
zapisu jakiegokolwiek bukowskiego szewca, który by pisał swe nazwisko z „ó”. Na koniec warto utrwalić kilka faktów
potwierdzających dodatkowo ten wniosek: A. w Księdze zmarłych zapisano (
poz.60 ), że 19.03.1831 zmarł Andrzej
(Andreas ) Formanowicz lat 57 urodzony legalnie, w rubryce zawód
zapisano „cives” obywatel – na pewno nie „sutor” tzn. szewc. Brak wpisów
imienia ojca i matki oraz zawodu ojca. B. w dniu 18.11.1832r o godz 9- ( poz. 160 ) urodziła się
dziewczynka, którą ochrzczono 25- tego
m-ca nadając jej imię Franciszka; ojciec Andrzej Formanowicz szewc, matka
Marianna Datkie, oboje katolicy. C. w dniu 5.08.1834r ( poz 145 )
urodził się w Buku chłopiec, ochrzczony 10- tegoż m-ca, któremu nadano imię
Dominik, z ojca Andrzeja Formanowicza szewca i matki Barbary – nie podano
nazwiska. D. Na koniec tej serii: 19.05.1835r ( poz 121 ) urodziła się w
Buku i 28.05. została ochrzczona dziewczynka, której nadano imiona Julianna,
Karolina, z ojca Karola Marszałkiewicza i matki Luizy Formanowicz. W czasie
piątej kwerendy przeprowadzonej 4.02.2005 w Archiwum Archidiecezjalnym
w Poznaniu stwierdziłem w grodziskiej Księdze ślubów, że we wpisach z 1878r
ponad 40-krotnie występuje nazwisko Fórmanowicz, ( pisane przez „ó”), które
nosił ksiądz udzielający ślubów. Jednak także i kilka innych osób świeckich
zawierających związki małżeńskie tak zostało zapisanych. Np. 16.01. żeni się
Franciskus Fórmanowicz, następnie 05.02. żeni się Valentinus F. urodzony w
Puszczykowie z matki Pusek, ponadto 26.02. czyni to Ignatius F. Czyżby więc w
Grodzisku panował obyczaj lub nawyk ( przez „ukłon” w stronę owego księdza ? )
takiego właśnie, przez „ó”, pisania nazwiska ?. W tej Księdze, w kilku
przypadkach, wpisano odrębną miejscowość „Doktorowo”. A więc w tym czasie
Doktorowo nie było jeszcze włączone w obręb Grodziska. Dowód: 25.07.1891 zawarli
związek małżeński Adam Stachowski z Grodziska i Stanisława Fiedler z Doktorowa,
świadkowie: Jakub Stachowski i
Franciszek Fiedler ( czyżby ów
Adam S. z Grodziska „ wżenił się” był w posiadłość w Doktorowie i po nim
wszyscy następni Stachowscy stąd się wywodzili ? ). Na zakończenie sprawa
najważniejsza: oto w księdze ślubów zawartych w parafii grodziskiej
znajduje się pod datą 23 Februari 1892r (poz 23) zapis, że związek małżeński
zawarli Stephanus Fórmanowicz de Grodzisk juvenis lat 33 i 3 m-ce
i Eleonora Niejacka de Grodzisk virgo lat 23 i 5 m-cy, katolicy; ich
rodzice: Antonius Fórmanowicz i Marianna Dybizbańska oraz
Carolus Niejacki i Marianna Wilhelus, świadkowie: Vladislaus Gebel i Ignatius
Teicher. Był to dla mnie pierwszy sygnał, że dziadek mego Ojca nosił imię
Antoni nie Jakub. To odkrycie skłoniło mnie do poszukiwania kolejnych faktów
dotyczących przodków. Na podstawie
grodziskich zapisów można stwierdzić, że małżeństwo Stefana i Eleonory trwało
tylko ok.14 lat, a w chwili śmierci Stefana tj. w 1906 r. miał on 48 - , a ona
37- lat. Zapis w grodziskiej księdze ślubów skłania do szukania przyczyny
zmiany nazwiska przez Stefana i podania
w akcie małżeńskim, że pochodzi z Grodziska a nie z Buku. Chociaż niejeden raz
stwierdziłem, że występują błędy z różnych księgach parafialnych. Na koniec
tego fragmentu odnotowuję przypuszczenie, że zapisy w dokumentach bukowskich
mogą wyjaśnić pytanie czy przeprowadzka do Grodziska mogła spowodować zmianę
pisowni własnego nazwiska Stefana, bo tak innych Formanowiczów tutaj
zapisywano?.
8.
Eleonora Nijacka - w trzech na cztery posiadane dokumenty figuruje jako Niejacka: w metryce urodzin mego Ojca, w księdze ślubów
parafii grodziskiej oraz w akcie zgonu
ciotki ( dawniej na siostrę Ojca mówiono „stryjna”, na brata Ojca „stryj”, a na
żonę stryja „stryjenka”) Marii Łukaszewskiej. Wobec tego należy przyjąć, że
dobrze jest udokumentowany zapis nazwiska rodowego mej Babci w postaci: Niejacka. Ta niepewność, którą dało się
dość prosto wyjaśnić, ponownie potwierdza fakt, że dawniej nie przywiązywano
zbyt wielkiej wagi do właściwej pisowni nazwiska. Następna istotna sprawa: mąż siostry - czyli szwagier - Eleonory
Niejackiej, nazywał się Tejcher ( bez „t” na końcu; prawdopodobnie
czytano „Tajcher” ). Dowód : w Księdze parafii grodziskiej 26.03.1890 r
odnotowany został ślub Karola Tejchera i Cecylii Wiśniewskiej. Inny Tejcher –
Ignacy - był także świadkiem na ślubie
moich dziadków Stefana i Eleonory.
9.
Czasowa „separacja” pradziadków. Fakty, według relacji mego Ojca skorygowanej względem
zapisów w księgach parafialnych ( chrzty dzieci ), są następujące: w czerwcu
1858r, mając 24-lata, a więc w półtora roku po ślubie, Marianna uciekała przed
pożarem będąc w 2-m-cu ciąży ze Stefanem, a w pół roku po śmierci pierwszego
swego dziecka – Agnieszki. Żal po śmierci pierwszego dziecka, zaraz druga ciąża
z normalnymi w tym stanie, skrajnymi zmianami nastrojów i nakładający się na to
wielki pożar Buku ( który - być może - niszczy część majątku Jej lub rodziny ?
), przed którym musiała uciekać by ratować życie i – według mego Ojca –
nieobecność w tej traumie męża, może tworzyć mieszankę wybuchową. Jest możliwe,
że Antoni–Jakub zdala od miasta, nie wiedząc co się tam dzieje, pilnuje w tych
dniach dzierżawionej alei czereśniowej ( jak to robiło wielu szewców bukowskich
- patrz cytat zamieszczony w następnym punkcie ), czego nie akceptuje Marianna.
On – biedny szewc - ambitnie chce zarabiać własne pieniądze by nie być na
utrzymaniu bogatej żony. Suma tych czynników może skutkować wielkim wybuchem -
kłótnią małżonków ( że pozostawił Ją samą w niebezpieczeństwie ! ) i ich
rozstaniem. Mimo wielokrotnego wgłębiania się w tę sprawę nie doszedłem do
innej konkluzji. Jakim bowiem draniem musiałby być mąż porzucający ciężarną
żonę w opresji gdyby ona sama w gniewie ( a wszystko wskazuje na to, że była
choleryczką i do tego w ciąży ! ) nie przegnała go ?. Za prawdopodobieństwem
tej tezy przemawia fakt, że później to
Marianna – chyba czując się w części winną – naraża się, szuka męża i pierwsza
wyciąga rękę do zgody ( dobrze wie, że jest ambitny ! ), „przymykając oczy” na
sprawę flirtu Antoniego-Jakuba z obitą warszawianką.
§
Oto opis smutnej doli
szewców bukowskich ( K. W s. 67 ):
„Miasto Buk słynne jest z wielkiej liczby reprezentantów dwóch cechów t.j. szewskiego
i stolarskiego. Gotowego towaru tworzą bardzo wiele, lecz czy go sprzedadzą ?.
Przejeżdżając przez miasto w nocy, o każdej godzinie widzi się światełka. To
szewcy kują buty na jarmarki w mieście i okolicy. Na rynku wystawiają budy,
wywieszają towar, a kmiotek przychodzi, próbuje zębami, czy skóra mocna i tylko
wtenczas kupi, gdy zęby znaków nie pozostawiają. Czy jeszcze teraz, przy braku
towaru, tak robią, o tem wątpię. Rąk do pracy za wiele, odbiorców za mało.
Latem wszystko boso chodzi, na stołkach nie siada. Dla tego szewcy i stolarze,
skoro drzewa owocowe zakwitną ruszają w okolice, wydzierżawiają aleje i sady,
przenoszą się do nich na całe lato z koniem, kozą, wieprzkiem, z garnkami i
dziećmi. W budach, słomą krytych, przez całe bawią lato, a sposób ich życia
równa się pobytowi ludzi zamożnych u wód, z tą różnicą, że dzierżawcy aleji
żyją o wiele taniej. Mleka dostarcza koza, okrasy wieprzek, a jarzyny pole. Na
takich dzierżawach, czasami dołożą, czasami zarobią. W każdym razie zyskają
przez to, że żyli przez całe lato bożą manną, że dzieci ich wróciły z różowymi,
a nawet brunatnymi pyszczkami, że ojciec rodziny po kilkumiesięcznym wypoczynku
z świeżymi siłami do warsztatu siada i znowu kuje i znowu hebluje, aż znowu na
wiosnę stołek go parzy, nogi od warsztatu mdleć zaczynają, a przeznaczenie, jak
cygana w dal, na aleje go pędzi”
§
Marianna nie mogła
niezwłocznie udać się na poszukiwanie męża bo najpierw musiała urodzić Stefana
- Szczepana, następnie go wykarmić, a potem wybuchło Powstanie Styczniowe.
Rosja uszczelniła kordon wokół swego zaboru aby nie docierała pomoc dla
powstańców. Upłynęło więc prawie 6-lat od rozstania małżonków. Dopiero pod
koniec 1864r, po ustaniu walk w zaborze rosyjskim, czyli po okrutnym, krwawym
zdławieniu polskiego zrywu niepodległościowego, Marianna mogła ewentualnie
zostawić Stefana pod opieką swej matki Tekli Dybizbańskiej z Gronkowskich, aby
przedostać się przez kordon rosyjski i ruszyć na poszukiwanie Antoniego –
Jakuba. Atoli można także przyjąć i taką wersję, że mimo wielkiego ryzyka
zdecydowała się zabrać z sobą dziecko jako najsilniejszy argument uczuciowy na
rzecz przekonania męża do powrotu. Marianna prawdopodobnie odnalazła
Antoniego-Jakuba w Warszawie. Tutaj na rynku, w obecności męża, obiła „tę
drugą”. Jakub uciekł ze wstydu.
§
Marianna „dopięła swego” i
na przełomie 1864/65r sprowadziła Antoniego-Jakuba na powrót do Buku. Fakt
powrotu potwierdzają narodziny w 1866r trzeciego ich dziecka - Zygmunta. W
następnym roku rodzi się Jan, który umiera po dwóch latach, a w 1870 rodzi się
ostatnie Ich dziecko - Helena.
§
Wiele przemawia
za wnioskiem, że Marianna
udając się do Warszawy ( Ojciec mówi „przedostała się”; być może
odnosi się to do tzw. zielonej granicy, która przebiegała za Wrześnią?. Trzeba
bowiem pamiętać, że koleją z P-nia do
W-wy przez Ostrów Wlkp. – Łódź można było dojechać dopiero od 1903r, natomiast
linia kolejowa w odwrotnym kierunku tzn. z P-nia do Berlina przez Buk, Rzepin i
Frankfurt nad Odrą, uruchomiona została już w 1870r ) wiedziała, że Jakub
właśnie tam przebywa. Może po gniewnym rozstaniu się z Marianną, udał się do
Warszawy by podnieść swoje umiejętności fachowe, uzyskać papiery mistrzowskie,
aby potem wykonywać bardziej eleganckie, droższe buty, bo tamtejsi szewcy
słynęli jako znakomici specjaliści ?. Być może Jakub pojechał do szwagra,
księdza Dybizbańskiego aby poskarżyć się na Mariannę i szukać w Nim pośrednika
w problemach małżeńskich ?. A brat powiadomił Mariannę o obecności i zachowaniu
Antoniego ?. Można także przypuszczać, że ktoś pomagał Mariannie w owej
peregrynacji, a ponadto, że przygotował dla Niej mieszkanie i zatrudnienie u
tolerancyjnego pracodawcy. Jest mało prawdopodobne, aby pojechała w nieznane.
