www.formanowicz.pl [start]

© Mariusz Formanowicz, 2007-2009



Artykuł wspomnieniowy z „Gazety Lubuskiej”

z poniedziałku, dn. 15 grudnia 2003 r.

POŻEGNANIA


WSPOMNIENIE (1915-2000)


Emanuel Narcyz Fórmanowicz


       Minęły już trzy lata, jak odszedł do Krainy Nieba nasz kocha­ny ojciec, dziadek i pradziadek. Człowiek, który całe swoje życie po­święcił dla wyższych wartości, jak ojczyzna, rodzina i praca.


Urodził się 5 listopada 1915 r. w Wielichowie w Wielkopolsce, w wielodzietnej rodzinie. Rodzice jego posiadali duże gospodarstwo rolne oraz trudzili się rzeźnictwem. Dom rodzinny ukształtował jego sil­ną osobowość i nadał mu cechy cha­rakteru, takie jak pracowitość, sza­cunek dla bliźniego oraz miłość do ojczyzny (...).


W roku 1937 został wezwany do służby wojskowej. Do roku 1939 przebywał w Nowym Sączu, po­tem w szkole podoficerskiej w KOP-ie. W myślach mam cią­gle opowieści ojca o tamtym okre­sie, jakże trudnym i dla nas nieodgadnionym. Szczególnie zapisało mi się w pamięci jedno wydarze­nie. Jest 17 września 1939 roku. Granica wschodnia. Z jednej stro­ny atakują Sowieci, z drugiej z nie mniejszą zaciekłością Niemcy, w środku dzielnie broniący ojczyz­ny, przelewający krew Polacy, mię­dzy innymi on - mój ojciec. Od hu­ku wystrzałów utracił słuch w jed­nym uchu, ale przeżył i dostał się do niewoli niemieckiej - pamię­tam jeszcze, jak podkreślał, że szczęście, iż nie był to obóz sowiec­ki, gdzie znaleźli się dowódcy ich oddziału. Po tych wydarzeniach do domu już nie powrócił. Z niemiec­kiej niewoli został skierowany do prac przymusowych i osadzony w stalagu VC.


W 1940 roku, w Wielichowie, po ciężkim pobiciu przez Niemców zmarł jego ojciec. On, wtedy jako dwudziestopięcioletni człowiek, bardzo to przeżył. Dwa lata później zmarła jego ukochana młodsza sio­stra, która ciężko pracowała w Fa­bryce Dywanów.

Niewola pochłonęła sześć lat ży­cia mojego ojca. Dla mnie i moje­go rodzeństwa był bohaterem. Za­wsze powtarzał, że słowo „Ojczyz­na", to wielkie słowo i „Kocha się ją jak ojca i matkę, brata i siostrę" (...).


Zakochał się w Niemce... Wtedy, zaraz po wojnie, kiedy pamięć ludz­ka była świeża, a serca jeszcze krwa­wiły, była to miłość zakazana i po­tępiona, wręcz zabroniona i piętno­wana. Została jednak jego żoną i ra­zem wrócili do Polski. Urodziło im się pięcioro dzieci. Nadeszły trud­ne czasy, ale ojciec był człowiekiem upartym i radził sobie w każdej sy­tuacji. Po pewnym czasie spadł na niego ciężar utrzymania siedmioo­sobowej rodziny - mama nasza po licznych upokorzeniach i szykanach postanowiła wrócić do Niemiec. Ja­ko dzieci odczuliśmy to równie sil­nie - z tego powodu płakaliśmy nie jeden raz. Mama pochodziła z kra­ju, który napadł na państwo, gdzie po wojnie, tak okrutnej i ciężkiej, miała żyć i być kochaną. Nie czuła się tu jednak dobrze...


Żyliśmy wprawdzie skromnie, ale chleba nam nigdy nie zabrakło. Służył nam zawsze dobrą, mądrą radą. Do końca życia był opieku­nem swojego „stada". Z czasów, kiedy przyjeżdżaliśmy do Niego, pamiętamy jego troskliwość i chwile, gdy odprowadzał nas na przystanek i martwił się ó każde­go. Prawie do końca był sprawny i bardzo żywotny. Zachorował. W 1998 roku prze­szedł operację. Widzieliśmy, jak gaśnie, aż pewnego grudniowego ranka odszedł cicho, dla nikogo nie będąc ciężarem. Odpoczywaj w Pa­nu, Kochany Ojcze, swoją piel­grzymkę ziemską przeszedłeś dum­nie. Dla nas nie odejdziesz nigdy.





irena mularska,

krystyna spychalska,

teresa sobieszek,

henryka spryszyńska