| 2 | 20-07-1901 Warszawa | Wspomnienie pośmiertne Ś.p. dr. Jan Panieński. Polski świat lekarski w Poznaniu ponosi stratę za stratą. I właśnie młodych a dzielnych jego reprezentantów śmierć głównie sobie upatrzyła. Jeszcze nie przebolano tragicznego w danych okolicznościach zgonu dwóch takich lekarzów, jakimi byli: ś. p. doktór Sylwester Wendland i ś. p. dr. Tomasz Drobnik, a tu nowa otwiera się mogiła dla wybitnego polskiego lekarza poznańskiego, głośnego speeyalisty w chorobach nerwowych, ś. p. d-ra Jana Panieńskiego, który także w najpiękniejszym wieku męskim, bo licząc zaledwie 39 lat życia, zakończył swoją ziemską wędrówkę. Zmarły urodził się w Buku w roku I862, jako 19-letni młodzieniec ukończył poznańskie gimnazyum Maryi Magdaleny. Studya lekarskie odbywał w Lipsku i Berlinie. Po ich ukończeniu, był asystentem kliniki ginekologicznej prof. Schrodera w Berlinie, rzucił jednak ten dział medycyny i przeszedł do studyów chorób nerwowych. Z obfitemi wiadomościami, zebranemi w tej dziedzinie jako asystent w klinice chorób nerwowych profesorów Mendla i Eulenburga, wreszcie w zakładzie wodoleczniczym w Elgersburgu w Turyngii, przybył w r. 1889 do Poznania, gdzie odrazu rozległą zdobył sobie praktykę i zwrócił na siebie uwagę jako lekarz, nie idący w swym zawodzie wyłącznie utartym szlakiem swoich poprzedników, ale nowych dróg samodzielnie szukający. S.p. dr. Jan Panieński był pionierem nowej szkoły dyetetycznej i fizykalnej terapii, nie szukał środków wyłącznie w słojach aptekarskich, lecz pracował całym aparatern środków fizykalnych. Zastosowywał elektryczność, wodolecznictwo, masaż, światło i medykomechanikę. Mimo swego wątłego zdrowia z całą energią i pełen inicyatywy szedł naprzód. Dlatego osiągał świetne rezultaty nawet w zrozpaczonych przypadkach choroby, których leczenia nikt się nie chciał podjąć. Z początku z niedowierzaniem, mianowicie w kołach starszych lekarzów, przyjęto jego zabiegi, ale szybko umiał rozproszyć przesądy co do nowych swych metod leczniczych, bo przekonano się wkrótce, że, obok nadzwyczajnej sumienności lekarskiej, dążeniem i celem jego była praca i prawda, że stał zawsze niezachwianie na stanowisku czysto naukowem. Obok kliniki dla chorych na nerwy, urządził dla wygody tych chorych, oraz dla mieszkańców Poznania, wielkie łazienki na sposób prawdziwie wielkomiejski z uwzględnieniem nowoczesnych wymagań hygieniczno-sanitarnych, zaradzając tem wielkiej potrzebie miasta, a zarazem umożliwiając chorym swojej kliniki i pozaklinieznyni chorym na nerwy korzystanie ze wszelkiego rodzaju łaźni. Prócz rozległej swojej praktyki umiał znaleźć jeszcze dość czasu do pracy naukowej; żywy brał udział w pracach wydziału lekarskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk i należał także do redakcyi Nowin Lekarskich. Dla zacności charakteru, wielkiej uczynności, nadzwyczajnej uprzejmości i łatwości obejścia, cieszył się wielkiemi sympatyami tak u kolegów, jak w szerokich kołach społeczeństwa. Padł jako ofiara swego zawodu, bo wziął na swe wątłe siły za wiele pracy. Śmierć jego wywołała szczery żal w wielkopolskiem społeczeństwie. F. A. ========================================== „Tygodnik Ilustrowany” 1901.07.20 (07), nr 29, s. 559-560. |