Ponadto któż dałby pracę kobiecie opiekującej się małym dzieckiem – jeśli
Stefana z sobą jednak zabrała?. Chyba, że ktoś znaczny użyłby w tym celu swych
wpływów. Może był więc nim ks. Dybizbański ?. Wiele przesłanek świadczy o tym,
że ten brat prababci Marianny pełnił posługę kapłańską właśnie w Warszawie i
miał tam znaczące wpływy. I to On - być może - wobec ujawnienia niewierności
małżeńskiej Jakuba, wezwałby Ją do siebie, pomógł przekroczyć granicę,
przygotował warunki do zamieszkania i pracy zarobkowej. Może chciał na powrót
scalić małżeństwo siostry?.
§
Reasumując cały
ten wywód muszę sformułować wniosek, iż wiele wskazuje na taką oto wersję
wydarzeń, że w 1858r - lub tuż po tej pamiętnej dla Buku dacie - nastąpił
czasowy rozpad małżeństwa Pradziadków. Ponowne scalenie Ich związku nastąpiło
po ca 6-latach, tj ok. 1865r. Lecz Antoni-Jakub zaczyna ok.1870 chorować i po
ca 8-latach, będąc w wieku 44 - lat umiera. Być może przyczyną choroby i
śmierci były trudy, niedole (gruźlica ?; mój Ojciec mówił o wymęczeniu i
zaziębieniu na powstaniu), a może i rany odniesione w czasie powstania, o czym
w czasach prześladowań pruskich mówić nie było wolno ?.
§
Zarys życiorysu Antoniego- Jakuba Formanowicza
Data urodzenia: 10.01.1835r
1848r, ma 13-lat, widzi walki w Buku z
wojskiem pruskim, doświadcza tragicznych ich skutków dla niektórych rodzin, w
tym być może także dla Andrzeja - jego Ojca, który umiera w dwa miesiące po
zakończeniu walk w wieku zaledwie 44-lat, być może od doznanych obrażeń lub
stressu ( zawał ? ) w wyniku konfiskaty mienia ?. Gwałtowne pogorszenie statusu
materialnego rodziny - bieda ?.
1848-49 zostaje uczniem szewskim
1851-52 zostaje wyzwolony na czeladnika
21.01.1857, ma 22 – lata, żeni się z Marianną
z Dybizbańskich, starszą o 5-m-cy
1857 rodzi się Agnieszka
08.06.1858 wielki pożar Buku ( domniemane rozstanie
się małżonków ? )
25.12.1858 Marianna rodzi Stefana - Szczepana
1863r Antoni prawdopodobnie walczy w
Powstaniu Styczniowym
1865r Marianna przedostaje się za kordon,
dociera do Warszawy, na rynku spotyka
męża, robi scenę „tej drugiej”, małżonkowie godzą się i
wracają do Buku.
1866 rodzi się Zygmunt
1867 rodzi się Jan
1869 umiera Jan
1870 rodzi się Helena
25.12.1879 Antoni- Jakub umiera w wieku
44-lat
§
Dybizbańscy w Buku byli rozróżniani przez przydomki. Warto zanotować dla młodszych czytelników,
że w małych środowiskach, miastach i wsiach, oprócz nazwisk, które wymieniano w
celach oficjalnych, na co dzień rozróżniano się przez przydomki. Tym bardziej,
że często w rodzinach obywatelskich– dla ciągłośći rodu – syn otrzymywał imię
po ojcu. Dla zilustrowania sprawy przydomków mogę podać, że do liceum
gostyńskiego, do wyższej klasy niż ja, chodził w latach 1947-51 kolega – jeden
z dwóch braci Lenartowiczów – na których, z niewiadomego powodu, wołano „Igel”
( po niemiecku: jeż), ponadto przyjaźniłem się z Marysiem, którego zwano
„Pacio”, a także, będąc przybocznym w drużynie, podlegałem pośrednio
harcmistrzowi, którego przezywano „Mamut ze spawanym ogonem”, a jego synów „Mamuty”. Miałem kilku dalszych kolegów,
noszących różne inne, przedziwne przydomki np.„Diabeł”( nb. później znany
dziennikarz). W Krobi na jednego pana wołano „ Kieliś”, na innego „Malacha”
itd. Tych przydomków nie można było powiązać z jakimikolwiek cechami fizycznymi
czy psychicznymi osób nimi „obdarzonych”. Być może po walkach w
1848r, członkom tej gałęzi rodziny Dybizbańskich, do której należała prababcia
Marianna, nadano chlubny przydomek „ułanki” (
informacja pochodzi od bardzo
szanowanego w Środzie, emerytowanego proboszcza parafii Najśw. Serca Jezusa i
prefekta Liceum, ks. kanonika Wojciecha Raczkowskiego, który Darkę i Przemka
związał węzłem małżeńskim i dotąd interesuje się Ich rodziną. Ks. Raczkowski
pochodzi z Lwówka z rodziny rzeźniczej, a za młodu posługiwał jako wikary.w
parafii bukowskiej ). Ponadto K.
W. na s.75 pisze: „ Jak w każdym
miasteczku mają pewne rodziny przywilej rozmnażania się, koligacji, tak też w
Buku słynną jest rodzina Dybizbańskich, których jest tak wielu, że nawet imion
w kalendarzu nie starczy i dla tego zmyślny naród przydomkami ich obdarza. I
tak mamy Dybizbańskiego „ułanka”, „rykarza”, „piplusia”, „Garibaldiego”, „ślepą
rybkę” itd. Przydomki te tak przylgnęły do rodzin, że nie obrażają
obywatelskiego honoru i stanowią doskonały sposób odróżniania pojedyńczych
szczepów”. Tę informację można ewentualnie i tak skomentować: być może
przydomek „ułanki” nawiązuje do zamierzchłej przeszłości gdy w potrzebie
wojowie z danego miasta stawali
zbrojnie - kogo było na co stać- jedni pieszo inni na koniach. Może
niektórzy, bogatsi Dybizbańscy, stawiali konno ?. Warto tutaj na marginesie
sprawy napomknąć, że Niegolewscy – okoliczni magnaci – zawsze bukowianom
przewodzili. W Buku, przy kościele parafialnym, stoi tablica epitafijna
Niegolewskich, z wyrazami hołdu dla wielu członków tej rodziny, za udział w
walkach o Polskę. Widocznie patriotyzm, rozumiany prosto jako udział w
zbrojnych akcjach zmierzających do obrony lub odzyskania wolności przez
Ojczyznę, bez oglądania się na interes własny, był silnie zakodowany w
zachowaniach okolicznej szlachty i bukowian. Tak było też we wszystkich
powstaniach narodowych. Widać to dowodnie na przykładzie prapradziadka
Andrzeja, pradziadka Antoniego-Jakuba oraz księdza Dybizbańskiego. Tutaj też
nasuwa się skojarzenie z informacją Ojca, że „ jak Babcia gotowała ślepe ryby
to bolały mnie wszystkie zęby”. Powstaje pytanie czy może to mieć związek z
krzywdą Prababci, która krewnym sprzedała dom i nie otrzymała zań zapłaty ?.
Może owi nierzetelni Dybizbańscy byli znani jako „ślepe rybki” ( patrz wyżej ) i to ten przydomek tak
negatywnie wpływał na dziecięcą świadomość Ojca, że aż bolały go zęby przy
gotowaniu tej zupy, w istocie ziemniaczanej, bez śladu ryby, a tym bardziej
ślepej ?. Przecież dziecko na pewno bardzo emocjonalnie przeżywało krzywdę
Babci – dobrodziejki – oszukanej przez krewnych, być może mieszkających za ścianą, spotykanych co
dzień na wspólnej sieni. W tym miejscu zamieszczę informację, którą uzyskał
Mariusz od p. Ewy Szymborskiej – kier. Literackiego Teatru Polskiego w
Bydgoszczy dot. Ludwika Dybizbańskiego: „...pochodził z Poznania, urodził się w
1882 roku; był aktorem, reżyserem, występował w teatrach Poznania, Warszawy, a
nawet w Samarze, Kijowie i Moskwie; ostatecznie - już w Poznaniu – pracował
jako antreprener... ( dyrektor )
objazdowego teatru Polskiego, z którym przyjechał na gościnne występy do
Bydgoszczy pod koniec 1918roku; po zakończeniu I wojny światowej Dybizbański
został dyrektorem tzw. Teatru Plebiscytowego, operującego na terenie Pomorza;
na wieść o opuszczeniu Bydgoszczy przez Niemców przyjechał tu wraz ze swoim
zespołem i objął opuszczony budynek teatralny; pracował od kwietnia do końca
lipca1920r; niestety, Magistrat nie dał zespołowi dotacji, co spowodowało, że
rozgoryczony Dybizbański miasto opuścił; powrócił raz jeszcze wygrywając konkurs
na dyrektora w sezonie 1926/27; zmarł nagle na serce w lipcu 1927 roku”.
10.
Dane archiwalne dot. prababci Marianny. W dniu 17.01.2003 przeprowadziłem pierwszą kwerendę
w Archiwum Archidiecezjalnym w
Poznaniu. Znalazłem w Księdze Zgonów oznaczonej MKR 680 z 1917 r na str.
219 poz 78 zapis: obitus Buk m-c Julius dies 3 hora 10 ( zmarła w Buku dnia 3 czerwca o godz 10 ) -
post mortis –Marianna Furmanowicz 83 - lata. Patris: Josephus Dybizbański,
Matris: Thecla Gronkowska ( litery niewyraźne – można
ewent. czytać Grankowska lub Gromkowska ). Z tego zapisu wynikają następujące -
moim zdaniem - prawdopodobne wnioski:
a.
z uwagi „post
mortis” ( po śmierci ), wpisanej drobnymi literkami pod godziną śmierci,
można wnioskować, że Prababcia zmarła samotnie, że nikt z bliskich przy jej
zgonie nie był. Wpisano bowiem tylko przybliżoną, domyślną godzinę - oszacowaną
dopiero po śmierci,
b.
rubryka „zgłaszający” jest pusta, co może ewentualnie ( lecz niekoniecznie ! )
oznaczać, że do kancelarii parafialnej nie przyszedł nikt z rodziny ( bo
zostałby zapisany z imienia i nazwiska – jak w rubrykach dot. innych zmarłych )
aby zgłosić zgon Babci. Być może w pośpiechu wpis potraktowano tymczasowo, do
póżniejszego uzupełnienia, a potem o tych pustych rubrykach zapomniano ?.
Jednak w warunkach kościelnego porządku byłoby to zdarzenie raczej niezwykłe.
Wobec tego wydaje się uzasadniony domysł Ojca, iż Prababcia zmarła samotnie;
czy z głodu – nie wiadomo, choć możliwe. Nieodparcie nasuwa się bowiem pytanie
czy ktoś przychodził do Niej aby Ją
nakarmić, umyć, opatrzyć - gdy leżała samotnie, chora lub niedołężna?,
c.
jeśli nikt z bliskich nie
zgłaszał śmierci ( sąsiedzi ?), to skąd
w owej Księdze dane osobowe Prababci, jej wiek oraz imiona rodziców i nazwisko matki ?. Może
były już wówczas jakieś dowody tożsamości?. Być może ktoś w Kancelarii
parafialnej pamiętał Jej dane jako tercjarki ? Lub też odszukano je w księgach parafialnych ?,
d.
Prababcia zmarła 3.07.1917r
tj. przed wybuchem Powstania Wielkopolskiego, czyli w czasie gdy Ojciec był
jeszcze w Grodzisku w nauce zawodu u Kandulskiego ( miał wówczas16 - lat ), a
nie „na wojaczce”, jak podawała Mama,
e.
