|
www.formanowicz.pl [Start] |
© Mariusz
Formanowicz, 2010 |
Artykuł z Kuriera
Poznańskiego, 1937.01.24 R. 32 nr 38
Poznań, niedziela dn. 24
stycznia 1937 r. (wydanie poranne)
Kopia gazety udostępniona w
Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej:
http://www.wbc.poznan.pl/dlibra/docmetadata?id=112622&dirds=1&tab=1
Zamek arcybiskupi w Gnieźnie
W wolnej, potężnej Polsce
nie samo tylko Gniezno szczyciło się siedzibą duchownych władców rozległej
niegdyś archidiecezji. Wznosiły się ic rezydencje
nadto jeszcze w Żninie, Uniejowie, Łowiczu, Opatówku, Kamieniu, Łyszkowicach,
Skierniewicach, Warszawie. A były wśród nich takie, co swoją wspaniałością w
ostatni cień usuwały gnieźnieński dworzec, lecz ten dawnością pierwszeństwo
między nimi trzymał. Gdzie sterczały jego mury, nad którymi wieki pędem burzy przeleciały ?.
Postarajmy się wpierw
ustalić miejsce, na którym znajdował się zamek książąt polskich. Do jego bowiem boku tuliło się mieszkanie arcybiskupie,
osłonięte silnym i czujnym ramieniem monarchy.
Przekazy historyczne
wspominają o dwóch zamkach książąt w Gnieźnie. Wcześniejszy z nich założony
został między katedrą a jeziorem Jeleń, na pagórku, którego południowe podnóże
stapiało się z jeziorem. Lednicą zwanym,
brzegowiskiem, będącym własnością kapituły katedralnej. Pewną część tego
pobrzeża od góry zamkowej albo raczej od parowu z uchodzącą ku jezioru strugą
młyńską aż po pagórek, zwany Lubuszką (dzisiejsze
Końskie Targowisko), kapituła w r. 1235 odstąpiła księciu Władysławowi Odonicowi w zamian za wieś Górki w parafii Brzyskorzysiew. Reszta Lednicy,
jej zachodnia połać, nosząca w średniowieczu miano „przy zamku arcybiskupim”,
pozostała nadal we władaniu kapituły i wchodziła jeszcze na przełomie
osiemnastego i dziewiętnastego wieku w skład uposażenia prepozytury
katedralnej. Pagórek, na północnym kraju tej doliny, a na południe od katedry
się wznoszący, wieńczył zamek książęcy, którego mury na przestrzeni pierwszych
dwu stuleci naszych dziejów ojczystych w zamieszkach wojennych niejednokrotnie
krwawą zapłonęły.
W roku 1192 strawiła zamek
nowa pożoga. Dźwignięty może raz jeszcze, nie zabłysnął już minioną świetnością
i wkrótce opustoszał na zawsze. Miejsce, na którym stał, obejmujące dzisiaj
posiadłości arcybiskupie i kapitulne przy ulicy Poznańskiej nr.
2-4, zwało się w r. 1316 już tylko „starą górą zamkową – mons
antiqui castri”.
Królował bowiem podówczas od
lat kilkudziesięciu na innej górze, zwanej górą św. Jerzego od kolegiaty temu świętemu
rycerzowi tamże poświęconej, nowy zamek książęcy. Twórcą jego był Władysław Odoniec. Po zgaszonych nadziejach przepędzenia śląskiego
księcia Henryka Brodatego poza granice Wielkopolski Odonic,
przymuszony dnia 22 września 1224 r. do pokoju, w którym otrzymał tylko skraw Wielkopolski, leżący po prawym brzegu Warty,
przystąpił bez zwłoki do umacniania swojej dzielnicy. Fundamenty pod nową
warownię w Gnieźnie założył u schyłku r. 1234, około której roboty jeszcze w r.
1237 wrzały w całej pełni. A rąk do pracy dostarczyć musiała nawet katedra
poznańska mimo rozległych przywilejów, jakie z łaski Odonica
dzierżyła. Z chwilą, w której budowa zamku książęcego na górze św. Jerzego
dobiegła do końca, proboszczowie i kanonicy obok niego stojącej kolegiaty jęli
do swojej tytulatury przydawać dodatek „na zamku – in
castro”.