Ojciec nie był na pogrzebie
swej Babci. Kiedyś mówił mi, że miał
z tego powodu wyrzuty sumienia. Pytanie tylko: czy i
ewentualnie dlaczego siostry
nie zawiado-miły Go o
śmierci i o pogrzebie Babci ?. Czyżby był to objaw
znacznego ochłodzenia stosunków między
rodzeństwem, o czym Ojciec przy
innej okazji napomyka ?. A może
zawiadomiły go a nie pojechał ?. Wtedy
wyrzuty sumienia byłyby zrozumiałe, lecz przyczyna nadal niewyjaśniona.
f.
swej najmłodszej córce
dziadkowie moi Stefan i Eleonora nadali imię Tekla. Można przypuszczać, że na pamiątkę Tekli Gronkowskiej
– babci Stefana, a matki Marianny -
którą chyba ciepło wspominali.
11.
Sprawa zaginięcia krzyża „pielgrzymkowego”. W 1970 lub 1971r,
bodaj we wrześniu i prawdopodobnie w niedzielę ( bo w
poniedziałek trzeba było pójść do pracy ), odwoziłem Rodziców z Dębna do
Koźmina; wydaje się, że było to po wspólnych imieninach Ojca i Steni,. Aby
sprawić Ojcu przyjemność pojechałem przez Buk. Tutaj najpierw udaliśmy się do
kościoła farnego i weszliśmy do zakrystii, która była otwarta; było po mszy
św.. Dobrze Ojcu znany krzyż wisiał na zachodniej ścianie zakrystii, na
wysokości ok. 2 - metrów. Na jego widok Tato ogromnie się wzruszył, ukląkł na
oba kolana, głęboko się skłonił i zatopił w modlitwie. W takim skupieniu trwał
dłuższy czas. Oboje z Mamą niebawem wyszliśmy, a Tato przyszedł do nas dopiero
po kilku ( już nie pamiętam dokładnie ), a może nawet kilkunastu minutach.
Widziałem wielkie wzruszenie, ale też radość i zadowolenie, że mógł się
pomodlić przed tą relikwią rodzinną, która Mu przypominała dobrą Babcię, czasy
dzieciństwa. Pamiętam, że wówczas figurka Chrystusa była jeszcze nieuszkodzona. Następnie objechaliśmy miasto,
obejrzeliśmy miejsca pamiętne,
szczególnie z okresu okupacji i udaliśmy się na cmentarz przy kościele Św. Krzyża
aby pomodlić się za bliskich zmarłych. Wówczas Tato wskazał mi przybliżone
miejsce pochówku swej Babci, szukał w pamięci lokalizacji grobu Dziadka,
wspomniał o zbiorowej mogile ofiar „morowego powietrza” gdzie pochowano m.in.
kuzyna Marianny. Na koniec pojechaliśmy na nowy cmentarz gdzie leżą we wspólnym
grobie Łukaszewscy i Lisowscy. Następne
nasze spotkanie z
krzyżem „pielgrzymkowym” miało
miejsce ok. 10 – lat później.
Tym razem jechaliśmy z Dębna ze Stenią,
Darką i Mariuszem do rodzin w Koźminie i Krobi. Ponieważ dzieci były już w
starszym wieku szkolnym ( Darka bodaj już w Liceum ), postanowiliśmy im pokazać
Buk skąd pochodzi nasza rodzina. Weszliśmy też do zakrystii kościoła farnego,
aby zobaczyli krzyż – tę ważną dla rodziny pamiątkę. Wisiał na swoim miejscu
lecz figurka Ukrzyżowanego nie miała już lewego ramienia. Krótko po śmierci
Mamy, a więc ok. 2000 r., pojechałem do Buku po tworzywo na butelki do
tamtejszej hurtowni. Ponieważ przy jedynej rampie był rozładowywany duży
samochód ciężarowy to p. Marian Sworek – magazynier – poprosił mnie abym ok. ˝
godz. poczekał na wydanie surowca. Nie chcąc na próżno tracić czasu, pojechałem
na stary cmentarz zapalić znicz i pomodlić się za dusze zmarłych z rodziny, a
potem zajrzałem do zakrystii kościoła farnego. I wówczas z wielkim zaskoczeniem
i przykrością stwierdziłem, że pamiętnego krzyża już nie ma. Zastąpiono go
jakimś mniejszym, współczesnym, na którym figurka Jezusa jest wykonana z
tworzywa sztucznego. Bardzo tym zaniepokojony i zatroskany, poszedłem na
probostwo aby porozmawiać z księdzem. Niestety nie zastałem go. Przeto po
powrocie do Środy napisałem list , w którym prosiłem o informację co mogło się
stać z tym krzyżem. Opisałem w liście jego dzieje, pokładaną w nim ufność
rodziny jako pamiątki intencjonalnych pielgrzymek, a zarazem patriotycznego
znaku po bukowskim księdzu – wygnańcu.
Przez prawie dwa lata odpowiedzi nie otrzymałem. W tej sytuacji pewnego letniego dnia w 2002
r wybraliśmy się ze Stenią do Buku.
Najpierw zapytaliśmy kościelnego o losy krzyża. Okazało się, że funkcję tę
pełni od niedawna i o interesującej nas sprawie powiedzieć nic nie może. W
wikariacie nikogo nie zastaliśmy, podobnie w biurze parafialnym. Na probostwie
było wielu księży – trwał zjazd dekanatu.. Jednak ks. proboszcz, który także
niedawno objął to stanowisko, poinformował nas, że jego poprzednik jest na
emeryturze u miejscowych sióstr zakonnych przy placu Reszki. Na miejscu okazało
się, że w czasie okupacji niemieckiej w budynku tym mieściła się restauracja,
do której sporadycznie – gdy lepiej szły interesy w hurtowni, w której
pracowali Rodzice – dostawaliśmy kartki obiadowe. Pamiętam, że któregoś dnia
podano gotowane młode wrony, czy kawki. O tym specyficznym menu dowiedzieliśmy
się po kilku dniach. Jednak szok, wstręt jaki przeżyliśmy, pamiętam do dziś.
Tak to rasa panów wykorzystywała wszelkie zasoby dla wspierania wysiłku
wojennego Tysiącletniej Rzeszy. W tym to klasztorze zastaliśmy ks. prałata –
poprzedniego proboszcza bukowskiego, który powinien był otrzymać mój list, bo
był wysłany za jego kadencji. Przyjął nas uprzejmie w swoim pokoju. Na nasze
pytanie odpowiedział, że o losach „ naszego”
krzyża nic nie wie. Mego listu także nie pamiętał. Nie sprawiał wrażenia
człowieka z krótką pamięcią. W łańcuchu naszych poszukiwań ów prałat był
ostatnim już ogniwem. W konkluzji musimy więc przyjąć, że pamiątkowy krzyż
niestety zaginął.
12.
Opis figury Chrystusa cierniem ukoronowanego ( Ecce Homo ) na cmentarzu przy kościele Św. Krzyża
w Buku ( obecnie ul. Boh. Bukowskich, przy której ongiś stał dom prababci Marianny ). Na wprost wejścia na cmentarz
stoi smukły słup z piaskowca o wysokości ok. 3 m, w przekroju kwadratowy,
wyprofilowany, z przewężeniami. Na
szczycie figura Chrustysa. Od frontu ( od strony bramy ) napis: „S. Mathias o.
pro nobis”, a z boku, od strony alejki: „Któryś dla nas cierpiał rany Jezu
Chryste zmiłuj się nad nami y nad duszami w czyścu cierpiącymi za które
przechodzący mów pozdrowienie”, niżej:
„Ro: 1767”, a u dołu: „Tento jest krzak Mojrzeszów co w ogniu nie
płonie. Jezu głowę w cierniowej mający koronie” ( pisownia oryginalna –
Mojżesz pisany przez
„ rz” ). Pod tym słupem, gdy kiedykolwiek będziecie w Buku i zechcecie pomodlić się za przodków, postawcie
znicz, bo w pobliżu znajdowała się mogiła Marianny Formanowicz z Dybizbańskich.
Przypuszczam, że mogła być pochowana w mogile swych rodziców, na miejscu
eksponowanym, przy głównej alejce, bo Dybizbańscy to byli obywatele, czyli
zasiedziała w Buku rodzina patrycjuszowska. Kiedyś taka pozycja społeczna miała
swe znaczenie także na cmentarzu. Janka Laufer powiedziała mi, że grób prababci
Marianny znajdował się bardzo blisko wejścia na cmentarz, po lewej stronie
głównej alejki prowadzącej od bramy do kościoła Św. Krzyża. Potwierdziło to
wskazanie mego Ojca.
Rozdział II
Następne dwa pokolenia: rodzice mego Ojca, on
sam i rodzeństwo.
Mój ojciec Szczepan był pierwszym synem
Jakuba i Marianny. Drugim był stryj Zygmunt.
Obaj wyuczyli się na szewców. Terminowali w Buku. Mój Ojciec ożenił się
z panną z Grodziska Wlkp. – Eleonorą Nijacką ( vel Niejacką ). Jej rodzice byli bogatymi ludźmi, mieli dom w
eksponowanym miejscu Grodziska, bo na narożniku ul. Szerokiej i pl. Św. Anny. Eleonora była najmłodszą córką
Niejackich [ Jej Matka na Fot. 3 ]. Siostra Jej Matki wyszła za Tajcherta.
Ojciec Eleonory był dekarzem. Na farze grodziskiej wymieniał na miedziane
poszycie dachu i kopuły. Przywiązał się liną do figury św. Floriana znajdującej
się na szczycie kopuły i pracował bez rusztowania. Wzbudzał tym podziw. Babcia
opowiadała, że po ślubie moi rodzice wywędrowali do Neukölln ( Mama w swoich uzupełnieniach podała nazwę
Röksdorf, w metryce jest Rixdorf ).
Była to mała miejscowość przy
Berlinie; ulicy nie pamiętam (
wg. metryki urodzenia Ojca była to Prinz Handjery Strasse 74 ). Tam Babcia
założyła Im sklep z gotowym damskim, męskim i dziecięcym obuwiem. Przy sklepie był
też warsztat naprawczy, w którym pracowali czeladnicy ( Mama podaje, że był to sklep spożywczy, bo obuwniczy mieli już w
Grodzisku. Jedyną pamiątką, która nam pozostała po sklepie obuwniczym
Dziadków, jest blaszana łyżka do butów
– na której we fragmentach zachował się jeszcze nikiel – z wytłoczonym napisem:
„ Conrad Tack & Cie, Schuh Fabriken BURG b. Magdbg. Billigste
& beste Bezugsquelle für Schuhwaren
jeder Art.” w tłumaczeniu : Konrad Tack
i inni, Fabryki obuwnicze BURG k/ Magdeburga. Najtańsze i najlepsze źródło
nabycia wszelkiego rodzaju towarów obuwniczych” ). Mieszkaliśmy w pobliżu kanału Szprewy, których wiele
odgałęzień znajduje się na terenie Berlina. Było to blisko małego portu
rzecznego ( Hafen nabrzeże, port Britz-Ost, , rozwidlający się na dwie odnogi: Oberhafen
i Unterhafen ), na którego terenie bawiłem
się nie raz z innymi dziećmi. Z
małżeństwa moich rodziców urodziło się 6-dzieci. Moi Rodzice splajtowali (
zbańczyli ) wskutek niedopilnowania interesu. Babcia Marianna drugi raz Ich
wspomogła pieniężnie co umożliwiło
ponowne otwarcie sklepu ( być może, że za drugim razem był to sklep
spożywczy – jak Mama mi podyktowała ? ).
W tej samej miejscowości mieszkała rodzina Malkiewiczów, którzy byli krewnymi
od strony Ojca. Malkiewicz był szewcem, który zatrudniał jednego czeladnika.
Przypuszczam, że Malkiewiczowie byli obojętnie nastawieni do naszej rodziny, bo
nic nie wiem o tym by pomogli Ojcu aby nie doszło do plajty. Być może, że sami na tym skorzystali ( czyżby konkurencja w tej samej branży ? ).
Chociaż przeczył by temu fakt, że jakiś czas przebywałem u nich na utrzymaniu. Nie pamiętam czy to
było przed czy
po śmierci Ojca (
wydaje się jednak, że w świetle faktów nie da się utrzymać tezy o obojętności
Malkiewiczów. Ciotka Zofia Lisowska opowiadała bowiem swej córce Jance –
póżniejszej Laufer – a Ta mnie, że Malkiewiczowie po śmierci Szczepana zabrali
starsze dzieci do siebie. A oprócz tych mieli jeszcze chyba troje własnych !.
Dzieci spały na piętrowej pryczy zbitej przez Malkiewicza z desek, zajmującej
znaczną część pokoju. Rodziny Lisowskich i Malkiewiczów, z których ci ostatni
całkowicie się zniemczyli, utrzymywały z sobą kontakt przez długie lata.
Jeszcze po II-wojnie św. córki Malkiewiczów przesyłały paczki ciotce Zosi do
Buku i same do Niej kilka razy przyjeżdżały ). Wyglądu mego ojca Szczepana
nie pamiętam zupełnie ( Janka Laufer
wspomniała, że Jej matka powiedziała kiedyś, iż dziadek Szczepan był „kudlok”
tzn. że miał kręcone włosy ). Ani Babcia ani starsze rodzeństwo nie
opowiadali mi o Nim. Być może dlatego, że nie tworzyliśmy jednej, zwartej
rodziny, byliśmy rozproszeni. Ojciec musiał mieć dobry charakter. Pamiętam jak
leżał w łóżku z owiązaną głową, gdy był już ciężko chory. Pewnego dnia Mama,
która była w kuchni, zawołała mnie na górę do mieszkania. Mieliśmy mansardowe
mieszkanie chyba na III – piętrze. Przybiegłem zaraz z podwórka i Mama kazała
mi iść do Ojca. Poszedłem do pokoju. Ojciec kazał mi uklęknąć blisko swego
łóżka, położył swe ręce na mej głowie i coś do mnie mówił. Treści już teraz nie
pamiętam. Jak przez mgłę przypominam sobie coś z pogrzebu Ojca w Neukölln na
katolickim cmentarzu. Bezpośrednio za tym cmentarzem, po zachodniej stronie,
położone jest obecnie lotnisko Berlin - Tempelhof
Oto
przybliżona historia małżeństwa rodziców mego Ojca - moich dziadków:
23.02.1892
- Szczepan, mający 33-lata, żeni się w Grodzisku Wlkp. z Eleonorą Niejacką –
młodszą o 10-lat.
1893
–w Buku rodzi się Ich pierwsza córka Maria ( 23.01.1893 )
1894–1899
w Grodzisku Wlkp. rodzą się: Zofia (16.09.1895 ) potem Stanisław, następnie Feliks
( nie mam pewności co do kolejności urodzin tych dwóch braci )
1900 –
1907 w Rixdorf rodzą się: Stefan (
16.04.1901 o godz.7,30 ) i Tekla ( ok. 1903 )
1906 –
umiera Szczepan ma 48-lat ( ur. 1858r ). Eleonora żyje jeszcze w 1924r.
Małżeństwo
trwało więc ok.14 - lat tj od 1892 do ok.1906. Średnio co dwa lata rodziło się
kolejne dziecko .
Potem znalazłem się w domu sierot w Neukölln.
Zapamiętałem niektóre scenki z tego domu. Rano wszystkie dzieci siadały na
długich ławach przy dużym stole o skrzyżowanych nogach. Siadały po kolei.
Rozmowy tylko po niemiecku. Jedna z pań ( nie pamiętam czy to była siostra
zakonna ? ) rozlewała kawę zbożową i każdemu z dzieci wydzielała po dwie skibki
suchego chleba. Po jedzeniu dzieci ustawiały się dwójkami w szeregu i
wychodziły na podwórze. Wszystkie chodziły w drewnianych pantoflach, które od
czasy do czasu spadały z nóg. Przez to musiały iść bardzo ostrożnie po
kręconych, żelaznych schodach. Kiedyś ten pantofel spadł mi z nogi i narobił na
tych schodach hałasu. Pani, która nas prowadziła, podeszła do mnie i zbiła po
twarzy. Gdy zeszliśmy na podwórze dała mi ten drewniak co go zgubiłem i
zaprowadziła do piwnicy, przełożyła
przez krzesełko i zaczęła kręcić jakąś maszynką, która tłukła mnie
trzcinkami po tyłku. Powiedziała przy tym, że jestem dla niej najgorszym
dzieckiem, które sprawia jej największe trudności wychowawcze. Musiała być
sadystką !.
Gdy zmarł Ojciec miałem ok. 5-lat. Nie pamiętam swojej Matki. Nie przypominam sobie Jej
wyglądu, zachowania itd. Po śmierci Ojca starsze rodzeństwo zabrała Babcia
Marianna do Buku i tam dwoje umieściła u Marcina Strzelewicza, bednarza,
średnio zamożnego rzemieślnika. Małżeństwo Strzelewiczów nie miało własnych
dzieci i przyjęło część mego rodzeństwa tj. Zofię i Stanisława. Siostra Maria
została umieszczona u p.p. Chylewskich, którzy mieli skład kolonialny. Tam
pracowała jako pomocnica. Brat Feliks najpierw był też u Strzelewiczów a
następnie poszedł za ucznia piekarskiego do mistrza, którego nazwiska niestety
nie pamiętam. Przypominam sobie tylko, że był to krewny Strzelewiczów, dość
wzięty piekarz. Ja zostałem w domu sierot, a siostra Tekla była umieszczona w
innym zakładzie – być może dla młodszych dzieci. Nie wiem dlaczego Matka po
śmierci Ojca nie zaopiekowała się swymi dziećmi, dlaczego dopuściła do tego
aby rozproszyły się po świecie ?. Co
się z Nią stało po śmierci Ojca – nie wiem.
Babcia mi na Jej temat nic nie
mówiła ( Sądzę, że rozmyślanie nad tym
problemem należy rozpocząć od pogrzebu Szczepana. Wydaje mi się, że można z
dużą dozą prawdopodobieństwa przypuszczać, że prababcia Marianna była na tym
ostatnim pożegnaniu swego syna. Z Buku do Berlina dojeżdżało się już wówczas
pociągiem i nie była to taka daleka, ryzykowna wyprawa, jak do Warszawy.
Uprawniony jest więc domysł, że chociażby wówczas rozmawiała z synową co dalej
z dziećmi ?. Być może, że winiła Eleonorę – jak to teściowa –za wszystkie
nieszczęścia jakie dotknęły rodzinę syna ?. Może na pogrzebie doszło do konfliktu,
do ostrej scysji między Nimi, który zaostrzył depresję Eleonory ? Taki
scenariusz byłby zgodny z domniemaniem o apodyktyczności Marianny, która mogła
mieć także pewien wpływ na kilkuletnie
rozstanie się z Antonim -Jakubem.
Należałoby ewentualnie sprawdzić, czy to porzucenie dzieci przez
Eleonorę mogło mieć związek z pruskimi prawami wówczas obowiązującymi?.
Przecież i teraz w USA, gdy matka jest samotna i nie ma środków utrzymania, to
dzieci są jej odbierane i umieszczane w rodzinach zastępczych. Taka sytuacja
może matkę zdruzgotać psychicznie. Może więc Eleonora po śmierci Szczepana
wpadła w głęboką depresję, która uniemożliwiała Jej spełnianie opieki nad
dziećmi ?. Może trafiła do zamkniętego zakładu psychiatrycznego ?. To by
tłumaczyło dlaczego później Prababcia memu Ojcu nic o Eleonorze nie mówiła.
Wówczas – a bywa, że i teraz- każda niedyspozycja czy choroba psychiczna staje
się rzeczą wstydliwą, szczególnie dla rodziny. A może umówiły się obie, że
Eleonora usunie się aby zmusić państwo pruskie do zaopiekowania się dziećmi ?.
Można jednak dopuścić i inny, wydaje się, że bardziej prawdopodobny scenariusz:
oto na pogrzebie dochodzi do scysji, Marianna odjeżdża do Buku w gniewie,
dzieci zostają z Eleonorą, która stopniowo wyprzedaje resztki towarów ze sklepu
i sprzęty z domu. W niedługim czasie zostają bez środków do życia. Nie płaci
czynszu. Właściciel eksmituje rodzinę z mieszkania. Eleonora załamuje się
całkowicie i trafia do zamkniętego zakładu dla nerwowo chorych. Opiekę nad
dziećmi przejmują Malkiewiczowie. Najmłodszych: Stefana i Teklę odbiera państwo
pruskie i umieszcza w sierocińcach. Malkiewiczowie o sytuacji zawiadamiają
Mariannę, która – po stosownym przygotowaniu miejsc dla nich - zabiera starsze
dzieci do Buku. Młodsze trafią do Niej później za pośrednictwem Konatkowskich.
Możliwy jest także inny, gorszy wariant, że Eleonora opiekuje się dziećmi jak
długo wystarczy pieniędzy, a potem sama usuwa się - po prostu ucieka od nich.
Nie wiadomo dokąd. Tę ostatnią wersję sugerowała Mama; być może czegoś
dowiedziała się od ciotek Marii, Zofii,
Tekli lub stryjów Feliksa lub Stanisława, z którymi sporadyczne kontakty
Rodzice miewali ?. A może istniała między rodzeństwem niepisana umowa, że
sprawa porzucenia dzieci przez Matkę jest tabu, że o tym się nie rozmawia ?.
Jest w tym jakaś tajemnica, której – z braku danych – nie umiem rozwikłać. I
niech już tak zostanie. ). Babcia nie opowiadała mi też nic o Ojcu. W
1924r., gdy byłem już urzędnikiem w Urzędzie Skarbowym w Nowym Tomyślu, Matka
odezwała się listownie do mnie i prosiła abym wziął Ją do siebie, bo znajduje
się w domu starców w Niemczech. Lecz po porozumieniu się z żoną i teściami w
Grodzisku nie zgodziliśmy się na to. Dalszej korespondencji już nie było. Odtąd
słuch po mojej Matce zaginął. Po tylu latach nie przypominam sobie już
przyczyny odmowy przyjęcia Matki pod moją opiekę. (Można przypuszczać jedynie, że
w tych latach moi Rodzice nie byli jeszcze samodzielni, nie mieli własnego
mieszkania, a na Winnej było ciasno bo mieli już Marysia – mego rocznego
wówczas brata – i mieszkali tam razem z
braćmi Mamy, którzy w tym czasie byli jeszcze kawalerami. A wszystkim żyło się
ciężko w ówcześnie biednej, porozbiorowej Polsce, po wojnie światowej,
blokadzie niemieckiej i po wojnie z bolszewikami. Bezrobocie było ogromne. W
tym właśnie czasie wujek Marian musiał zrezygnować z nauki w Gimnazjum bo
Dziadków nie było na to stać. Być może pewien wpływ na tę odmowę miała też myśl
„jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie” – „jak nas porzuciłaś to my też Cię nie chcemy” ?.
Oczywiste, że dla mego Ojca ta Matka była już wówczas osobą zupełnie obcą !.
Pozostaje jednak pytanie dlaczego właśnie do Stefana zwróciła się Eleonora o
pomoc, dlaczego nie do starszych dzieci np. do najstarszej Marii, której
powodziło się najlepiej; czyżby
i tam zatrzaśnięto przed Nią drzwi ?. A ponadto jak zdobyła
adres Stefana ?. Może najpierw pisała do innych dzieci i te po kolei
odsyłały Ją dalej, na koniec do mego Ojca. A może go najbardziej kochała ?. ). Pamiętam
jednak, że list był pisany po polsku. Innych informacji o Matce nie mam, bo na
Jej temat z nikim już potem nie rozmawiałem.
Wracam do
głównego wątku. W tym czasie w Berlinie
mieszkał też były bukowianin Konatkowski, który miał 6-sklepów piekarskich.
Moja Babcia kiedyś dopomogła mu gotówką do założenia tych sklepów. On
dowiedział się, że jestem w sierocińcu i zabrał mnie stamtąd do siebie.