Po przeniesieniu w r. 1320
stolicy państwa z Gniezna do Krakowa, zamek książęcy, rzadko przez monarchów
nawiedzany, stopniowo podupadał. Z dalszych jego dziejów warto wspomnieć, że w
r. 1437 przeszedł on z daru króla Kazimierza Jagiellończyka
w ręce proboszcza katedralnego, a późniejszego arcybiskupa gnieźnieńskiego Jakóba ze Sienna a z jego rąk w r. 1466 na własność
kolegium wikariuszów. W połowie szesnastego wieku był
już tylko w\ niewielkiej części zamieszkały. Notatki dorsalne na obu
dokumentach, zajmujących się ową darowizną, stwierdzają
bowiem – nie bez pewnej przymieszki ironii, że w zamku rezyduje ks.
Feliks z Warki, który jako wikariusz działał przy katedrze gnieźnieńskiej w
latach od 1527 do 1571.
Opodal pierwszego,
wcześniejszego zamku książęcego, na jego zachodnich obrębach, na terenie
dzisiejszej prepozytury katedralnej przy ul.
Poznańskiej nr. 5, znajdowała się najdawniejsza
siedziba arcybiskupia. Płonne i daremne zapewne byłyby nadzieje doszukania się
teraz jakichkolwiek jej szczątków. Nieocenione jednakże okruchy
i ułamki przedmiotów potocznego użytku, wydobywane z łona ziemi z okazji
przeprowadzanych w tej chwili rozkopów, wymownie o tym świadczą, że przed wielu
wiekami istniało tam starodawne, dostojne siedliszcze.
|
|
|
Zamek gnieźnieński według rysunku Karola Albertiego |
Wspominki dziejowe skąpo
tylko przekazały nam wzmianki o kolejach siedziby arcybiskupiej u progu
drugiego tysiąclecia. Za Dytmarem chyba powtórzymy,
że w r. 1018 spłonęła ona wraz z katedrą, a za Gallem-Anonimem,
że w r. 1038 ponownie legła w gruzach, gdy straszna nawałnica czeska pod Brzetysławem spadła na Gniezno, obracając w perzynę całe
miasto i w rumowisko mury gnieźnieńskiej świątyni, wśród których po tym dzikie
zwierzęta leże sobie obrały. Ale jak z katedrą upadają, tak też ze zgliszcz
wespół z nią do nowego powstawała życia. Wspaniałe uroczystości poświęcenia
katedry w latach 1064 i 1096 z pewnością nie odbywały się w obliczu zwęglonego
dworca arcybiskupiego. Wznosił się on niewątpliwie w całej swej powadze i
krasie, kiedy w r. 1125 Jakób ze Żnina kładł u jego
podwoi pocałunek pokoju na ramieniu przybyłego z cudzej ziemi gościa, świętego
biskupa bamberskiego Ottona, apostoła Pomorzan. Raz
drgało w nim życie żywym i głośnym tętnem, drugi raz zastygało i zamierało. W
latach 1206 i 1207, które Henryk Ketlicz, przez sięcia Władysława Laskonogiego z
kraju wydalony, spędzał na wygnaniu, zionął przeraźliwą pustką. Ale jak gwarno
i rojno bywało na dziedzińcu arcybiskupiego dworu, gdy wici Jakóba
Świnki ściągnęły do Gniezna na święte obrady biskupów polskiego kościoła w
gromadnym poczcie prałatów i kleryków !.
Niepowstrzymanym atoli
krokiem zbliżała się chwila, która blask wyrosłej w epoce romańskiej siedziby
gnieźnieńskiej zgasić miała na zawsze. W lipcu 1331 r. zwaliły się na
Wielkopolskę zbrojne kupy krzyżackie, które, ogniem i
mieczem pustosząc wsie i miasta, złupiły ze szczętem Gniezno i z dymem je
puściły, domom Bożym nawet nie przepuszczając.
W r. 1342 zasiadł na stolicy
gnieźnieńskiej Jarosław Bogoria Skotnicki.
Za jego trzydziestoletnich rządów zdeptana i splugawiona najazdem
nieprzyjacielskim archidiecezja świeżym i bujnym zakwitła życiem. W samej
metropolii powstała wspaniała katedra o przecudnej architekturze gotyckiej,
będąca, po dziś dzień, przedmiotem szczególnego podziwu. Inne okazałe świątynie
zbudowane zostały w Uniejowie, Kurzelowie,
Opatówku, Kaliszu, które szeroko otwarta dłoń
dostojnego fundatora szczodrze uposażyła. A w ślad za przybytkami Pańskimi
wyrastały warowne zamki i dwory w Łowiczu, Uniejowie,
Opatówku, Kamieniu, Łęczycy, Wieluniu, Kaliszu. Nie
na ostatku też wzniosła się w Gnieźnie nad brzegiem jeziora Jeleń, na
zwaliskach spalonego przez Krzyżaków zamku arcybiskupiego nowa, piękną
siedziba. Nieraz tam za jej ścianami przebywał wielki budowniczy, bo tak dziejopisowie nazywali Skotnickiego,
aczkolwiek więcej mu do serca przypadł przytulny dworzec żniński, skąd w r.