Porozumiał się z moją Babcią czy ma mnie przywieźć do Buku. Na to Babcia
zgodziła się. Konatkowski może by mnie zatrzymał u siebie ale bał się, że mogę
rozpowiedzieć wśród dzieci niemieckich, z którymi się bawiłem, że w Jego domu
zbierają się polskie dzieci, które ich córka Gertruda ( starszej było Helena )
uczyła języka polskiego i gry na fortepianie Nauka języka polskiego była wtedy
karana ( Ojciec, w późniejszych
latach, bywając w Poznaniu w sprawach
służbowych, kilka razy spotykał się z Gertrudą Konatkowską, którą nazywał
kuzynką. Była profesorem w Wyższej Szkole Muzycznej. Jedną z ulic Poznania
nazwano pośmiertnie Jej imieniem i nazwiskiem za wielkie zasługi w krzewieniu
polskości i
umuzykalnianiu wielu
pokoleń Polaków – także w czasie okupacji gdy groziła za to śmierć w obozie
koncentracyjnym ). U Konatkowskich byłem coś
ok. ˝ roku. Tam też zaczęłem chodzić do niemieckiej szkoły ( wynika z tego, że w domu sierot Ojciec przebywał od roku do półtora,
bo naukę w szkole zaczynały siedmiolatki ). Z moją jazdą do Buku było tak:
Konatkowski zaprowadził mnie na dworzec kolejowy, opłacił bilet i na szyi
zawiesił kartę podróży, na której była napisana docelowa miejscowość. W podróży
opiekował się mną konduktor. W Buku wysadził mnie z wagonu i na stacji oddał
kolejarzowi. Ten przekazał mnie do Magistratu. A urzędnik magistracki
zaprowadził mnie do Babci. Nie mam dokumentu chrztu. Już w Buku przystępowałem
do I -Komunii św. Szedłem w poreperowanych trzewikach. Mam takie zdjęcie [ Fot.
3 ].
W Buku kontynuowałem naukę
w niemieckiej szkole. Od czasu do czasu nauczyciel Draber miał dla mnie
„specjalne względy”, bo mnie tłukł. Lekcje odrabiałem w tym jednym pokoju u
Babci, który służył do wszystkiego. Szkołę niemiecką ukończyłem w kwietniu
1913r z bardzo złym wynikiem [ patrz
świadectwo Zał 1 ]. U Babci chociaż było
biednie to jednak
byłem najedzony. Jednak
jak Babcia gotowała tzw. ”ślepe
ryby”( postną zupę z przecieranych
ziemniaków z dodatkiem warzyw ) to bolały mnie wszystkie zęby. Od czasu do
czasu Babcia zabijała świnię lub gęś to i mięso jedliśmy. Mieliśmy kozę to i
było mleko. Kozy miało wówczas wielu obywateli ( w hierarchii pojęć mego Ojca słowo „obywatel” miało podwójne
znaczenie: pierwsze – ważniejsze - obywatel to członek społeczności miejskiej,
tej jej części o wyższym statusie,
czyli patrycjatu a nie pospólstwa. Zaś drugie – zdawkowe - obywatel to członek
ogółu społeczeństwa; niby piękny zwrot lecz stał się sztuczny, niezręczny,
wskutek usilnego forsowania przez „władzę ludową”, która pragnęła nim zastąpić tradycyjne polskie:
pani, pan )
Po wyjściu ze szkoły Babcia oddała mnie na
dalsze wychowanie do obywatela miejskiego Marcina Strzelewicza, który mieszkał
w Buku przy ul. Pniewskiej, przemianowanej później na ul. Niegolewskiego. Żona
Strzelewicza miała chyba na imię Łucja. Tam miałem pod opieką dwie krowy.
Czyściłem je, rżnąłem sieczkę, nasypywałem do koryta, chodziłem po plewy dla załświń itd. Na ogół od rana godz. 9 do
zachodu słońca pasłem te krowy na łące. Miałem z nimi kłopoty bo bardzo się
rozbiegały. Nieraz weszły na obce pola, szczególnie na koniczynę. Przez to
gonili mnie strażnicy polowi, od których dostawałem po łbie. Jak wczesną wiosną
przychodził czas zakupu drewna to pomagałem starszym od rana do wieczora.
Najpierw na stacji kolejowej w Dopiewie ładowaliśmy pnie na wagony i
transportowaliśmy je do Buku. Następnie ze stacji na podwórko. Tutaj
przepiłowywaliśmy je na mniejsze kloce, łupaliśmy na szczapy ( klinami i kałkami – takimi drewnianymi
młotami-obuchami ) i układaliśmy w wysokie sążnie.
Gdy ukończyłem 15- lat siostra Marynia oddała mnie w Grodzisku do
nauki zawodu piekarza u mistrza Kandulskiego. Terminowałem u Niego do grudnia
1918r. W tym czasie należałem do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży i do
harcerstwa. Do harcerstwa przystąpiłem jeszcze w Buku; należałem do założycieli
drużyny. Do drużyny należeli: Lucjan Hoffman, Stanisław Jakubowski i jego brat
Henryk, Jankowski i inni, których nazwisk już nie pamiętam. Przynależność była potajemna, nawet moi
opiekunowie p.p. Strzelewiczowie o tym nie wiedzieli. Patronem obu drużyn był
Tadeusz Kościuszko. Harcmistrzem w Grodzisku był Stanisław Bogusławski ( Ojciec w innych dokumentach pisze, że do
drużyny skautowej wstąpił w Buku już w 1912r i, że należał do jej założycieli.
Był tam czynny do 5.07.1916, kiedy przeprowadził się do Grodziska, gdzie także
przystąpił do tamtejszej drużyny harcerskiej. Ten ostatni fakt poświadcza 15.07.1937 Feliks Bogusławski z Godziska
oraz 22.07.1937 Władysław Poprawski (
podpis trudny do odczytania ) drużynowy 4 - Drużyny Harcerzy im. A.
Mickiewicza z Buku. Ponadto Stanisław Jakubowski – zegarmistrz - oraz Kazimierz
Knoll - były drużynowy I - drużyny Harcerskiej im. T. Kościuszki – obaj z
Grodziska - zaświadczają, że Ojciec do tej drużyny należał od 1.08.1916 do czasu gdy komendantem pozostawał p.
Jankiewicz. Powyższe fakty poświadczył także Marian Jankiewicz dokumentem z
31.07.1937 Wszystkie podpisy złożone pod powyższymi dokumentami są poświadczone
za zgodność przez lokalnych Burmistrzów.
A.K. na str. 71 pisze : „...około 1915 -16 roku powstał w Buku pierwszy
zastęp harcerski ( skautingu polskiego
); za założyciela uważa się
ks. Dwornickiego. W
kwietniu 1916r była już w Buku drużyna skautów”. W okresie Powstania Wlkp.
drużynowym był Maksymilian Dybizbański.
Być może to on, jako krewny, wciągnął Ojca do drużyny ?.
[ Fot. 2 – Stefan – w dolnym rzędzie, siedzi na klocu
drewna, pierwszy po prawej stronie, w krawacie, sztywnym kołnierzyku, ręce na
kolanach. Przypuszczam, że zdjęcie to zostało wykonane w Grodzisku ]. Od 1916r należał w Grodzisku do Towarz.
Gimnastycznego „SOKÓł”
Gdy wybuchło Powstanie Wielkopolskie 27
grudnia 1918 r w Poznaniu, to równocześnie zaczęło się też w Grodzisku. W tym
samym czasie co ja terminował u Kandulskiego Jasiu Kotecki, który pochodził z
Piasków koło Gostynia Wlkp. gdzie jego Matka prowadziła gościniec. Jasiu na 2-3
dni przed wybuchem uciekł do Piasków i tam przystąpił do Powstania. Kandulski
podejrzewał, że to ja namówiłem Koteckiego do ucieczki. Za to uderzył mnie
dużym kluczem w brodę i rozciął mi ją do krwi.
Ponieważ pobił mnie niesłusznie uciekłem do niedaleko położonej, bo za
klasztorem, przy pl. Św. Anny, szkoły zawodowej gdzie zbierali się terminatorzy
i uczniowie różnych zawodów aby przystąpić do Powstania. Po południu tego dnia
uszeregowaliśmy się w czwórki i wymaszerowaliśmy w stronę Wolsztyna. Mieliśmy
kije zamiast karabinów. Markowaliśmy uzbrojone wojsko. Miało to z daleka
odstraszać Niemców. Wieczorem wróciliśmy na powrót do tej szkoły.
Przenocowaliśmy na podłodze. Następnego dnia na stacji kolejowej w Grodzisku
między godz 8- a 9- tą wsiedliśmy do wagonów osobowych i pociąg zawiózł nas do
Poznania. Przemaszerowaliśmy do koszar na Wildzie. Po zarejestrowaniu i
umundurowaniu, przez 2 - 3 dni ćwiczono z nami musztrę. Młodszym nie wydano
jeszcze karabinów aby się nie pokaleczyli. W tym czasie uzupełniano stan
osobowy oddziałów o dalszych ochotników. Potem znów pociągiem
wysłano nas do Biedruska. Tam
uformował się I - Pułk Strzelców Wielkopolskich, do którego zostaliśmy
wcieleni. Należałem do 6-kompanii.
W tym miejscu zacytuję fragment Rozkazu dziennego nr 14 z
19.I.1919r (datow.20.stycznia 1919) umieszczonego w książce Piotra Bauera i
Bogusława Polaka: „55 Poznański Pułk Piechoty w obronie Ojczyzny we wrześniu
1939 roku”:........
„3.1) Rozkazuję rozpocząć formacyę I pułku strzelców
Wielkopolskich w Poznaniu.
2) Dowódcą I pułku strzelców Wielkopolskich mianuję pułk.
Konarzewskiego, ponadto przydzielam do pułku pułk. Nowakowskiego, majora De
Meksza, kap. Morawskiego, kap. Wierzchonia i por. Stankiewicza.
3) I-szy pułk strzelców podlega aż do dalszych rozkazów
bezpośrednio Dow. Gł.
4) Dla skompletowania I-go pułku strzelców wydzieli Dow.
O. W. I, II i III z dotychczasowych formacyi wszystkich 19 i 20 letnich oraz na
ochotnika starszych, nie wyżej nad 22 lat i nie poniżej 16 roku z wyjątkiem
szarż, które mogą być starsze. Wyżej wymienionych żołnierzy należy przesłać do
koszar do „Kernwerku” w Poznaniu. ( obecnie Cytadela )
5) Sprawy gospodarcze związane z formacją pułku ( broń,
umundurowanie, ekwipunek, zaprowiantowanie itd. ) załatwić szefowi aprowizacji
„
W Biedrusku
po 2-3 dniach dostaliśmy karabiny i
zostaliśmy wysłani na flankę południową frontu polsko-niemieckiego pod Leszno.
Zajęliśmy pozycję pod Kąkolewem, Janiszewem, Miechcinem po Rawicz. Ja byłem w
Janiszewie. Zajmowaliśmy odcinek na prawo i lewo od tej wsi. W tym rejonie toczyły
się walki pozycyjne. Nie mieliśmy okopów. Leżeliśmy w wykopanych dołach. Od
czasu do czasy Niemcy atakowali nas a my Ich. Bali się nas bo byliśmy młodymi,
głupimi chłopakami, rwącymi się do bitki. Nazywali nas „rogatymi diabłami”.
( To od kształtu czapek wojskowych, które
nosili – rogatywek. O tych chłopcach pisze Ryszard Zieliński w książeczce:
Powstanie Wielkopolskie 1918-1919 Wyd.
MON 1968 na s.122 „Polskie siły krzepły
wyraźnie: powstańcze oddziałki z dnia na dzień przekształcały się w regularne
wojsko. Z każdą godziną frontowej zaprawy młodzi chłopcy, którzy chwycili
karabiny, albo i starzy wyjadacze wojny światowej, co do karabinów wrócili –
tężeli w wojsko. Oddziały tak już dalece okrzepły i nabrały sprawności, że 30
stycznia ( dot. 1919 r ) Dowództwo
Główne i Dowództwo Frontu wydały rozkazy przeistaczające je w regularne pułki
strzelców wielkopolskich: 6 - sformowany z kompanii odcinaka leszczyńskiego,
11- z walczących na odcinku rawickim i 12- na ostrowskim”. Powstanie
Wielkopolskie wybuchło samorzutnie, bez
poparcia władz formującego się państwa polskiego, a nawet wbrew woli i polityce
Piłsudzkiego. Nowo powstałe państwo polskie nie przyszło z pomocą poznaniakom;
podobnie zachowywało się początkowo względem Ślązaków – to głównie Wielkopolanie
pomagali powstańcom śląskim. Łącznikiem jednego z drugim był Korfanty,
Zenkteler z Buku i inni. Piłsudzki patrzył na wschód aż po Kijów. Powstającą
Polskę widział od linii Kraków, Kielce,
Łódź z Warszawą, Lublinem, Lwowem i Wilnem, bez Bydgoszczy, Gdańska, Katowic i
bez kolebki państwowości polskiej – Gniezna i Poznania. W tej wizji nie
mieściły się więc Wielkopolska, Śląsk i Pomorze. Na ten temat w art. zamieszczonym w „Głosie Wlkp”. z dn.
27.XII.1978 na s.4-5 pt. Forum: Zwycięski zryw ludu Wielkopolski, wypowiadali się : prof. dr. Antoni
Czubinski, prof. dr. Zdzisław Grot, prof. dr. Benon Miśkiewicz – historycy z
UAM w P-niu. Tak oto mówi prof. Czubiński:....”Wielkopolanie nie zawsze byli
lubiani, a znaczenie tego regionu – uznawane i właściwie oceniane. Stąd
pomniejszanie zbrojnego wysiłku miejscowego społeczeństwa....Gdyby nie czyn
Wielkopolan, granica odrodzonego państwa polskiego ukształtowałaby się z
pewnością podobnie, jak do tamtych czasów
miedzy zaborami pruskim i rosyjskim. Gdyby nie było powstania
Wielkopolskiego, nie byłoby powstań śląskich, a więc i Śląska w granicach
drugiej Rzeczypospolitej, nie byłoby dostępu do morza”... A prof. Pajewski mówi
m.in: ” Może warto tu wspomnieć kontrowersyjną postać Józefa Piłsudzkiego.
Wielkopolanie do dzisiaj nie mogą zapomnieć jego słów: ”Braci Wielkopolan
musiałem wyłączyć z rachunku”. Nie mogą mu wybaczyć, że nie przyszedł Powstaniu
na pomoc”.... Podobnie prof. Miśkiewicz:... ”Powstanie było po prostu nie na
rękę Józefowi Piłsudzkiego, gdyż naruszało pokój z Niemcami, co nie było zgodne
z jego polityką”.... Jeszcze raz prof. Czubiński:....”Wojna skomplikowałaby
proces odbudowy państwa. Fakt ten wyzyskali też Niemcy na forum
międzynarodowym, oskarżając Polskę o stwarzanie faktów dokonanych ....” Na koniec
prof. Grot:....” Z Warszawy domagano się nieprzekraczania Noteci i
niezajmowania linii kolejowej: Toruń-Bydgoszcz-Piła-Krzyż, którędy miała iść
ewakuacja Niemców ze wschodu”. Analogiczne opinie, poparte przytoczonymi
dokumentami, znależć można w “Studiach i materiałach do dziejów Wielkopolski i
Pomorza...” (patrz spis podany na wstępie) , będących relacją z sesji naukowej
poświęconej uczczeniu 40-rocznicy Powstania Wlkp. W świetle powyższego należy zadać sobie pytanie dlaczego teraz w
wielkopolskich miasteczkach tak dużo ulic Piłsudskiego ?. Czyżby zanik pamieci
historycznej ?. W dalszej części niniejszego opracowania zamieszczę także inne
informacje dotyczące jawnej niechęci Piłsudskiego do poznaniaków. )
Raz zdarzyło się, że posterunek był wysunięty do przodu, przed pozycję
kompanii - na podsłuchu. Chłopaka, który tam
był, Niemcy napadli i zabili. Jak doszła ta wieść do kompanii to
powstała taka złość ( bo był też
sierotą, a znał różne sztuczki cyrkowe - był poprzednio w cyrku ), że cała
kompania chciała lecieć i tłuc Niemców. Jednak dowódcy nie pozwolili na atak bo
toczyły się już pertraktacje pokojowe. (O
tym fragmencie dziejów Pułku pisze Paweł Anders : „Powstanie Wielkopolskie.
Miejsca Pamięci Narodowej” Centr. Ośr. Inf. Turyst. Oddz. w P-niu 1988 s.38:
“Miechcin ( gmina Poniec, woj. leszczyńskie). W r.1959 po wschodniej
stronie wsi, przy skrzyżowaniu, gdzie od szosy do Ponieca odgałęzia się droga
do Janiszewa, upamiętniono miejsce śmierci 26.I.1919 roku st. szeregowca Jana
Drożdżyńskiego ( 1892-1919 ). Na niedużym kamieniu umieszczono metalowy
wizerunek krzyża powstańczego i białą tabliczkę z napisem informacyjnym ( w
„Liście strat Powstania ielkopolskiego” opracowanej przez Tadeusza Jabłońskiego
W-wa 1936r podano, że J.Drozdżyński poległ pod Kąkolewem ). Ponadto w wydaniu
zbiorowym „Wspomnienia Powstańców Wielkopolskich” Wyd. Poznańskie 1970 : Mój los Powstańca Wielkopolskiego, na s.
337 – 350 Józef Stefan Richter opisuje swoje wspomnienia z walk przy wsiach w
okolicach Ponieca w pow. gostyńskim, tych samych i w tym samym czasie gdzie i
kiedy walczył mój Ojciec ( zał. odbitkę ksero ).
Po 2-3 tygodniach takich walk zluzował nas inny pułk a my wróciliśmy do
Biedruska. Tutaj uzupełniliśmy stan osobowy i po następnych 2 - 3 tygodniach
pułk został przetransportowany pod Lwów.
Skrótowo o historii I-Pułku Strz. Wlkp na podstawie w/w
książki Bauera i Polaka:.
07.01.1919 teren Wielkopolski został podzielony na
7-Okręgów Wojskowych.
11.07.1919 Dow. Gł. rozkazało poszczególnym Dowództwom O.W.
utworzyć z oddziałow już istniejących regularne oddziały wojskowe
16.01.1919 dowództwo nad wojskami od mjr. Taczaka
przejmuje gen. Dowbór-Muśnicki zwolennik armii regularnej.
26.01.1919 na obecnym Placu Wolności w Poznaniu odbyło
się uroczyste zaprzysiężenie Dowództwa Głównego, I Pułku Strzelców
Wielkopolskich....
30.01.1919 pułk
skierowany został do Biedruska. Dowódcą 6 kompanii został ppor.
Franciszek Rataj. W końcu lutego formowanie pułku zostało zakończone. W marcu
pułk wszedł w skład wielkopolskiej grupy płk. D. Konarzewskiego.
14.03.1919
transportem kolejowym ( 3 pociągi ) pułk wyruszył pod Lwów. Walczy tam
do 14.05. 1919, a następnie skierowany zostaje w rejon Stryja. W dniach 5 i 6
czerwca 1919 pięcioma transportami I Pułk Strzelców Wielkopolskich odjechał do
Poznania.
Służba graniczna pułku trwała do 29 lipca 1919
9.07.1019 dowództwo pułku obejmuje płk Gustaw Paszkiewicz
20.07.1919 pułk wszedł w skład1-Dyw.Strz.Wlkp.dowodzonej
przez gen.Dubickiego.
Tego samgo dnia rozkazem operacyjnym
pułku nr. 13 pułk zostaje
skierowany na front wielkopolski. Kompanie poszczególnych batalionów
rozlokowano następująco: m.in. 6-kompania II –batalionu zajmowała
folwark i wieś Janiszewo- Miechcin-Waszkowo
01.10.1919 front zachodni został przegrupowany, I- pułk
objął odcinek na północ od
Brenna włącznie do Sowin.
06.10.1919 i pułk przekazuje pozycje 1-pułkowi
rezerwowemu Strzelców Wlkp.
08.10.1919 transportami kolejowymi z Włoszakowic,
Ponieca, Kąkolewa pułk wyrusza na front wschodni.
(na tym niestety koniec,
był 1979r., komunistyczna cenzura nie dopuściła do opublikowania dalszych
informacji, w szczególności dotyczących walk z bolszewikami ) .
Po zakończeniu działań wojennych pułk stacjonował w Krotoszynie,
a następnie w Lesznie. Później został przemianowany na 55 Poznański Pułk
Piechoty.
W Biedrusku zachorowałem na zapalenie płuc i dlatego z pułkiem pod Lwów nie
pojechałem. Zostałem skierowany do szpitala w Poznaniu i po wyleczeniu
przekazano mnie do Krotoszyna do baonu zapasowego tegoż I-Pułku Strzelców Wlkp.
W Krotoszynie wyróżniłem się celnym strzelaniem. Jeden z oficerów ogłosił
konkurs strzelecki. Nagrodą dla zwycięzcy miały być trzy cygara. Uzyskałem
najlepsze wyniki. Mimo, że nie paliłem wówczas, koledzy namówili mnie abym
poszedł do oficera odebrać przyrzeczoną nagrodę. Pamiętam, że jak wszedłem do
pokoju tego oficera to czyścił sobie buty ale cygara dał. Potem koledzy
wypalili te cygara. Z Krotoszyna
zostałem skierowany wraz z innymi do naszego pułku, który był już w
drodze na Białoruś. Przewieziono nas pociągiem do Bobrujska. Tam zostaliśmy
rozlokowani w dawnych koszarach
rosyjskich. Szybko nas skierowano na
front. Przeszliśmy przez zrujnowany most nad Berezyną i zajęliśmy stanowiska w dworskiej
wsi Sawolicze (w aktach wojskowych Ojca
napisano: Nawolicze) Zostaliśmy
umieszczeni w dworskiej chałupie. Zapamiętałem, że Sawolicze były otoczone
lasami i aby pełnić służbę wartowniczą musieliśmy przechodzić na inną polanę
gdzie było stanowisko ciężkich kulomiotów. Czuwaliśmy aby Rosjanie nie
przerwali łączności między Sawoliczami a tym stanowiskiem. Po upływie ok.
1-miesiąca przerzucono nas bardziej na południe, gdzie byliśmy zakwaterowani w
ziemiankach. Przed nami była rzeczka a za nią duża wieś. Rzeczka była linią
demarkacyjną. Nie pamiętam jej nazwy. Pamiętam, że była sroga zima, a my
byliśmy w ziemiankach. Gdy wychodziliśmy na posterunek to buty i pasek od
karabinu stawały się sztywne jak z kamienia. Jasiowi Koteckiemu przemarzły
palce u nóg i trzeba było je amputować. Jednego razu – z głupoty - przeszliśmy
z kilkoma kolegami przez zamarzniętą rzeczkę aby popatrzeć jak żyją ludzie w
naprzeciwległej wiosce. Było tam spokojnie i nikt nas nie zaczepił. Przez okno
widziałem kobietę szyjącą na maszynie „Singer” poruszanej ręczną korbką. U nas
były już maszyny pedałowe. Innego razu, namówieni przez kolegów, znów poszliśmy do tej wsi aby przyprowadzić
świnię na mięso. Powiedzieliśmy gospodarzom, że zapłacimy. Zgodzili się i
wyciągnęli chyba ze trzy warchlaki. Jednak były czarne więc nie chcieliśmy ich
kupić bo się brzydziliśmy. Wówczas w
Wielkopolsce hodowano tylko białe świnie.
Po ustaniu mrozów przerzucono nas bardziej na północ ( nie pamiętam
miejscowości ) do prawie nowej, czystej i dość zamożnej wioski. Budynki były z
drewna. Kwaterowaliśmy u starszej kobiety. Byliśmy tam znów do zimy. Pewnej
nocy, gdy były duże śniegi, stałem na warcie. Wiał silny wiatr, więc schowałem
się za węgieł budynku pomiędzy wystające belki skąd widziałem przedpole. W pewnym
momencie usłyszałem szum jakby coś leciało, a to było duże stado coś ok. 20 -
wilków. Nie poczuły mnie bo wiatr był z innego kierunku. Po chwili usłyszałem
odległe wycie. Wtedy uprzytomniłem sobie dopiero, że to były wilki i taki
strach mnie ogarnął, że uciekłem do chałupy.