1376 odszedł w zaświaty, syt trudów i matuzalowych
lat.
Wystawiony przez Skotnickiego zamek gnieźnieński nie przetrwał do naszych
dni. Dochował się tylko jego gwaszowy widoczek, wymalowany u samego schyłku
osiemnastego wieku. Przedzgonne rysy tej budowli, zdradzające przecież
średniowieczne jej pochodzenie, upamiętnił obcy pędzel malarza i podróżnika
Karola Albertiego, który między rokiem 1790 a 1796
zahaczył także o Gniezno.
Rzućmy chociaż przelotnie okiem na ubiegłe dzieje tego zamku, wydobywając z akt kapitulnych nieliczne o nim wzmianki. Że powołany w r. 1435 przez arcybiskupa Wojciecha Jastrzębca fortyfikator, Morawianin Grzegorz z Osieka, także około siedziby gnieźnieńskiej się trudził, właściwie tylko się domyślamy. Natomiast uchwytniejsze są zapiski z r. 1518 o rojonych przez arcybiskupa Jana Łaskiego projektach rozbudowy zamku, na którą obrócić obiecał czysty dochód z dzierżawy dwóch kluczów, skierniewickiego i łęgonickiego, warując wszelako sobie i swojej z dwustu koni składającej się świcie wolny, sześciotygodniowy, corocznie w obydwu kluczach, pobyt oraz prawo wyboru dzierżawcy. Ale plany arcybiskupa rozbiły się o kunktatorstwo kapituły, która z wyrażeniem swej zgody na wydzierżawienie kluczów się nie kwapiła, nie dowierzając chęciom nietyle prymasa, ile wysuniętego przezeń dzierżawcy, którym miał zostać dziekan kapituły a synowiec arcybiskupi, także imieniem Jan, późniejszy apostata.
W latach 1613 i 1760
pustoszyły zamek wielkie pożary, które całe miasto w morzu płomieni skąpały. A
w latach 1655 i 1707, w okresie wojen szwedzkich, łupiły go bezkarnie bandy
hultajstwa. Lecz ani ogień ani wojna nie przywiodły go do ostatecznej zagłady.
Szalę przyszłych, smutnych jego losów przechyliła inna przyczyna, mianowicie
przeniesienie około połowy XV wieku stałej siedziby arcybiskupiej z Gniezna do
Łowicza, a następnie w początkach osiemnastego wieku do Skierniewic i Warszawy.
Od tej chwili zamek gnieźnieński znalazł się poza kręgiem zainteresowań i
troskliwości jego panów i stopniowo zbliżał się ku upadkowi. W r. 1642
arcybiskup Maciej Łubieński wystąpił wobec kapituły z
propozycją rozebrania zrujnowanego zamku i zużytkowania materiałów do
odbudowującej się jeszcze po pożarze z 1613 r. katedry. Postradawszy tedy dawny
swój urok rezydencja gnieźnieńska nie potrafiła już przynęcić i do siebie
przywabić polskich prymasów, którzy, uchylając się od dużych nakładów do jej
restauracji niezbędnych, pozostawili ją na łasce losu. Ostatnim prymasem, co z
okazji swego ingresu w r. 1720 do niej zajrzał, był Teodor Potocki.
Pięćdziesiąt lat później mieszkał w niej kątem kantor kościelny Karczowski,
którego jednak kapituła w r. 1779 z obawy o jego życie z walącego się gmachu
usunąć kazała. Odtąd stary zamek arcybiskupów gnieźnieńskich stał się rzeczą
jakoby bezpańską. Ktokolwiek potrzebował egły lub
kamienia, wyłupywał je z murów zamkowych. Daremnie w latach 1806 i 1810
kapituła usiłowała rabunkowi kres położyć. Atoli w r. 1812 straciła już ochotę
do dalszego ujmowania się za strupieszałymi murami i
wyparła się wszelakiej z nimi łączności. Wtedy rzad
pruski na podstawie królewskiego reskryptu z 1796,
zabierającego dobra arcybiskupie i kapitulne na rzecz zaborczego skarbu,
ogłosił się ruin i drogą publicznego przetargu sprzedał je na rozbiórkę.
Twarde i ostre kilofy i
oskardy porąbały i pokruszyły do reszty czcigodną pamiątkę po wielkim
budowniczym Jarosławie Bogorji Skotnickim.
KS. LEON FORMANOWICZ