Na wiosnę cofnięto nas z tego posterunku
do wioski Wawolicze i do niej ściągnięto też wszystkie okoliczne posterunki.
Stamtąd wszystkie oddziały wycofano do
Bobrujska. Umieszczono nas w sześciu wielkich koszarach. Po dwóch dniach całe
wojsko zaczęło się wycofywać. Wówczas pierwszy raz w życiu widziałem polski,
wojskowy samolot obserwacyjny. Spod Bobrujska, całą drogę pieszo ( ok. 520 km w linii prostej ! ),
cofaliśmy się aż pod Warszawę. Po drodze oddziały bolszewickie atakowały nas.
Szliśmy więc w stałym pogotowiu. W jednej miejscowości musieliśmy zejść do
rowów, które były tam wykopane nie wiadomo przez kogo i ostrzeliwać się.
Wówczas jeden z moich kolegów zginął na miejscu od postrzału w głowę. Nie
pochowano go na miejscu tylko położono na wóz. Krew ciekła z niego i ten widok
wprawiał mnie w depresję. Potem gdzieś go zakopano. W innym znów przypadku
leżeliśmy na polach i musieliśmy zagrzebywać się w piasku z powodu gęstego
ostrzału. Jeden z kolegów kazał mi „uspokoić” jakiegoś bolszewika, który
strzelał do kolegów tak, że bali się wychylić głowy. Ten kolega wiedział
jeszcze z Krotoszyna, że celnie strzelam. Poszedłem więc na drugie stanowisko,
wycelowałem we wskazane miejsce, wypaliłem i zaraz przestano stamtąd strzelać.
Po tym wielkim marszu stanęliśmy przed Wisłą w Gołębiu k/ Dęblina. Całą długą
drogę, którą przeszliśmy pieszo, nic mi nie było, a w ciągu ostatniego dnia
marszu, przed dotarciem do Gołębia, obtarłem sobie piętę. Jednak przez trzy dni
postoju w tej wsi wygoiłem ją.Tam wizytował nas Piłsudzki. Staliśmy w
szeregach, jeden od drugiego o krok. Piłsudzkiemu coś się nie spodobało i obsztorcował pułkownika Paszkiewicza. Ten potem żalił się, że Piłsudzkiemu nie
podobają się poznaniacy. ( A to właśnie ci
nielubiani przez Piłsudzkiego poznaniacy przyszli pomagać w realizacji Jego
planów wschodnich; mówiono, że naśladujących Chrobrego !. Jak się odwdzięczał
?. Można tutaj przytoczyć końcowy
fragment wspomnień Wawrzyńca Nowaka zamieszczonych na s. 278 „Wspomnień
Powstańców Wlkp”.: „Do Leszna przyjechał pociągiem ( salonką ) z Warszawy
ówczesny naczelnik państwa Józef Piłsudski, celem inspekcji i przeglądu
wielkopolskich sił zbrojnych. Szkoła podoficerska została wysłana ze sztandarem
pułkowym i orkiestrą na dworzec w Lesznie, jako kompania honorowa, na powitanie
naczelnika. Przy prezentowaniu broni generał Dowbór-Muśnicki złożył raport
Józefowi Piłsudskiemu. Piłsudski przeszedł przed frontem kompanii honorowej,
nie powiedział ani jednego słowa, ani nie pozdrowił żołnierzy stojących na
peronie dworcowym. Zachowanie to wywarło
na wszystkich żołnierzach jak najgorsze wrażenie”. A w kolejnym źródle pt. „ Rok 1920 Wojna
polsko-radziecka we wspomnieniach i innych dokumentach” Maciej Rataj w art. 172
na str. 437-438 pisze o stanowisku i celach Józefa Piłsudzkiego wobec Rosji, o
Jego postawie w dniach kryzysu wojennego : „ Fakt, że nie wyjeżdżał na front,
nie da się wytłumaczyć obowiązkami naczelnego wodza, który chce mieć oko na
całość i nie wydala się z Naczelnego Dowództwa, gdzie schodzą się wszystkie
nici – wszak „front” był blisko i w ciągu pół dnia można było być tam i z
powrotem !.... Apatia płynęła, zdaje się, z niewiary w możliwość zwycięstwa.
Trudno mu było tę niewiarę ukryć, ba, chwilami odnosiło się wrażenie, iż nie chce jej ukrywać, chce, żeby ją inni
zrozumieli i wyciągnęli z tego konsekwencje, żeby postawili kropkę nad i : „ za
wszelką cenę trzeba iść na układy”. Tak było z wysłaniem Grabskiego do Spa, za
które najcięższe zarzuty na p. Grabskiego spadały później ze strony
Piłsudzkiego. P. Grabski okazał się lojalnym wobec Piłsudzkiego do samozaparcia
się, nie reagując na zarzuty, biorąc cała odpowiedzialność na
siebie....Zdenerwowanie dochodziło u Piłsudziego do ostatnich granic. Nadrabiał
biciem pięścią w stół, krzykiem i trywialnością... Chwilami, kiedy się
zapomniało o tragedii państwa, którego był głową i naczelnym wodzem, kiedy się
widziało jego tylko jako człowieka, strasznym wydawało mi się to, co musiał w tych chwilach
przeżywać. Przed kilku miesiącami jeszcze triumfator, zdobywca Kijowa,
przyjmowany owacyjnie w Warszawie nawet przez najzaciętszych wrogów,
oklaskiwany w sejmie nawet przez ks. Lutosławskiego, chlubiący się przed
korespondentami zagranicznymi, iż pójdzie w Rosji, dokąd zechce, i zrobi z
niej, co zechce – dziś bezradny, kopany i krytykowany jako wódz przez lada
ciurę i przez lada cywila... Bezradnością, apatią i upadkiem ducha mogę sobie
tylko wytłumaczyć fakt, iż nie przyszło mu na myśl pociągnąć do
odpowiedzialności, choćby dla przykładu, takiego gen. Boruszczaka, który okazał
jawne i haniebne tchórzostwo – o ile nie miał jakichś poufnych rozkazów.
Pamiętam, iż na ROP domagałem się przykładnego ukarania Boruszczaka,
postawienia go przed sąd wojenny; dawano wykrętne odpowiedzi, niby coś robiono,
w rezultacie końce wpadły w wodę i Boruszczakowi włos z głowy nie spadł... Tym,
co najwięcej raziło u Piłsudzkiego w tych chwilach ciężkich było to, że nie
mógł stłumić swej niechęci do
generałów, których mu przeciwstawiano jako konkurentów. Mam na myśli Józefa
Hallera i Dowbór- Muśnickiego. Jeszcze przełknął Józefa Hallera, oddając mu
armię ochotniczą, Muśnickiego nie mógł. Wobec naporu opinii, wobec głosów nawet
ze stronnictw oddanych Piłsudzkiemu, iż należy wszystkich zaprząc do obrony państwa,
zaofiarował Dowbór- Muśnickiemu odcinek stracony, jak mówili znawcy, żeby
pokazać: „ oto co wart Muśnicki”. Muśnicki odmówił przyjęcia komendy; może jako
człowiek miał rację, jako żołnierz zdyskwalifikował się, moim zdaniem,
stawiając warunki, wybierając sobie miejsce i czas dla usług. Wolno to zrobić
politykowi, ale nie żołnierzowi. Od tej chwili Muśnicki był dla
mnie przekreślony i od
tej chwili przyznawałem Piłsudzkiemu (abstrahując od
motywów, którymi się kierował ) słuszność, iż opierał się kategorycznie użyciu
Muśnickiego w wojsku, nazywając go frondującym generałem....” ( ROP = Rada
Obrony Państwa )
Z Wielkiego Gołębia zabrały nas ciężarowe
samochody, którymi dojechaliśmy do Garwolina. Po drodze spotykaliśmy
rozbrojonych już Rosjan, którzy sami, bez eskorty, szli do niewoli. Były to
oddziały po 30,40 a nawet 60-chłopa, lecz i mniejsze bo 5-osobowe. Pod wieczór
byliśmy już w Garwolinie. Tam polscy piekarze piekli dla nas chleb. Ja tego
chleba nie wziąłem bo miałem jeszcze w chlebaku komiśniak czyli chleb
komisyjny ( „ komiśniak” - tak nazwany od
komisji, które utworzono aby w piekarniach nadzorowały skład ciasta; był b.
ciemny i kleisty, bo zgodnie z obowiązkową recepturą dodawano otręby, ziemniaki
itp. ) Po wypędzeniu bolszewików z Garwolina zaczęliśmy gonić ich pieszo. W
jednej z miejscowości natknęliśmy się na pełne oporządzenie pozostawione przez
wojsko i całe mienie ludności cywilnej, którą bolszewiccy oficerowie polityczni
zmuszali do ucieczki przed nami. W czasie pościgu na pewnym skrzyżowaniu dróg
usłyszałem w ciemności głos „ Nach
rechts, nach rechts” ( na prawo, na prawo ). Widocznie Niemcy
współdziałali z bolszewikami. Powiadomiłem o tym dowódcę ale nikogo z naszych
to nie zastanowiło. Nasz oddział
skierował się na lewo od głównej szosy z Garowlina na Minsk Mazowiecki. Kilka
kilometrów za Garwolinem doszliśmy do wioski, której nazwy nie pamiętam,
zajętej przez bolszewików. Ci byli już w pogotowiu. Zanim zaczęliśmy atak
poszedłem z potrzebą do rowu i natknąłem się na kabel. Zawołałem sierżanta.
Zaproponowałem mu przecięcie kabla ale sierżant wziął go w rękę i
poszliśmy za nim. Doszliśmy do kępy
krzaków, w której siedział ukryty oficer bolszewicki i stamtąd telefonował. Nie
brałem już udziału w ujęciu tego ruska bo byłem w oddziale szturmowym i
musiałem iść do przodu. Z wioski bolszewicy wystrzeliwali kolorowe rakiety.
Przed natarciem zaproponowałem sierżantowi aby iść tyralierą i otoczyć, a potem
zaatakować z boków i zdobyć wioskę. Sierżant zabrał mnie z sobą i poszliśmy z
tym do naszego porucznika, który nakrzyczał na nas i oświadczył, że to on
dowodzi a nie sierżant. Ruszyliśmy więc do ataku frontalnego, krzyczeliśmy
„hura”, a bolszewicy otwarli ogień z karabinów maszynowych i wielu naszych
wysiekli.
Tam 17.08.1920r. zostałem ranny. Upadłem koło sierżanta i spostrzegłem, że nie mogę
oprzeć się na ręce. Sierżant kazał mi leżeć spokojnie. W ciemnościach Rosjanie
wycofali się, a na przedpolu leżeli nasi zabici i ranni – wśród nich i ja. Jak
zrobiło się jasno sierżant przywołał sanitariusza, który zabandażował mi rękę.
Potem ranni usiedli przy rowie, a zabitych położono obok drogi przez wieś. Tam
ich chyba pochowano. Z wioski zabrano drabiniasty wóz i na nim zawieziono nas
do Garwolina. Ciężej ranni leżeli na słomie, a lżej ranni siedzieli z nogami na
zewnątrz. Po drodze do Garwolina przejechało obok naszego wozu coś ok.
6-furgonetek Czerwonego Krzyża kierujących się w stronę frontu. Jedna z nich zatrzymała się, wysiadł jakiś wyższy
oficer, który zapytał mnie o sytuację i morale żołnierzy. Powiedziałem o
stoczonej potyczce, że mój oddział posuwa się dalej na Minsk i, że morale
żołnierzy jest dobre. Ów oficer podziękował, zasalutował i odjechał. Po
dojechaniu do Garwolina umieszczono nas w jakiejś szkole i położono na słomie rozścielonej
na podłogach. Na drugi dzień przekazano nas do szpitala w Garwolinie. Po dwóch
dniach wszystkich rannych umieszczono w pociągu sanitarnym i przewieziono do
żydowskiego szpitala w Częstochowie. W pociągu była bardzo zła opieka. Lekarz
przy przewijaniu mego palca wskazującego prawej ręki, u której m.in. ustrzelony
był ostatni policzek wiszący na kawałku skóry, nie obciął go lecz urwał. Bardzo
mnie to bolało. Po dwóch dniach pobytu w szpitalu zabrano mnie na salę
operacyjną. Tam lekarz, który obejrzał moje rany: ten ustrzelony paliczek,
przestrzał pomiędzy palcem wskazującym i kciukiem oraz przestrzał
przedramienia, powiedział do lekarza
naczelnego, że jego zdaniem trzeba amputować dłoń. Na to naczelny lekarz kazał
przyprowadzić mnie do siebie. Po obejrzeniu mej dłoni i przedramienia zrugał
tego młodszego i zdecydował, że żadnej amputacji nie będzie. Powiedział,
że jestem za młody aby być kaleką i to bez prawej ręki. Z rany wyciągnął
pocisk, oczyścił ją i rękę na nowo obandażował. Odesłał mnie na salę chorych i
kazał meldować się co dzień rano na opatrunki. Gdyby mój stan się pogorszył
miałem zgłosić się niezwłocznie. Po paru tygodniach ręka się zagoiła i odesłano
mnie do kompanii
rekonwalescentów w Krotoszynie.( Okres i przebieg służby wojskowej poświadczyli Ojcu: Kazimierz
Zenkteler ppłk ( Mieścisko pow. Szamotuły p-ta Duszniki), Józef Skrzydlewski
płk. dypl. z Warszawy, Stanisław Józefowicz chorąży rez. – były organizator
powstańców na pow. grodziski, Tadeusz
Frankowski por. rez. z Wielichowa,
Nikodem Pigłowski kapral rezerwy z Leszna ul. Wałowa 2, Ludwik Kupczyk st.
strzelec i Tadeusz Leman, obaj z Grodziska. Ponadto Centralne Archiwum Wojskowe
w W-wie ul. Czarnieckiego 51 pismem nr. 10162 wch/ BD z d. 17 lipca 1968 r
poświadczyło, że Ojciec został zweryfikowany przed 1939r jako powstaniec
wielkopolski i , że jest ujęty w ewidencji Biura Historycznego
DOK-VII w Poznaniu pod nr. 24798).
Po paru dniach ubrano mnie w nowe, czarne
ubranie papierowe, dano wolny bilet i odesłano do Buku. Zajechałem do
Strzelewiczów, bo Babcia już nie żyła. Przyjęli mnie z wielkim zdziwieniem, bo
już poprzednio byłem w terminie (
termin, terminowanie = nauka zawodu )
u Kandulskiego w Grodzisku. Tutaj trochę odpocząłem, przebrałem się w ubranie starszego brata Stanisława, który
był jeszcze w wojsku i po kilku dniach
pojechałem do Grodziska do Stachowskich. Znałem się już poprzednio z
obecną moją żoną Stanisławą Stachowską ( Tato mówił do Mamy „Stachna”; a zapoznała Ich z sobą Janina Styburska
– listonoszka - szkolna koleżanka Mamy ). Chciałem zasięgnąć rady co dalej
robić. Jakiś czas ( tydzień, może dwa ) mieszkałem u mego kuzyna Leona
Teicherta - fryzjera – ( prawidłowo Teichera ) który wynajmował
mieszkanie na pl. Św. Anny. Potem zamieszkałem u Stachowskich przy Winnej, na
strychu, w pokoiku przez który przechodzi komin. Zatrudnił mnie Antoni
Stachowski ( jak opowiadała Mama: polubił
Ojca, uznał go za bohatera, postanowił pomóc ). Chodziłem prawie codziennie
do Kąkolewa przez lasy i nosiłem len do prządek. Od nich przynosiłem do
Grodziska gotowe nici. Stachowski sprzedawał je do przędzalni w Stęszewie.
Przędzalnia ta istnieje do dzisiaj. Antoni Stachowski zatrudniał także kilka
dziewcząt, które przędły len w dużym pokoju na parterze . W międzyczasie A. Stachowski
i moja przyszła żona pomogli mi uzyskać posadę urzędnika w Urzędzie Skarbowym w
Gostyniu. Posadę objąłem 1 stycznia 1922r. Po jakimś czasie poprosiłem o
przeniesienie do Grodziska. Odpowiedziano, że w Grodzisku brak etatu i
zaproponowano pracę w Nowym Tomyślu w Urzędzie Powiatowym. Propozycję
przyjąłem. Tam, wskutek nieporozumienia ze starostą Józefem Czochronem, który
obarczył mnie odpowiedzialnością za niedokładne ułożenie akt na półce przez
mego pomocnika, zostałem zwolniony z
pracy. Jednak miejscowy Związek Inwalidów Wojennych interweniował w mej obronie
w Oddziale Wojewódzkim. Ten zawiadomił
Wojewodę Poznańskiego. Wojewoda polecił niezwłocznie zatrudnić mnie z powrotem.
Po miesiącu, z powodu złej atmosfery jaka się wytworzyła przez uchylenie decyzji
starosty, poprosiłem o zmianę pracy.
Wskazano mi cztery miejsca: w Wydziale Powiatowym w Gostyniu, na Kolei w
Wolsztynie, w Sądzie Apelacyjnym w Poznaniu i w Wójtostwie w Rakoniewicach.
Wybrałem pracę w Gostyniu, który już znałem.
W tym czasie ożeniłem się ze Stanisławą Stachowską, która wówczas
pracowała w Nowym Tomyślu u adwokata.
Już razem przenieśliśmy się do Gostynia. Na początku mieszkaliśmy
prywatnie przy ul. 3- Maja ( teraz
Wrocławskiej ) u Niemca. Po roku otrzymałem mieszkanie w tzw. domu urzędniczym
przy pl. Karola Marcinkowskiego na III-piętrze. Syn Marian urodził się w
Grodzisku i tam wychowywał się u teściów. Przed wojną rozpoczął naukę w
Gimnazjum w Grodzisku. W 1939r dostał promocję do II- klasy. Po urodzeniu
drugiego syna Edwarda dostaliśmy mieszkanie w Domu Urzędniczym na parterze. W
nim mieszkaliśmy do wybuchu II-Wojny Światowej. Cały czas pracowałem w Wydziale
Powiatowym. Pierwszego września 1939r. urzędników załadowano do kolejowych
wagonów towarowych celem ewakuowania na kielecczyznę. Ale Niemcy zbombardowali
tory przed Kutnem i tam
skończyła się nasza
ucieczka. Spod Kutna (miejscowość Korytki ), po upływie ok. dwóch
tygodni, konnym wozem pojechaliśmy do Ślesina. Stamtąd miejscowy Niemiec innym
wozem zabrał nas do Gniezna. Tam najęliśmy kolejny wóz, który zawiózł nas do
Stęszewa. Stąd z niemieckim wojskiem dojechaliśmy do Grodziska. Do tego, że nas
Niemcy zabrali, przyczyniła się dobra
znajomość j. niemieckiego przez moją żonę Stanisławę. Po jakimś czasie syn
Marian pojechał do Gostynia na rekonesans. Odszukał nasze meble i dał nam o tym
znać do Grodziska. Wobec tego wszyscy wróciliśmy do Gostynia..
Na tym kończy się dyktando mego Ojca.
Powiedział: „ Resztę to już wiesz sam. Nie trzeba Ci tego opowiadać”.
W czasie
wojaczki Stefana jego Babcia
zmarła. Kto po Niej wziął spadek – nie wiem. Jednak wiem, że Maria Łukaszewska –
siostra Stefana – dostała od babci Marianny dużo złota, za które założyła sklep
spożywczy, a druga siostra Zofia Lisowska dostała kawał ziemi blisko dworca
kolejowego, przy głównej ulicy. Babcia dając Marii pieniądze zobowiązała ją do
wychowywania, aż do zamążpójścia – najmłodszej siostry Tekli. Jak Tekla
podrosła to trochę Marii pomagała w sklepie i w domu. Potem wyszła za mąż za
bezdzietnego wdowca Leona Minskiego – zegarmistrza. Rodzina Minskich pochodzi z
Buku. Jednak Leon Minski miał dom i warsztat w Lwówku. Tekla miała z nim dwie
córki, które mieszkają obecnie w Szczecinie i syna, który razem z ojcem zginął
w 1945r. Zostali przejechani przez rosyjski czołg w Częstochowie, dokąd byli
wysiedleni w czasie okupacji niemieckiej.
Rodzice Stefana prowadzili sklep
obuwniczy w Grodzisku i Im nie szło. Mieli już dwoje dzieci: Marię i
Stanisława, gdy przenieśli się do Berlina – Röksdorf gdzie było dużo Polaków.
Tam założyli sklep ogólnospożywczy. Ten im szedł dobrze. Tam urodziła się
reszta dzieci. W czasie I - wojny światowej
ojciec Stefana – Szczepan zachorował
na „hiszpankę” i zmarł ( niestety jest to nieścisłe bo Szczepan
zmarł ok. 1906, a więc kilka lat przed tą wojną i znaną pandemią, która
wybuchła po wojnie ). Z dzieci Szczepana i Eleonory: Stanisław zginął
prawdopodobnie w Rosji, Feliks zmarł po wojnie w Białymstoku, Maria i Zofia
zmarły w Buku a Tekla w Szczecinie. Po powrocie z wojny z bolszewikami Stefan nie mógł fizycznie pracować bo
dokuczała mu okaleczona ręka. Początkowo zatrudniał Go mój Ojciec. Potem
zaczęliśmy starać się o pracę dla Stefana. Było to trudne, bo źle pisał po
polsku. Dostał pracę w Urzędzie Skarbowym w Grodzisku. Ale szybko Urząd
zlikwidowano i przeniesiono do Nowego Tomyśla wraz z urzędnikami. W tym
Urzędzie Stefanowi było dość dobrze, bo miał do czynienia tylko z liczbami.
Ojciec mój Antoni postarał się nam o mieszkanie w Glinnie k/ N.Tomyśla.
Mieliśmy dwa pokoje, kuchnię i piwnicę oraz mały pokoik na strychu. Płaciliśmy cetnar zboża miesięcznie za
czynsz. Do pilnowania domu i do pomocy wynajęliśmy sobie „Kaluśkę”, która
dostała ten pokoik na strychu i wyżywienie. Zanim dostaliśmy mieszkanie w
N.Tomyślu Stefan coś ok. 2-lat dojeżdżał do pracy z Grodziska pociągiem przez
Opalenicę. Ja w tym czasie pracowałam w Grodzisku w Biurze Porad Prawnych u
Franciszka Świętego. Potem urodziłam Marysia i przerwałam pracę. Gdy mój Ojciec
załatwił nam mieszkanie, przenieśliśmy się do N.Tomyśla z dzieckiem. Po okresie
ok. 1,5 roku rozpoczęłam pracę u notariusza i adwokata Stanisława Łukawskiego.
Poprzednio był on sędzią w N.Tomyślu. Na czas gdy byłam w pracy oddawałam
Marysia do niemieckiej rodziny Saage. Mój Ojciec, gdy przyjechał do nas w
odwiedziny, oburzył się tym ( z powodu zniemczenia dziecka ) i zabrał Marysia
do Grodziska. Maryś pozostał u moich Rodziców do 5-roku życia, tzn. do naszej
przeprowadzki do Gostynia. Tam Stefan dostał pracę w Starostwie Powiatowym, a
ja nie pracowałam. Pierwsze mieszkanie przy ul. 3-Maja wynajmowa-liśmy u Niemca
Hahn’a – naprzeciwko Liceum. Następnie dostaliśmy mieszkanie w domu urzędniczym
przy pl. K. Marcinkowskiego w sąsiedztwie Szpitala. W okresie okupacji
niemieckiej uciekliśmy do Grodziska, a następnie pracowaliśmy w Buku. Po
okupacji wróciliśmy najpierw do Grodziska a następnie do Gostynia.
( Na tym kończą się
uzupełnienia mej Mamy ).
Tabela synoptyczna fragmentu
życiorysów moich rodziców
|
W
r.1934 rodzi się Ich drugi syn Edward.
Otrzymują
mieszkanie urzędnicze